, DoRi

III EDYCJA CHŁOSTY BESKIDZKIEJ

2016-06-03 - 2016-06-05
2017-03-10 11:52:48
Avatar użytkownika
DoRi 11364 kilometrów

Jechać...nie jechać...to pytanie zadawało sobie pewnie wiele osób, które zadeklarowały swój udział w tegorocznej Chłoście Beskidzkiej. Jeszcze w czwartek dzień przed wyjazdem mnóstwo wątpliwości logistycznych i pogodowych stawało na przeszkodzie. Czwartek był burzowy i lało jak z cebra (przynajmniej w B.Żywieckim), co sprawiło, że ekipa wyjazdowa zaczęła mi się rozsypywać. Ostatecznie po kilku telefonach i wiadomościach na mecie mieli mnie witać Maciek, Jacek, Rafał i Gosia- spanie pod namiotami na szczęście też wypaliło, więc szybko musiałam się przepakować przed wyjazdem...ogrom mojego plecaka jak i jego ciężar nieco mnie przytłoczył mhm...

Miejsca odwiedzone podczas wycieczki
Szczawnica > Krościenko

Kilka minut po 16 ruszyliśmy z Mateuszem i Grzesiem w drogę do Szczawnicy. Koledzy jak się okazało biorą czynny udział w imprezach tego typu, więc ekipa startowa będzie mocna :) Przed godziną 19 jesteśmy w Szczawnicy i witam się z Mirkiem poznanym na IV PZWB, a wraz z nim ze Zbyszkiem :)Zaraz po nas zbierają się inni Chłostowicze. Po ilości uczestników widać, że ekipa jest nieco mniejsza niż rok wstecz,ale humory jak zwykle przy takich spotkaniach wszystkim dopisują :) Tutaj też poznajemy się z Jarkiem i Markiem-z Jarkiem wędrowaliśmy na IV PZWB do Rytra, miło znowu się spotkać i razem wędrować :) Widzę dużo znajomych twarzy z poprzednich rajdów-no i Tomasza P.- organizatora całego zamieszania. Jeszcze jedna kwestia do dogrania mi pozostała przed startem...które buty zabrać-wysokie czy niskie...rzut kosteczką Mirka zadecydował, że niskie, więc drugie wylądowały w aucie-jak się na mecie okazało moje niskie butki znowu się świetnie sprawdziły na długodystansowej trasie i nic nie zaszkodziło moim stopom, ku zaskoczeniu wielu ;) Start był nieco opóźniony, bo jeszcze przecież musi być pamiątkowe foto z banerem eventu :) W wyśmienitych humorach ruszyliśmy o 20:30 szlakiem zielonym prowadzeni...no to zaczęło się.



SZCZAWNICA (CENTRUM)-SCHRONISKO PTTK PREHYBA
Odległość: 9,17km (łącznie 9,17km) przewyższenia:837m

Powoli się zbieramy :)

Zwartą grupą ruszamy zielonym szlakiem w stronę Przehyby. Na szczęście to nie ten szlak, którym kiedyś schodziłam z chłopakami z tego szczytu, co pocieszyło mnie trochę-chyba nie na długo. Pierwsze solidne podejście zaczyna się już kilometr od startu. Jako, że ponad półtora miesiąca nigdzie nie chodziłam i miałam za sobą cholernie ciężki tydzień w robocie (co odczuły boleśnie moje nogi) byłam pełna obaw czy zdołam przejść całość trasy. Z metra na metr tłum zaczął się gubić i każdy już szedł albo grupkami albo samotnie. Dzień chylił się ku zachodowi i widoki z każdym krokiem stawały się piękniejsze. Moi faceci jakoś szybko mnie odstawili, więc zatopiona w morzu myśli szłam samotnie. Moja niezdarność ukazała swoje oblicze przy wyciąganiu latarki z plecaka-nie wiem jak się to stało, ale rozwaliła się na pół po upadku :( dobrze, że miałam ze sobą jeszcze czołówkę-bez światła na nieznanym terenie mogłabym mieć kiepską sytuację, ani z przodu ani z tyłu nikogo nie widziałam, a czekać na zbawienie też mi się nie uśmiechało...W pewnym momencie klnęłam na czym świat stoi i dobrze, że na mojej drodze pojawił się Zbyszek, który w pewnym momencie pokierował mnie na szlak, tak to pewnie bym poszła nie wiadomo gdzie. I w tym miejscu zaczyna się kolejna niezwykła znajomość, gdzie wsłuchuję się w masę historii opowiadanych przez mojego sędziwego towarzysza. Pomimo 63 lat Zbyszek zaskakuje mnie swoją kondycją i zdobytymi szczytami o których opowiadał mi aż do schroniska. Oprócz Gerlacha czy Lodowego Szczytu, brał czynny udział w Biegu Rzeźnika w Biesach i kilku innych górskich ultra maratonach :) Przekaźnik na Przehybie sygnalizuje, że zbliżamy się już do pierwszego etapu naszej Chłosty. Zimny wiatr studzi moje emocje i zmęczenie, ale jakoś nie mam ochoty ściągać ciężkiego plecaka i ubierać czegoś cieplejszego, więc daruję sobie jakiekolwiek manewry w tym kierunku :) W schronisku cichutko i ciemno....dosiadam się do znajomych i konsumujemy kolację :) Mirek przynosi mi gorącą czekoladę, która osładza mi pierwsze objawy zmęczenia :) Wszystko jest ok...ale barki mnie bolą...plecak mam stanowczo za ciężki :( Od tej pory ruszamy już zwartą grupą razem.


SCHRONISKO PTTK PREHYBA-DZWONKÓWKA-KROŚCIENKO N/DUNAJCEM
Odległość: 11,81km (łącznie 20,98km) przewyższenia: 312m

Przed wyjściem ubrałam na siebie bluzkę z długim rękawem i kurtkę...jak dobrze, że ją zabrałam :) wiatr i zmęczenie potęguje zimno jakie czuję...teraz Dzwonkówka przed nami...jak źle kojarzy mi się ten czerwony szlak...ile na nim wycierpiałam sam Bóg jeden wie. Zejście tym piekłem też do przyjemnych nie należy, ale dzisiaj cieszę się, że nim schodzę a nie wchodzę :) Jak ja tu wyszłam wtedy, po morderczym maratonie z Turbacza przez Lubań nie wiem... błoto trochę przeszkadza w marszu. Niebo jest rozgwieżdżone i zapowiada się cudowny wschód Słonka. Dochodząc do Dzwonkówki budzimy wszystkich chyba w przysiółku, bo psy zdradliwie ujadają-tutaj też lekko zbaczamy ze szlaku-na szczęście szybko się orientuje nasz przewodnik i zwracamy na właściwe tory-Zbysiu poszedł dobrze i nas odstawił-łapiemy go prawie przy samym wejściu do Krościenka. Po zejściu z ostatniego stromego odcinka szlaku siadamy na ławeczce i odpoczywamy. Dołączają inni i umilamy sobie odpoczynek rozmowami. Nie trwa on długo, bo strach pomyśleć jak zareagują nasze mięśnie na dłuższy postój.

KROŚCIENKO N/DUNAJCEM - LUBAŃ
Odległość: 8,96km (łącznie 29,94km) przewyższenia: 834m



Dochodzi 2:30 kiedy opuszczamy mieścinę. Spokojnym tempem ruszamy na Lubań-szlak czerwony znowu zaczyna się piąć w górę...na wschód już raczej na szczycie się nie znajdziemy, ale nabieranie wysokości zwiastuje i tak piękne widoki. Tym razem moim partnerem do rozmów na tym odcinku przez dłuższy czas jest Jarek. Gdzieś nie opodal napotykamy Janusza i Monikę z którymi się mijamy co jakiś czas :) Mirek z resztą czeka gdzieś za zakrętem :) Krótki postój na odsapnięcie i znowu ruszamy...Mirek i Jarek zostają ze mną, reszta idzie nieco szybciej. We trójkę rozpoczynamy świtanie pod Lubaniem...morze chmur, samotna Przehyba piętrząca się nad nim wita z nami sobotni poranek...w takich wyprawach nie chodzi o to żeby gdzieś się spieszyć, a oto by kontemplować piękno jakie daje nam Matka Natura...grzech było ominąć to wspaniałe widowisko...Za kilkadziesiąt metrów znowu się rozpraszamy i dołączam do Zbysia, który znowu raczy mnie swoimi opowieściami jakie przeżył w swoim 30 letnim górskim wędrowaniu...podnosi mnie tym na duchu i nie myślę o zmęczeniu...myślę sobie po cichu w chwilach ciszy, że i ja może kiedyś będąc w takim wieku będę mogła raczyć młodszych od siebie historiami jakie przeżyłam...to wspaniałe mieć o czym opowiadać...po raz kolejny jestem wdzięczna losowi za to, że pozwala mi spotykać takich właśnie ludzi na szlaku. W końcu jesteśmy w bazie namiotowej i jestem mile zaskoczona wieżą widokową, pogodą, panoramą i wszystkim w około. Na GSB nie było dane mi oglądać niczego oprócz swojej ręki przez mgłę...odpoczywam trochę i ruszam na wieżę...kiedy zobaczyłam jaki widok mnie wtedy ominął mocno się wzruszam...bo to co widzą moje niewyspane oczy przebija wszystkie widoki jakie kiedykolwiek oglądałam ze szczytów... jestem w niebie...Odpoczywamy dłużej tym razem, chyba z godzinę. Słoneczko ogrzewa nasze zmęczone twarze. Najchętniej każdy z nas by już pewnie tu został, ale mamy jeszcze trochę do przejścia-to nie koniec zabawy :) Ostatnie spojrzenie na Tatry ... odbijamy na zielono-czerwony szlak w stronę Ochotnicy Dolnej.

Krościenko

LUBAŃ-OCHOTNICA DOLNA
Odległość: 6,50km (łącznie 36,44km) przewyższenia: 68m

W pewnym momencie myślę o porzuceniu przejścia ostatniego odcinka zielonym szlakiem, ale chłopaki rozwiewają te myśli i wspólnie ruszamy do Ochotnicy Dolnej zgodnie z wytycznymi trasy. Szlak zielony istne piekło...kolejne zresztą na trasie. Ślisko, mokro, krzaczaście...co za pech nooo... kolana zaczynają odczuwać trudy wędrówki. Pociesza mnie fakt, że jeszcze nie jest najgorzej. Słoneczko zaczyna mocno prażyć. Oczywiście mam krem przeciwsłonecznikowy, ale ani myślę się póki co smarować :) Ostatnie kroki przez mały strumyczek i już jesteśmy na drodze. Teraz naszym celem jest CPN :) Kończy mi się woda, więc co jak co ta wioska na trasie jest zbwieniem pewno nie tylko dla mnie :) Jak dobrze, ze jeszcze obok jest sklep...wskakujemy do niego dokupujemy zapasów i raczymy się lodami i piwem :) Spożywamy pod sklepem jak ostatni uchodźcy wzbudzając zainteresowanie mieszkańców :) Po zakupach i małym odpoczynku przenosimy się na CPN na kawę...smakuje wybornie :) Odpoczywamy z dobre pół godziny po czym niestety musimy iść dalej. Przed nami ostatnie przewyższenie...na Gorc...o zgrozo co to bedzie :) Tutaj żegnamy się z Jarkiem, który musi ruszać do Ustronia.

Wschód nad Krościenkiem

OCHOTNICA DOLNA-GORC
Odległość: 7,25km (łącznie 43,69km) przewyższenia: 723m

Teraz na dzień dobry czeka nas butowanie asfaltem z jakieś 2 km...no cóż nie jest tak źle :) Tym razem idę z Markiem, który od początku deklarował, że poniesie mój namiot :D na obiecywaniu się skończyło no i na fochu kobiecym z przymrużeniem oka również :) Odbicie z asfaltu znowu jest strome...z nogi na nogę wędrujemy wyżej. Humory nas nie opuszczają, a i widoki robią się zacne:) Nasza mocna ekipa znowu nas odstawia i znowu w jednym miejscu mamy problem z namierzeniem szlaku...Mirek telepatycznie chyba zdawał sobie z tego sprawę i od razu odbierając moj telefon nakierował nas na odpowiedni szlak. Wędrując szlakiem zielonym rozpościerają się piękne panoramy na Lubań i okoliczne szczyty. Po kilkudziesięciu minutach widać również nasz cel-kolejna wieza widokowa na Gorcu oznajmia, że jeszcze chwila i będziemy na miejscu :) Przy szczycie odpoczywamy znowu z pół godziny ogrzewani promieniami Słońca. Marek i Mirek idą na wieżę, reszta wypompowana ani dychnie :D Przekazuje mój telefon Mareczkowi żeby porobił mi kilka zdjęć :) Panoramy prezentują się cudownie :) W między czasie przychodzi kilka osób z którymi mijamy się od dłuższego czasu na trasie, wspólny odpoczynek znowu kończy się śmiechem i podniesieniem na duchu-teraz przed nami już tylko prostka...ale jaka ta prostka była długa wiedzą Ci co ją przeszli :D

GORC-SCHRONISKO PTTK TURBACZ
Odległość: 10,78m (łącznie 54,74km) przewyższenia: 414m

Słońce już mocno w górze prażyło nie miłosiernie-zaczynam żałować że nie zabrałam ze sobą czapeczki z daszkiem-moja twarz znowu przybiera odcień czerownego raka co odczuwam boleśnie...zaczyna mi doskwierać kilka kontuzji-najbardziej w dupę dają mi barki i plecy obtarte od plecaka-jedyne co mnie uratowało to podkładanie czegoś między plecak a plecy-inaczej chyba bym ten plecor ciągła za sobą-wszystko przez ten namiot :P Kolano dokucza tylko po postojach-nie rozruszane boli nie miłosiernie- biedny Marek chyba dość się nasłuchał moich narzekań :P Mirek tego uniknął tak jak chciał hhh Powoli z nogi na nogę znowu się rozpraszamy. Mateusz odłączył się w połowie ostatniego odcinka, ja z Markiem zarządziłam postój bo nie mogliśmy dogonić Grzesia, Zbysia i Mirka. Usiedliśmy gdzieś w cieniu na 15 minut, kiedy się zebraliśmy i podeszliśmy kilka metrów dalej- na ławce czekali na nas oni :D taki psikus górski...no to dawaj...jeszcze 15 minut leżakowania w Słoneczku ^^ Później już było nieco raźniej, bo gdzies zza drzew wyłonił się już Turbacz. Mirek kondycyjnie znowu mnie powalił i ruszył przed nami. A nasza czwórka już z uśmiechami na Polanie Gabrowskiej spacerkiem szła do mety :) Znajomi mieli po mnie wyjść, ale leniom się nie chciało :D bestyje jedne!! Pod schroniskiem wielka euforia szczęścia-siedzi tu już Tadek, Łukasz, Piotrek i moi znajomi...udało się :) Godzina 16:30 koniec trasy :) Jestem dumna jak cholera-teraz mogę się napić piwka :)

Wschód nad Krościenkiem

Szybkie ogarnięcie i czas na ognisko...z godziny na godzinę jest nas coraz więcej, pojawia się też Paweł co zaparkował auto na Turbaczu jako pierwszy w historii człowiek-jemu się zawsze udaje :) Chłopaki dzielnie zbierali chrust na ogień, kieliszek krążył w koło i robiło się coraz bardziej wesoło...kiedy już praktycznie wszyscy doszli do ogniska odbyło się losowanie upominków od sponsora Chłosty tuttu.pl...zmęczenie odchodziło powoli w niepamięć, wpadł i Zbysiu pożegnać się i podziękować za wspólne wędrowanie-po czym udał się do schroniska na odpoczynek, który słusznie mu się należał. I mnie szybko zmogło :P po 21:00 pożegnałam się i poszłam do namiotu-zakopana w śpiworze szybko zasnęłam.

Zimno i budzik Mirka obudził mnie o 3:00, więc do rana miałam pospane-jego ciągło dalej na Orłową...niezmordowany jak zwykle :) Na wschód Słońca nie wstałam bo nie miałam siły tak naprawdę-mięśnie bolały mnie potwornie. Śniadanie i kawa dopiero pobudziły mnie trochę do działania-udałam się z Matim na szczyt Turbacza rozruszać trochę kości. Po powrocie jeszcze chwilę posiedzieliśmy wspólnie i nadeszła ta chwila, która należy do tych najmniej przyjemnych-pożegnanie...kto wie kiedy znowu się spotkamy...może w lipcu na Lipowskiej...a może dopiero na kolejnej edycji Chłosty...Tegoroczna edycja dała mi chyba najbardziej po tyłku...strach pomyśleć co Tomasz przyszykuje na kolejną :) Czołem wszystkim mijanym na szlaku-i do zobaczenia za rok :)

Wieża widokowa na Lubaniu

PS.Podziękowania dla sponsora III edycji :)

Link do trasy: http://www.planetagor.pl/places/application/TrialPage.php?ID=13271

Avatar użytkownika
DoRi 11364 kilometrów

Komentarze

Avatar użytkownika
DoRi 11364 kilometrów
2017-03-17 10:30:23

[cytuj autor=' kristofhetvenharom']Brawo! - za przejście trasy i za opis. Mimo podeszłego wieku, zamierzam wziąć udział w kolejnej edycji! [/cytuj]

Super :) Zapraszam gorąco :) na Chłostę może iść każdy :) Zawsze trasę można skrócić jeśli ktoś nie da rady przejść całości, by wieczorem wspólnie usiąść przy ognisku :) 

Ostatnio edytowany: 2017-03-19 18:53

Avatar użytkownika
kristofhetvenharom 3952 kilometrów
2017-03-16 21:19:22

Brawo! - za przejście trasy i za opis. Mimo podeszłego wieku, zamierzam wziąć udział w kolejnej edycji!

Avatar użytkownika
Maciej A 18616 kilometrów
2017-03-11 09:20:02

pięknie i górsko i towarzysko