Na północ od Grodziska. Dzień drugi.

2015-04-12
2018-11-10 11:28:09

Dobra, bo ja tak w pierwszej części o pogodzie, o zabytkach itd., a tu przy okazji tego pierwszego wiosennego wyjazdu ujawniła się poważniejsza kwestia od pogody na niebie i mocno zepsuła mi pogodę ducha. A mianowicie: spasła się mama przez zimę i teraz ryczy, bo się nie może wcisnąć w spodnie, które jeszcze jesienią wchodziły gładko. O matko przenajświętsza jak się tego pozbyć?. Najlepiej jeszcze dziś wieczór. Albo jakoś przez noc może, bo jutro chciałabym założyć te białe rurki rozmiar 34.
Ale jedyna opcja, aby znalazły się jutro na moim tyłku, to wstawić kliny, bo żaden stretch nie ma takiej tolerancji materiału. Kliny – z prześcieradła chyba, bo innej płachty w tym rozmiarze nie mam. Może powinnam pożyczyć spodnie od Darka. Dramat. Dramat, a jeszcze kilka miesięcy temu, mogłam pożyczać spodnie od Basi. Jak to się do cholery stało?. Nie mogę tego pojąć. I jak możecie sami zaobserwować i wyciągnąć wnioski, w nocy nie udało mi się zgubić mojej nadwagi. No nic, może będę się więcej uśmiechać. Podobno pulchni ludzie są weselsi. Może tak być, ja od jakiegoś czasu, szczerze się nawet na widok golonki. Śmichy, chichy, ale kolorowo nie jest. 



Dzisiejszy dzień zaczynamy od wizyty w Grudziądzu. Z samego rana, skoro świt, można powiedzieć, bo chcemy jak najszybciej opuścić to miejsce w którym spaliśmy. A poranek przywitał nas chłodem. Nie mylić proszę tego porannego chłodu z rześkim porankiem. Tego ranka wyraźnie czułam na plecach ostatnie wyziewy zimy. Jakby ziemia, drzewa, domy próbowały pozbyć się tej zmarzliny, która w nich utknęła i cały ten chłód wisiał w powietrzu. Dzieci obłożyłam sporą ilością odzieży zabranej na zapas, Darkowi jest prawie zawsze ciepło, gorzej ze mną. Ze względu na to, że w połowę mojej garderoby się aktualnie nie mieszczę, wzięłam niewiele zapasowych ubrań. No cóż, ostatecznie trochę zmarznę. Trzeba szukać pozytywów: a może schudnę przy tej okazji. Skoro mojemu organizmowi będzie zimno, to może wpadnie na pomysł, żeby spalić tłuszcz i się w ten sposób rozgrzać. Może właśnie w tym celu robił zapasy. Wiem, żałosne to jest. 

Grudziądz.



W Grudziądzu panoszył się spokój. Spokój, który w miastach spotyka się tylko w niedzielne poranki. Ciekawe miejsce, intrygujące uliczki, nabrzmiałe urokiem zakamarki. Krajobrazy pełne ceglanych bohaterów… Tylko ten ziąb. Jestem taka skostniała, że kości mi skrzypią przy chodzeniu, mam wrażenie, że zamarznięty szpik zaraz mi je rozsadzi. I mam ogromną ochotę na gorącą kawę, ale coś za coś. O tej najspokojniejszej godzinie dnia wszystko jest zamknięte. No trudno. Zrobię sobie rozgrzewkę wchodząc na wzgórze zamkowe. Tam, na szczycie tego wzgórza znajduje się wieża. Znajduje się również pan stróż, który informuje nas, że bliższe oględziny są niemożliwe, bo to wszystko jeszcze nie gotowe. Po czym ucina sobie niekrótką pogawędkę z moim mężem, który to z kolei pytluje wesolutko z panem stróżem gadułą, zupełnie nie biorąc pod rozwagę tego, że ja w cieniu stoję i marznę. A marznąć nie lubię. Ze wszystkich rzeczy, które są na tym padole, nie cierpię zimna. Zimna nie cierpię najbardziej. Ale zaraz, zaraz, dlaczego ja marznę? No to się już zupełnie wymyka wszelakiej logice. Skoro mam na sobie solidną okleinę w postaci tłuszczu, to dlaczego jest mi zimno?! Do dupy ta nadwaga. Jest nielogiczna i niewygodna. Pogrążona w tych rozmyślaniach, nad jawną niesprawiedliwością, która dokonuje się na moim grzbiecie, nie zwracałam przez chwilę uwagi na mojego męża. A mąż idzie w moją stronę. Ale idzie takim konspiracyjnym krokiem, jakby przed chwilą odkrył, że te krzaczki, co je babcia w szklarni hoduje, to wcale nie są pomidory, tylko marihuana (lecznicza) i teraz nie wiadomo, czy się cieszyć, czy się bać. No, no to z taką miną mąż zbliża się do mojej skromnej osoby i odzywa się w te słowa:

- Chcesz wejść na wieże? 

- Przecież nie można jeszcze. Jeszcze nie skończone i pan pilnuje. 

- A masz dychę?

- Tyle chce? 



- Nie wiem ile chce, ale chce nas wpuścić cichaczem.

- Aha. Zaproponowałeś mu łapówkę?!

- Nie drzyj się.

- Zaproponowałeś?! Bo to by nie było dobrze. Bo jak on cię nagrywał?!

- Stróż w Grudziądzu. 

- Możemy iść, ale ty go najpierw przeszukaj. A co grozi za dawanie łapówki stróżowi pod wieżą w Grudziądzu? 

No i poszliśmy całkiem nielegalnie na wieże „Klimek” w Grudziądzu. Takie są korzyści z wczesnego wstawania. Kiedy zeszliśmy już na dół i wyszliśmy z budynku, zobaczyliśmy pana stróża prowadzącego kolejnych zbłąkanych turystów cichaczem na zwiedzanie. Ciekawa jestem, ile osób odwiedziło tę wieżę, przed oficjalnym otwarciem. (Ta wycieczka to już odległe czasy, więc tego pana stróża już tam na pewno nie ma, jako że był przyjezdny, więc raczej nie narażam Go na żadne przykrości – mam nadzieję.) A i uczciwie muszę przyznać, że pan stróż nie wołał od nas żadnych pieniędzy. Łapówkę dał mu Darek, już po wizycie na wieży. Z własnej inicjatywy i nieprzymuszonej woli. I to, to był dla mnie szok. 

Tam na wzgórzu trochę nam się zeszło, wskazówki zegara zdążyły zrobić po tarczy półtorej okrążenia i tak nam się wydaje, że już możemy zacząć szukać tej kawy na rozgrzewkę. I nawet szybko trafiliśmy w odpowiednie miejsce. Co prawda dopiero się otwierało i trzeba było chwilkę zaczekać na uruchomienie ekspresu, ale już było blisko, już mogłam sobie wyobrażać ten smak, zapach i już ten fakt rozgrzał moje zmarznięte wnętrze. Po wizycie w kawiarni, w dużo lepszych nastrojach, udajemy się nad Wisłę. Zmierzyć się z tym wiatrem od wody. Teraz jesteśmy na niego, lepiej przygotowani, jakby odporniejsi. A nad Wisłą – bajka. Ten widok, niby dobrze znany z różnych środków przekazu, a jednak nie do przekazania jest. Ten klimat. Ta atmosfera. Bosko. Ale i zimno. W Grudziądzu próbowaliśmy jeszcze znaleźć lokal po rewolucjach pani M., ale nam się to nie udało. W miejscu, w które wysłał nas wujek Google lokalu ewidentnie nie było. Udajemy się więc do samochodu i opuszczamy miasto. To jednak nie koniec wycieczki. Mamy po trasie jeszcze dwa przystanki i mam nadzieję, że może słońce nam tam trochę mocniej zaświeci. A tymczasem będziemy się grzać w samochodzie.

No to jest. Nasz kolejny obiekt do oglądania. Teren co prawda ogrodzony, metalowym płotem, ale co to za płotek – chudzina taka, no i zza płotu jest całkiem dobra wizja i spokojnie można sobie ruinę spenetrować wzrokiem. I popstrykać też można zza płotu. Można, nie znaczy trzeba. Od samego patrzenia endorfin nie przybywa. Robię więc sobie spacerek wzdłuż ogrodzenia i okazuje się, że w płocie furtka jest. Nacisnęłam – otwarte. No jak to? Tabliczka, że wejście na teren śmiercią grozi i furtkę zostawili otwartą ? No ludzie. To oni (ci co tę furtkę zostawili otwartą), tabliczką chcą mnie powstrzymać? Wejście na teren śmiercią grozi, a ja jednak jestem kobieta, matka odpowiedzialna, to pójdę sama. 

Papowo Biskupie przykuło moją uwagę malowniczą ruiną zamku. Zamku zbudowanego w większości z głazów narzutowych, co czyni go wyjątkowym w szeregu zamków krzyżackich. Cegieł, w tym przypadku, użyto tylko do wykończenia detali. Sztuczne wzniesienie, na którym stał zamek, otoczone było fosą . Wokół zamku rozciągały się żyzne ziemie dające wysokie plony, za czasów krzyżackich wypasano stada owiec liczące niejednokrotnie po 2000 sztuk, a ponadto Papowo było ważnym ośrodkiem hodowli koni. Załoga zamku brała czynny udział w wojnie pomiędzy Zakonem Krzyżackim, a Polakami. W bitwie pod Grunwaldem poległ m.in. komtur Papowa, Wilhelm von Rosenberg. Wtedy też, na krótko wojska Jagiełły zajęły zamek. Mogły to być, tygodnie, może miesiące, jednak już pod koniec 1410 roku Krzyżacy ponownie rezydują na zamku. Kolejna wizyta wojsk polskich ma miejsce w 1454 roku i Papowo Biskupie jest pierwszym zajętym przez Polaków zamkiem w wojnie 13-letniej. Po II pokoju toruńskim Papowo zostaje włączone do Królestwa Polskiego i wchodzi w skład Królewszczyzny. W 1505 roku Aleksander Jagiellończyk przekazuje budynek biskupom chełmińskim. To za ich rządów zamek zostaje częściowo rozebrany na materiał budowlany. W wyniku podjętych przez biskupów działań, część zamku stoi obecnie murem seminarium duchownego w Chełmnie. Karierę zakończył tak jak wiele zamków polsko-krzyżackiego pogranicza. Przestał bronić granic. Stracił swe znaczenie obronne i stał się marketem budowlanym dla okolicznych mieszkańców. 

Klęczę tam pod tym zamkiem, z moją obecnie gigantyczną mega dupą wypiętą w stronę przeciwną do ruin. Zamierzałam kucać, ale ostatecznie jest tak, że klęczę. I słyszę, że za moimi plecami zatrzymał się rowerzysta i chyba idzie do płota. No tak nadzieja, że mnie nie zauważy jest raczej marna, podejrzewam, że obecnie mój tyłek jest jedną z tych rzeczy które widać z kosmosu ( tuż zaraz za Wielkim Murem Chińskim). Ten fakt był mi wysoce nie na rękę, bo ja po niewłaściwej stronie tego ogrodzenia się znajduję. I od razu zaczynam się zastanawiać, jaka kara mi grozi za zignorowanie tabliczki, o narażaniu życia.

- A co pani tu fotografuje?. Toż to tylko sterta kamieni. – pan który zszedł z roweru pyta i jednocześnie odpowiada sobie na zadane pytanie. 

- Skąd pani jest? Z Warszawy?* To warto było się tłuc taki kawał żeby toto oglądać?. Ja całe życie na to patrzę i powiem pani – nie warto. 

A ja wam powiem oczywiście, że warto, warto jak nie wiem co :). 

*Będąc w Papowie Biskupim nie mieszkaliśmy już w Warszawie co prawda, podałam tę lokalizację w pewnym uproszczeniu.

I jeszcze jeden przystanek. Zamek Bierzgłowski. Ciche, spokojne miejsce. Działa na psychikę, jak filmy przyrodnicze czytane przez Krystynę Czubównę. A główną rolę gra tu oczywiście zamek. I jako jedna z najstarszych krzyżackich budowli obronnych, zamek ten nie miał lekko w swojej karierze. Wielokrotnie niszczony, palony i przebudowywany. W 1415 roku stracił rangę komturii. Od tego czasu miał już tylko zarządcę. Jego ocalenia, z historycznej zawieruchy, niektórzy upatrują w Toruniu, który jak mecenas przejął na siebie opiekę nad zamkiem, wykupując go w 1520 roku z rąk króla. Pod tą opieką pozostawał przez ponad 300 lat. Obecnym gospodarzem na zamku jest Diecezja Toruńska. 

No tu już było trochę cieplej. Rozkręciło się słoneczko troszkę. Jakby mi chciało język pokazać. Jakby skądś wiedziało, że ja już do domu jadę. Nic to, jeszcze się złapiemy gdzieś na trasie.

 

Odwiedzone miejsca

niedziela, 2015-04-12

Ostatnie wycieczki użytkownika

Pokaż więcej

Komentarze

2018-11-27 10:58:00

Wiem ja dobrze, wiem o czym piszesz, te gacie za małe a dopiero co w ciuchy dziecka mojego wchodziłam :) a tu zima dopiero idzie, czekam na rower !!! Grudziadz piekny znam z autopsji, reszta juz nie

2018-11-15 11:58:12

[cytuj autor='Maciej A'] Kolejny fajny dzień. Moje gabaryty są wciąż w fazie rozwoju, więc wiem o czym piszesz. Na razie idę w masę, później będę rzeźbił. W każdym razie zaglądaj tu częściej i pisz. [/cytuj]

Ha, ha, ha... są na tym świecie rzeczy, których się nie spodziewałam. Wielkie dzięki za podniesienie na duchu, a nie jest to w tej chwili zadanie lekkie :). I postanawiam poprawę, postaram się też o więcej systematyczności w działaniu. Ale jestem jakoś tak skonstruowana, że falami mnie nachodzą rożne zjawiska. Z racji tego, że nadal jestem bezrobotna, to była już fala na uzupełnianie wycieczek, na szycie, na ekstremalne wymiatanie śmieci z domu, przemeblowanie i porządkowanie piwnicy, czym rozstroiłam sobie Darka. Wróciłam więc na falę z wyjazdami. Nie wiem tylko jak długo będzie mnie niosła. Pozdrawiam gorąco.

2018-11-15 10:37:21

Kolejny fajny dzień.

Moje gabaryty są wciąż w fazie rozwoju, więc wiem o czym piszesz. Na razie idę w masę, później będę rzeźbił.

W każdym razie zaglądaj tu częściej i pisz.

2018-11-13 17:31:44

Wspaniała wycieczka.Tyle razy przejeżdzałem przez Grudziądz i niestety nigdy się tam nie zatrzymałem.Mam co żałować.

2018-11-12 20:25:31

Super, super, super! Fajna wycieczka w moje rejony :-)

Newsletter Wypisz się z newslettera
Portal pozytywnych podróżników
Copyright 2005-2019
Znajdziesz nas na: