Praga inaczej, Anna Siemomysła

Praga inaczej

2008-02-22 - 2008-02-24
2010-09-07 18:50:58
Avatar użytkownika
Anna Siemomysła 6623 kilometrów
Chcieliśmy zobaczyć Pragę pod śnieżną pierzynką; wyszło nieco inaczej.
Miejsca odwiedzone podczas wycieczki
Praga > Praga > Praga
Jest styczeń 2008 roku. Coraz częściej rozmawiamy o tym, że pora wreszcie wypuścić się w świat. Do tej pory podróżowaliśmy dużo po Polsce i chce nam się ruszyć dalej. W końcu zapada postanowienie (którego zresztą z różnych przyczyn niezależnych nie udaje się zrealizować) - rok 2008 Rokiem Pięciu Stolic. To ambitny plan - trzeba więc ruszyć z kopyta - zatem Praga Zimą. To nasz pierwszy cel. Ustalamy termin na koniec lutego, namawiamy Alę i Grześka, aby wybrali się z nami i zaczynamy przygotowania.
Ala kupuje przewodnik po Pradze i wnikliwie go studiuje, a ja szukam nam dobrego noclegu - znaczy żeby był w centrum, żeby był w miarę tani i żeby był w pobliżu jakiś parking, z powodu którego nie pójdziemy z torbami. Te warunki spełnia hostel przy karczmie "U Bubeničku”. Znajduje się on przy ulicy Myslikovej, która rozdziela dzielnice o nazwach Praga 1 i Praga 2, jakby nie było leży idealnie pomiędzy dwoma naszymi głównymi celami, którymi są Vyšehrad i Hradčany, a nocleg po przeliczeniu na złotówki wychodzi po ok. 40zł od osoby. Poza tym w jego pobliżu – na ulicy Drtvinovej po drugiej stronie Wełtawy, znajduje się parking, gdzie doba parkowania kosztuje 290 koron, a to mało w porównaniu z innymi, które wyszukuję. Innymi słowy miejsce idealne.

22.02.2008r. – Dzień Pierwszy (piątek). Gliwice – Praga.
.
Po dniach oczekiwania wreszcie nadchodzi piątek 22 lutego. Ja nie mam możliwości wzięcia urlopu, ale na szczęście w piątki pracujemy krócej, więc o 13:00 spod mojego miejsca pracy w Rybniku zabiera mnie reszta ekipy i ruszamy w kierunku Chałupek. Na granicy wykupujemy tygodniową winietę i ruszamy autostradą na Brno, a potem Pragę.
Docieramy dość szybko, przed 17 znajdujemy nasz parking – najpierw nieco krążymy, bo okazuje się, że nasza świeżo kupiona mapa nie jest do końca aktualna i gdy chcemy skręcać zgodnie z nią w ulicę Drtvinovą, wyrastają przed nami betoniki…
Tym niemniej dość sprawnie sobie radzimy. Radzimy sobie także z panem parkingowym, stacjonującym w sklepiku, przy niewielkiej stacji paliw, który krzyczy na nas co prawda, abyśmy mówili po czesku, ale w końcu stara się nas zrozumieć, inkasuje pieniądze za dwie doby i wpuszcza nasze autko na podziemny parking. Obładowani bagażami na 2 dni jak wielbłądy ruszamy w spływającym na miasto zmroku w kierunku Wełtawy. Przekraczamy ją Mostem Jiraska (Jiráskův Most) i docieramy na miejsce naszego noclegu. Atakujemy od strony restauracji, tam dowiadujemy się, że musimy chwilkę poczekać, aż nasz pokój zostanie przygotowany, zamawiamy więc piwo (dziwne, nie smakuje mi Pilsner Urquell kupowany w Polsce, ale tam piliśmy właśnie pilznera i był pyszny po prostu – Czesi to potrafią lać piwo!), a potem także obiad i zabawiamy się czytaniem regulaminu hotelu – po czesku i angielsku, okazuje się, że czeski to naprawdę przyjazny język. Gdy już można, po instrukcjach, którym kluczem co, idziemy do naszego pokoju – jest to de facto puste mieszkanie na 3 piętrze kamienicy. Mamy łazienkę i sypialnię z 6 łóżkami, z których wykorzystujemy oczywiście 4, ale nikt nie domaga się od nas płacenia także za te niewykorzystane. Zrzucamy bagaże i pędzimy podziwiać nocną Pragę. Tu należy nadmienić, że pogoda z nas zakpiła… nie tego się spodziewaliśmy planując w styczniu naszą zimową Pragę. Śniegu ani na lekarstwo i nawet specjalnie zimno nie jest… Na moście Karola i na nabrzeżu pomiędzy nim a Teatrem Narodowym pełno ludzi. Sporo młodzieży dyskretnie popija wino z papierowych torebek. Słychać śmiech i gwar. Luty… a tu jak w pełnym sezonie. Oglądamy rzeźby na moście, docieramy na Malą Stranę, wypatrujemy dwa młyny wodne, które postanawiamy lepiej obejrzeć w świetle dnia. Bardzo mi się podobają uliczki Malej Strany. Już mi szkoda, że przyjechaliśmy na tak krótko! Spać idziemy dość późno, a jutro nie ma zmiłuj – trzeba nachłonąć jak najwięcej Pragi!

23.02.2008r. – Dzień Drugi (sobota). PRAGA.


Wczesna pobudka i po szybkich ablucjach ruszamy na połów śniadania. Słusznie założyliśmy, że Praga to miejsce silnie cywilizowane i nie potrzeba tu wieźć zapasów. Powędrowaliśmy do wypatrzonego dzień wcześniej marketu, po drodze fotografując Tańczący Dom. Wędrówce naszej towarzyszyła mżawka i raczej niska temperatura, ale w sumie to luty, choć bez śniegu… W hostelu szybciutko się posiliśmy za pomocą świeżych bułeczek i tego, na co kto miał głodną ochotę w sklepie ;)
Pierwszy, najważniejszy dla mnie i dla Romka obiekt (no cóż, nie da się ukryć, że zdominowaliśmy pozostałych uczestników wycieczki) to Twierdza Wyszehradzka. Znajduje się ona na wzgórzu w dzielnicy Praga 2 tuż nad Wełtawą pomiędzy ulicami Svobodovą, Na Slupi i granicą z Pragą 4. Jak czytamy w przewodniku Bezdroży „Praga. Złoty Hrad nad Wełtawą” „ Dzisiejszy Wyszehrad (Vyšehrad z czes. ‘wysoki zamek’) to interesujące miejsce położone z dala od zgiełku wielkomiejskiego centrum, cichy zakątek, głęboko nasycony historią, którą odkryć można w zachowanych tu pamiątkach architektonicznych minionych epok…”. Nie da się ukryć, że Vyšehrad taki właśnie jest. Gdy do niego docieramy, pojawia się słońce i zaczyna naprawdę przygrzewać, rozpinamy kurtki i wyczuwamy nosami wiosnę w powietrzu. Wchodzimy na twierdzę, którą legenda wiąże z mityczną Libuszą i początkiem Pragi. Przekraczamy kolejne bramy – Bramę Tábor, Bramę Špičką i Bramę Leopolda. Naszym oczom ukazuje się spokojny park, rozciągający się ponad płynącą nisko w dole Wełtawą. Dość długo w historii Vyšehrad stanowił samodzielne miasto, nieraz występujące w opozycji do Pragi. Jako gród powstał już w X wieku i właśnie tu swą rezydencję miał pierwszy król Czech Wratysław II. Broniono Vyšehradu w czasie wojen husyckich, a w XVII wieku w związku z bardzo dobrym położeniem zamieniono go w twierdzę, która funkcjonowała do drugiej połowy wieku XIX. Później została częściowo rozebrana, podobnie jak inne twierdze w tym okresie. Na szczęście spora część murów zachowała się, a obecnie jest rekonstruowana jako pomnik historii. Wewnątrz murów znajduje się kilka obiektów godnych uwagi – między innymi Rotunda Św. Marcina, Katedra św. Piotra i Pawła, Muzeum historii Vyšehradu w Gotickym Sklepie, a przede wszystkim Kazamaty, czyli pomieszczenia twierdzy w których stacjonowały cesarsko-królewskie wojska. Jedno i drugie muzeum kosztują nas po 30 koron od osoby. Obydwa są bardzo interesujące, zwłaszcza kazamaty, których historię opowiada nam pani przewodnik, próbująca wtrącać słowa po polsku, gdy coś wydaje jej się zbyt trudne dla nas do zrozumienia i cały czas troszcząca się o to czy wszystko jest dla nas jasne. Przy okazji okazuje się, że w wyszehradzkich kazamatach ukryte są oryginalne rzeźby z Mostu Karola, przenoszone tu w miarę posuwania się prac remontowych i montowania na moście replik (polityka prowadzona obecnie przez dużą część miast europejskich jako, że warunki atmosferyczne, a przede wszystkim gołębie bardzo niszczą oryginalne delikatne rzeźby). Przy okazji opowieści o poszczególnych rzeźbach, Pani Przewodnik z uśmiechem wskazuje nam św. Wojciecha i św. Stanisława, mówiąc, iż ci święci szczególnie są bliscy naszym gościom z Polski. Naprawdę, ciężko tu zrozumieć, skąd wzięło się idiotyczne przekonanie, że Czesi nie darzą nas sympatią.
Po przerwie na drugie śniadanie spożyte na ławeczce pod kazamatami, ruszamy do drugiego naszego celu – niespiesznym krokiem, wzdłuż nabrzeża, podążamy na Hradčany. Po drodze wspinamy się na Staromiejską Wieżę Mostową i podziwiamy Most Karola z góry. Potem podziwiamy wypatrzone wczoraj młyny na Malej Stranie i zażywamy chwili kąpieli słonecznej na placu Kampa – miejscu pikników studenckich i pierwszych pocałunków zakochanych. Przez chwilkę naszą uwagę przykuwa kościół św. Mikulaša, ale to już ostatnie odbicie od zasadniczego celu. Teraz już kierunek – do góry na wzgórze, z którego króluje praski zamek królewski. Wchodzimy na nie schodami zachodnimi, nie opuszcza nas słońce. Przekraczamy Bramę Tytanów i jesteśmy na dziedzińcu zamkowym. Nie decydujemy się na zwiedzanie wnętrz, mamy obawy, że będzie jak w naszym Zamku Królewskim w Warszawie, a nie jesteśmy fanatykami tego typu wnętrz. Żal nam słońca i delikatnego gwaru turystów, tej atmosfery, którą możemy chłonąć przez tak krótki czas. Żal mi tylko, że w sprawie zwiedzenia wnętrza katedry św. Wita zostałam przegłosowana i ją też podziwialiśmy tylko z zewnątrz. Szczególną moją uwagę zwrócił klasztor św. Jerzego z piękną rzeźbą nad wejściem. Kolejny punkt obowiązkowy to Złota Uliczka. Najpierw zwiedziliśmy wnętrze – nie zabrakło dział i interesujących egzemplarzy zbroi rycerskich, a potem spacerek wzdłuż kamieniczek na zewnątrz. Odczuwam zawód… no bo tyle słyszałam, tak miało być pięknie, a tu nie czuję się wcale tak jak się spodziewałam. Pewno działa to typowo – im bardziej człowiek się na coś nastawia, tym trudniejsze zadanie staje przed daną „atrakcją”. Tym niemniej Złota Uliczka nie zapadła mi w pamięć, tak jak np. Kampa. Może także fakt, że słońce zaczynało już słabiej przyświecać przygotowując się na zasłużony zimowy spoczynek, spowodował, że nie odkryłam jej uroków.
Siedzimy jeszcze chwilę w pobliżu schodów wschodnich, przyglądamy się małej zmianie warty przy jednym z bocznych wejść, a także drogą kupna nabywamy obrazek z widokiem na Hradčany, który ma upamiętnić pobyt w Pradze na ścianie naszego mieszkania.
Jako, że robi się zimno i głodno ruszamy na Malą Stranę na poszukiwanie jakiejś rozgrzewki. Znajdujemy maleńki lokalik, w którym raczymy się na szybko pierożkiem z kapustą oraz „svaženym” czyli grzanym winem. W trakcie posiłku prowadzimy naradę – gdzie jeszcze? Decydujemy się wjechać na punkt widokowy na wzgórzu Petřin, aby popatrzeć sobie spod małej „Wieży Eiffla” na światła nocnej Pragi. Wjeżdżamy tam wagonikiem linowej kolejki szynowej, takiej samej jaką można zobaczyć np. w Orvieto we Włoszech, wcześniej rozpracowujemy automat biletowy, nie mając do końca pojęcia jakie bilety powinniśmy kupić ;) Petřin to wzgórze obfitujące w ogrody, są tu także stacje drogi krzyżowej. Spacer nocą nie ma jednak za wiele sensu, więc ograniczamy się do podziwiania średnio imponującego widoku. Jesteśmy już zmęczeni, trudno z nas wykrzesać entuzjazm. Postanawiamy, że na dzisiaj dość – idziemy do naszego hostelu, na kolację, piwko i sen. To naprawdę dobry pomysł z noclegiem „U Bubeničku” – wszystko mamy pod ręką, a gdy zaczynamy padać nosami w kufle ze zmęczenia ekspresowo znajdujemy się w łóżeczkach.

24.02.2008r. – Dzień Trzeci (niedziela). Praga-Gliwice.

Dzisiejszy poranek wita nas jeszcze piękniejszym słońcem niż wczorajszy! Wybieramy się po śniadanku na spacer nad Wełtawę, celem zaniesienia naszych bagaży do auta, albowiem o poranku wymeldowujemy się z hostelu. Po drodze podziwiamy w świetle słońca petřińskie wzgórze, które wczoraj zdobywaliśmy koleją. Wstępujemy do sklepiku prowadzonego przez Chińczyków, aby nabyć konieczną wszak czekoladę studencką. Potem idziemy na most Karola, bo uświadamiamy sobie, że do tej pory nie udało nam się go sfotografować! Dziś też nie jest łatwo – szokująca temperatura (termometr po drodze wskazywał 19 stopni!) wygoniła mnóstwo ludzi z domostw. Na naszych zdjęciach wcale nie udaje nam się ustawić na pierwszym planie. Potem dzielimy się na podgrupy – ja i Ala idziemy na ulicę Husovą na mszę w ojczystym języku, która zaczyna się o godzinie 12:00 w parafii polskiej przy kościele św. Idziego, a chłopcy ruszają zwiedzać bez nas. Udaje im się między innymi zobaczyć przedstawienie na zegarze astronomicznym Orloj znajdującym się na gotyckiej wieży ratusza staromiejskiego. Gdy wychodzimy z kościoła, czekają już na nas, a Romek obwieszcza koniec wycieczki, do domu jest dosyć daleko, a jutro do pracy. Robi mi się smutno, bo jakoś zaskoczyła mnie ta jego decyzja, tyle jeszcze jest do zobaczenia! Josefov, plac Wacława, rozliczne pałace, piwiarnia „U Fleku”, o której opowiadał mój ojciec… no cóż, zapewne będziemy musieli tu wrócić…
Do domu wracamy inną drogą, przekraczamy granicę w Nachodzie i jedziemy przez Kłodzko i Nysę, a potem autostradą A4. Romek jako kierowca orzeka, że droga obrana przez nas w drodze do Pragi, była znacznie lepsza – łatwiejsza, szersza, bez rozlicznych ostrych zakrętów i wspinania się na stromizny, choć teoretycznie dłuższa kilometrowo.

Naszą „zimową” Pragę, która okazała się być wstępem do wiosny, wspominam bardzo miło – w galerii dodałam zdjęcia, które skanowałam z wersji papierowej, wtedy jeszcze nie mieliśmy aparatu cyfrowego, a jedynie poczciwego automatycznego Canona na klisze, którego nabyliśmy wspólnie prawie na początku naszej znajomości, gdy już odkryliśmy, że odkrywanie piękna naszego kraju a później i świata sprawia nam ogromną radość.



Avatar użytkownika
Anna Siemomysła 6623 kilometrów

Komentarze

Avatar użytkownika
Anna Siemomysła 6623 kilometrów
2011-02-24 11:20:57
Bardzo dziękuję!
Teraz zauważyłam Twój komentarz! Brakuje mi tu powiadomień na maila!
Właśnie przed chwilą przeglądałam Twoje opisy włoskich miast, sama zbieram się, aby dodać coś od siebie w temacie Włoch i Francji, ale wyjazdy z przed kilku lat cięzko się opisuje.
Pozdrowienia!
Avatar użytkownika
monika 17658 kilometrów
2010-11-13 15:47:00
Ciekawie opisałaś Pragę . Piękne zdjęcia.