Błądzimy po Sudetach - dzień trzeci.

2014-07-28
2015-07-02 00:13:35

Dnia trzeciego postanowiliśmy udać się na zachód. Naszym pierwszym celem jest Wałbrzych. I tu trochę daliśmy ciała, bo od razu pojechaliśmy na 10:00 na zamek Książ. Taka godzina, że wielu turystów zdążyło już wstać. Ale mieliśmy nadzieję, że z okazji poniedziałku, będzie troszkę luźniej. Kolejka do kasy pozbawiła nas tych złudzeń bardzo szybko, więc jak już dotarliśmy do okienka postanowiliśmy nabyć bilety na tarasy i opuścić jak najprędzej wesoły tłum czekający na przewodnika. Tym bardziej, że indywidualne zwiedzanie zamku, ujęte w ofercie handlowej, okazało się dla mnie nie do pojęcia. No, moje zszarzałe komórki nie dały rady. Niepojęte jest dla mnie również to, że chcąc pospacerować wokół zamku, muszę też z automatu zapłacić za wizytę w palmiarni, do której wcale się nie wybieram, która leży w innej części miasta i mnie zupełnie nie interesuje na dzień dzisiejszy. Przy kasie też nikogo to nie interesuje, mam zapłacić jak chcę zobaczyć zamek od tyłu i kropka. A jak mnie dziś nie interesuje, to mogę ten bilet do palmiarni wykorzystać w innym terminie, bo jest ważny rok. Nie no to zupełnie zmienia postać rzeczy. Przyjadę do Wałbrzycha za parę miesięcy na niedzielny spacer po palmiarni. Z Grodziska Mazowieckiego. Bo bilety już mam. Tylko talon na benzynę powinni do niego dołożyć jak są tacy wyrozumiali wobec turystów. A te palmiarnie do każdego biletu dokooptowali, lepiej to chyba w cenniku wygląda. Dobra, idziemy na te tarasy, bo mnie już głowa rozbolała od walenia w kowadło, a przecież wiem, że żadnego pożytku z tego nie będzie. Spacerek spoko. Zamek Książ zobaczyłam, wystarczy mi to na parę ładnych lat.



Udając się na parking, pech chciał – bo jest wredny i złośliwy – dostrzegłam tabliczkę „Informacja Turystyczna” i postanowiłam skorzystać. Bo uczę się, na własnych błędach, ale powoli. A ja, w Wałbrzychu szukam jeszcze jednego obiektu i nie jest to palmiarnia, a ruiny zamku Stary Książ. Pani w informacji powiedziała, że to jakieś 30 minut drogi, z miejsca w którym się obecnie znajdujemy. Warto się przespacerować. Piękna, niedawno zagospodarowana ścieżka. Aha, ale oczywiście nie ta na którą polazłam. Z dziećmi i z Darkiem. Tak się świetnie z panią od informacji zrozumiałam, że trafiłam nad urwisko skalne ze ścieżynką momentami żywcem uciekająca spod nóg. W tych okolicznościach przyrody dotarliśmy do punktu widokowego, z którego roztaczał się przepiękny widok na rosnące w dolinie drzewa. W tym miejscu postanowiliśmy zawrócić. Póki jeszcze byliśmy w komplecie i nikomu nie trzeba było składać kości. Burę zebrałam, a jakże, że nie wiem czego szukam. Już nie chciałam dolewać oliwy do ognia i wyjaśniać, że wiem czego szukam tylko nie wiem jak tego szukać. Zakładałam, nie po raz pierwszy zresztą, że jakoś się znajdzie. Tyle tylko, że mój plan nie przewidywał kalectwa lub śmierci podczas tej czynności. Wróciliśmy do samochodu cali, ale w kiepskich nastrojach, bo mój plan zawiódł. Na szczęście Darek wymyślił inny plan. I zajął się dotykaniem swojego telefonu. I klikał, i googlował, i przez tą małą lupkę z telefonu wypatrzył jakąś drogę. I na Stary Książ zaprowadziła nas nawigacja z Darkową pomocą.

Zamek Stary Książ, to podobno sztuczne ruiny – ja się tam sztuczności nie dopatrzyłam J. Urzekły mnie i ruiny i okolica. Takie typowo romantyczne miejsce. Ślady po palonych ogniskach, trochę imprezowego bałaganu, ale to tylko dowody, że w ruinach nadal pulsuje życie. Po oględzinach zamku Książ, wizyta na Starym była jak orzeźwienie. I tak mnie natchnęła ta atmosfera, że wyciągnęłam jeszcze rodzinę na poszukiwania widoków na Książ. Ale to czego szukałam, z premedytacją zasłaniały mi drzewa. Soczysta, zielona ściana udaremniała każdą próbę popatrzenia daleko przed siebie. Słońce już od jakiegoś czasu dodawało żaru do ognia, a ta kombinacja nieustannie lała się z nieba i jasno dawała do zrozumienia, że niebawem nastąpią jakieś gwałtowne zjawiska pogodowe. Przeszliśmy kawałek ścieżynką nad urwiskiem i … trafiła się skała. Wisząca z półtora metra pod moimi stopami i wystająca sporo, co pozwoliło mi sądzić, że gdybym tam na nią się dostała, to może wreszcie bym ten Książ sfotografowała bez drzew. Ale, ale to półtora metra, a może nawet więcej – mierzenie odległości wzrokiem to nie jest moja mocna strona – to w ogóle nie moja strona. No, no to ta odległość, do tej skały, to jest jednak w dół i to duży dół, przepaść można powiedzieć i jak na nią nie trafie to nie wiadomo gdzie się strzymam i czy będzie jeszcze co ze mnie zbierać. A na nogach mam ciżemki z trzech pasków i wyślizganej podeszwy. A na dupie kiecke w której ledwie oddycham i która mocno ogranicza moje ruchy. I grzmi. Darek w prostych żołnierskich słowach oznajmia mi, że nie wierzy, że ja w ogóle rozważam ten skok na skałę. – Zaraz skok, po co tak drastycznie, zjadę sobie ostrożnie na tych moich sandałkach prościutko na te półkę. No chyba, że nie trafię. Stoję i myślę. Za naszymi plecami granatowo się zrobiło. Grzmi coraz bardziej. I któryś z tych grzmotów musiał obudzić tego gościa co mi wszystkie moje najprzedniejsze pomysły podsuwa. I dręczy. Darek gwarą biznesmena z warszawskiej Pragi, sugeruje żebyśmy się zaczęli przemieszczać w stronę samochodu, a to półdiablę, które jest zemną zespolone - żebym wzięła spory rozbieg. No i co? No i tak zrobiłam. Wylądowałam na tej skałce szybciej, niż się spodziewałam. I zdecydowanie za szybko, żeby wymyślić jak stamtąd wrócę. Robię te zdjęcia po które tu przybyłam i udaję, że z tego punktu widokowego co go przed chwilą sama sobie zorganizowałam, widać więcej. Ale oczywiście wcale więcej nie widać, bo teraz jestem dużo niżej niż byłam tam na skarpie i zamek schował mi się za tymi niższymi drzewami. Ale Darek nie musi na razie o tym wiedzieć, bo jak wpadnie na pomysł, żeby mi teraz lekcje pokory dawać, to mnie jeszcze tu zostawi. A sytuacja „kształci” się tak, że sama to raczej stąd nie wylezę. Z pomocą rosnącej nad urwiskiem trawy i Darkowej kończyny górnej wróciłam na skarpę i miałam ochotę ziemię na tej skarpie ucałować. No oczywiście, że przyrzekłam sobie: nigdy więcej takich numerów. A w międzyczasie gwałtowne zjawiska pogodowe stały się faktem. Błyski, grzmoty i lać zaczęło od razu takimi kroplami, że jak dostałam jedną w czoło, to myślałam, że mi siniaka zrobiła. Darek mnie co prawda znad urwiska wyciągnął, ale zaraz po tym incydencie przestał się na mnie oglądać, złapał Tośkę pod pachę, Basie za rękę i popędził do samochodu. A, że mu się spieszyło, żeby dzieci jak najszybciej schować, to olał formalne ścieżki i popędził na przełaj. Popatrzyłam na te chaszcze w które moja rodzinka poczłapała i myślę sobie: no nie przecież jak tam za nimi polezę to już na pewno te moje ciżemki w tych zaroślach zostawię. Bo chociaż to nie była wysoka roślinność, to jednak mocno splątana. Mając ich cały czas na oku, próbowałam iść jak najszybciej trzymając się blisko formalnej ścieżki. Nogi mi się jeszcze trzęsły, po ostatnich akrobacjach na skale i to moje „jak najszybciej” mocno się potykało. Ten lasek wokół ruin Zamku Stary Książ, to może i nie jest Puszcza Piska, ale kawałek spory do zamku szliśmy i dwa razy skręcaliśmy po tej drodze. A poza tym wszystkim, ja jeszcze postanowiłam zrobić zdjęcie ruin z tej ciekawej perspektywy w której się właśnie znalazłam, bo takiego ujęcia nie miałam. No i się dupą do Darka odwróciłam. Jak powtórzyłam ten manewr w drugą stronę Darka z dziewczynkami na horyzoncie już nie było. Moja orientacja w terenie kończy się w momencie, kiedy mnie ktoś w terenie zostawi, bo zabiera orientację ze sobą. No nic, idę tą dróżką, i myślę sobie: bez paniki, podejdę bliżej może coś mi się w głowie rozjaśni, a może będzie ich widać za zakrętem. Podeszłam do pierwszego skrzyżowania dróg leśnych i nic się nie rozjaśniło. I nie wiem czy to już tu powinnam skręcić, czy jeszcze prosto iść, a Darka oczywiście nie widać. I zupełnie nie wiem co teraz robić, za to wiem, że to jest bardzo dobry moment żeby panika wpadła z wizytą. Dobra Kasiu – bez certolenia – bądź mężczyzną i podejmij jakąś decyzję bo przecież pada, leje na ciebie. Dobra skręcam, skręcić i tak trzeba to czemu nie tu. Samochód przecież na łące pod tym lasem stoi (tzn. mam nadzieję, że jeszcze stoi, a nie jedzie już, gdzieś), to jak na tę łąkę wolno rosnącą wyjdziesz, nawet w innym miejscu, to go może zobaczysz. Jak pomyślałam tak zrobiłam. Każdy kolejny metr tej mojej wędrówki błotnistą ścieżką, która przelewała się przez moje sandałki, utwierdzał mnie w przekonaniu, że nawet jak ten samochód znajdę, to Darek mnie do niego nie wpuści z tymi nogami. Ale idę. Bo podczas tej czynności, mam przynajmniej pewność, że nie stoję w miejscu. Skończyła się ścieżka i wylazłam na łąkę w miejscu w którym stał samochód. Stał – a to znaczy, że nie jechał – gdzieś, beze mnie. Wpadłam w euforię i od razu pomyślałam sobie: ma się tę nawigację w oczach. Ale zaraz potem pomyślałam sobie coś innego, a mianowicie, że z domu wychodziłam w sandałach, a teraz mam na nogach mokasyny uklejone z błota. Wykorzystując ten kawałek łąki, który rósł przed samochodem, próbowałam niepostrzeżenie doprowadzić do ładu moje kończyny dolne, trawą. Wyszło jak wyszło. Wzięłam więc półtora litra wody butelkowanej z samochodu i umyłam nogi ile mogłam. A w samochodzie:



- Mamo zgubiłaś się? – Basia.

Nie ku.wa – motorem jechałam. (ja, ale tylko w myślach)

- Nie. Chciałam tylko pooddychać świeżym powietrzem troszkę, w tych pięknych okolicznościach przyrody w lesie mieszanym.

- Już miałem po ciebie wyjść. – Darek

Srata ta ta. (ja w myślach)



- Niepotrzebnie.

Potem przebrałam Basię w nową sukienkę, bo tamta, w której wracała do samochodu w deszczu, bardzo dużo wilgoci wchłonęła. Tosia z racji tego, że była transportowana do samochodu pod skrzydłami tatusia, uniknęła przemoczenia. A poza tym, oprócz burzy rozpętała się awantura. I przez chwilę – dłuuuższą chwilę, w ogolę nie wiedziałam czy jeszcze gdzieś jedziemy i czy ktoś ma jeszcze na to ochotę. Ale burza przeszła, pogoda nam wróciła – pogoda ducha i ta na niebie.

No to realizujemy plan dnia i jedziemy dalej. Do Bolkowa, na zamek oczywiście. Ale co? Ale Kasia znowu wpadkę zaliczyła, bo jest poniedziałek. A w poniedziałek zamek nieczynny, czego oczywiście nie doczytałam przed wycieczką. No trudno. Zdarza się, bo to raz się już zdarzyło. „Był czas przywyknąć przecież.” Obejrzeliśmy, co mogliśmy obejrzeć w tych warunkach i pojechaliśmy dalej. Nie dużo dalej bo na zamek Świny. Tam zastaliśmy co? Zamknięte wrota. Na murze tabliczka jest, że można dzwonić pod numer, ale ekipa co tu przybyła przed nami na sesję zdjęciową, zeznaje że dzwonili już kilkanaście razy, ale tam nikt nie odbiera. No rzesz ty motyla nogo. Jak bardzo tu nie pasujesz. Tu się prosi coś bardziej dosadnego. Chwilę po nas, przyjechało jeszcze jedno autko, a w nim pan z panią. Drepczemy wszyscy wokół zamku zdezorientowani, bo nawet nie ma jak się dowiedzieć, czy ktoś się tu dzisiaj zjawi z kluczami do tej bramy zamkniętej. Po kilkunastu minutach pan i pani zrezygnowali z czekania i odjechali. My z Darkiem też postanowiliśmy odpuścić. Już wpakowałam dzieci do samochodu, już tata znalazł nawigacji nowe zadanie do wykonania, a tu alejką od wsi maszeruje szczupły jegomość i dzwoni kluczami.

- Darek czekaj. Bo może te klucze, w których posiadaniu jest ten pan, to są klucze otwierające wejście do zamku.

Nie inaczej. Pan otworzył bramę kluczami które przyniósł i ci od sesji zaczęli się ładować do środka. No to pędzę i ja. Zapytać czy my też możemy. Możemy, owszem, ale bilet kosztuje. Odpowiadam, że wiem, bo czytałam. Na tabliczce z numerem telefonu, którego nikt nie odbierał, widnieje również informacja, że wejście kosztuje 5zł. No to wypakowujemy dzieci i idziemy. Ale nam się udało. Bo o mały włos pojechalibyśmy sobie i nie zobaczylibyśmy tego cuda. Nie wiem jak pan te bilety liczy, ale za wejście zapłaciliśmy 10zł. Może płacą tylko osobniki dorosłe. Takie co to są wstanie same na bilet zarobić. Podoba mi się taka logika. Można by wprowadzić w innych miejscach.

Oglądam po raz kolejny te zdjęcia i niemal czuję na twarzy ten wiatr, który hulał między murami zamku. Te puste okna. Ziejące smutkiem oczodoły opuszczonego domostwa. A patrzyły kiedyś z błyskiem w źrenicy na toczące się tu życie. Teraz na powiekach wyrosły im drzewa i coraz głębiej zapuszczają korzenie. Zarośnięte schody, jakby ze wstydem chowały się pod trawą, świadome, że dziś nie postawiłaby na nich trzewika żadna księżniczka. A pamiętają przecież jeszcze jak z dumą wprowadzały gości do zamku. Ludzie opuścili te stare mury. Zaglądają tu tak, jak się zagląda na cmentarz. I niby codziennie ktoś jest, ale życia nie ma. Pozostała tylko historia. I tutaj warto nią odetchnąć, póki jeszcze nie została wymalowana na różowo, nie przypięto jej balonów z helem, nie jest oklejona cukrową watą. A wejściem do zamku jest nadal solidna drewniana brama, a nie monstrum metalowe o trzech ramionach. Zamek Świny jest niesamowity. Jeśli nie byliście, a macie to w planach, jedźcie zobaczyć Go jak najszybciej. Póki jeszcze nikt nie wpadł na pomysł, że będzie zamek naprawiał. Odjeżdżaliśmy z Zamku Świny z żalem. Ale i z pełnymi kieszeniami szczęścia uzbieranego między murami zamku. Jak to dobrze, że nie spieszyliśmy się z tym odjazdem, po przyjeździe. Bo o mały włos ominęła by nas taka frajda.

Jako następne chciałam zobaczyć ruiny Zamku Niesytno w Płoninie. Ale okazało się to niemożliwe, bo obiekt w odbudowie. To znaczy, na ten czas kiedy tam byliśmy, prace znajdowały się na etapie odgruzowywania. Zamek po liftingu, którego projekt obejrzałam sobie w internecie, mnie osobiście nie przypadł do gustu. I strasznie żałuję, że nie udało mi się zobaczyć ruin, zanim się „to” zaczęło. No trudno kijem rzeki nie zawrócę, robotników nie przepędzę i konserwatorowi zabytków z głowy tego pomysłu nie wybiję.

Jadę dalej, tam gdzie jest Zamek Bolczów. Parkujemy w Janowicach Wielkich, obok drogowskazu „Do zamku”, a oprócz nas żywego ducha. No to oczywiście od razu zaczynamy się zastanawiać, czy to na pewno tu?. Przeskoczyliśmy przez strumyk i pedałujemy pod górkę. Chociaż „pedałujmy” to chyba teraz niepoprawne politycznie. No to pod górkę. A po trasie nie widać już żadnych drogowskazów. I jeszcze się okazuje, że ten spacerek do zamku to jest jednak wymagający, zakładając oczywiście, że my dobrze idziemy, bo to wbrew pozorom nie jest wcale takie pewne. W nocy to tu chyba nieźle padało. Możliwe, że rano też tutaj nieźle padało. Ta ulewa co nas złapała w Wałbrzychu, to pewnikiem najpierw tu szalała. I ścieżka którą idziemy jest w stanie grząskiego nieładu, bo całkiem niedawno woda używała jej aby spłynąć z góry na dół z fasonem. Co się deszczówka będzie między krzakami skradać. A w kwestii mojego obuwia nic się od Wałbrzycha nie zmieniło. W tym miejscu wyjaśniam wszystkim zachodzącym w głowę, czemu się baba w sandałach w góry wybrała: bo się nie spodziewała. Gór oczywiście i wspinaczki. Przed wyjazdem w internecie zamek oglądałam, a on na płaskim podłożu stoi. Drogi do zamku nie oglądałam, ale gdyby ktoś pojeździł trochę z moim mężem to też by nie przypuszczał, że zaparkuje tak daleko od punktu docelowego. No ale idę, innych opcji przecież nie mam. A to kawałek spory się okazuje, szczególnie dla kogoś, kto tu przyjechał po raz pierwszy i nie ma zupełnie wyobrażenia, czy daleko jeszcze. I czy aby na pewno dobrze idziemy. Kiedy wypatrzyliśmy wreszcie kawałki kamiennych murów, prześwitujących przez ścianę zieleni, odetchnęliśmy z ogromną – nie, z OGROMNĄ ulgą. No, że dobrze szliśmy. Tak, tak wiem, że teraz sporo osób sobie pomyśli: też mi wyczyn, a jak tam można pójść źle. Na pewno można. I może nawet to kiedyś udowodnię.

Weszliśmy na dziedziniec zamku i po raz drugi dzisiejszego dnia świat mi udowodnił, że kiedy myślę, że lepiej być nie może – jest jeszcze lepiej. W chwili wejścia do zamku, zostaliśmy przeniesieni w zupełnie inną rzeczywistość, inny wymiar, coś nie do opisania, nie do opowiedzenia. Aż boję się próbować, bo to najtrudniejsze zadanie z jakim przyszło mi się zmierzyć dotychczas. To, że ten zamek naprawdę musieliśmy zdobyć, że dotarliśmy tutaj u schyłku dnia, niepewność (czy my idziemy w dobrym kierunku), satysfakcja – kiedy stanęliśmy przed bramą. To wszystko, to receptura z której powstał nasz zachwyt nad tym miejscem. Zamek Bolczów to miejsce surowe i zadziorne, nieokrzesane, miejsce z klimatem, z charakterem, z duszą, z tym czymś, czego nie ma, a jest. Jeśli Bóg istnieje, to tu przyjeżdża na urlop. Bo tu wystarczy być i nic więcej.

Wracamy. Teraz czujemy się trochę pewniej, bo już przecież dzisiaj pokonaliśmy tę drogę, tyle że zwrot wektora nam się zmienił. Przeważnie tradycyjnie, marszem, ale czasami ślizgiem dotarliśmy do strumyka. Przeskoczyliśmy przez niego i już po właściwej stronie odkryliśmy, że kawalątek dalej jest kładka, czyli nie ma przymusu skakania. Moje sandały wytrzymały. Tyle tylko, że rozklapciały im się podeszwy i jakieś farfocle im się dyndają po bokach, ale spróbuję je jeszcze doprowadzić do ładu, bo bardzo je lubię. A od dzisiaj to już mam do nich sentyment, bo to pamiątkowe ciżemki teraz są. Dzień był niezwykły i powrót do miejsca gdzie będziemy mogli położyć się spać, też okazał się nieprzeciętny, bo wracaliśmy przez jakiś czas rzeką. Takie oberwanie chmury nas dopadło, że droga zamieniła nam się w kilku miejscach w wartki strumień. Korzystająca z drogowej infrastruktury woda, mocno utrudniała jazdę i przerażała mnie piekielnie. Bo bujało nami „jak by my na okręcie byli”. Na szczęście nawałnica obrała przeciwny kierunek do naszego i po pewnym czasie została z nami już tylko ulewa.

Odwiedzone miejsca

poniedziałek, 2014-07-28

Ostatnie wycieczki użytkownika

Pokaż więcej

Komentarze

2015-07-09 09:56:08

Kolejna ciekawa historia i wędrówka z rodzinką.

2015-07-09 09:14:19

Bardzo ciekawa relacja z wycieczki :) piękne zdjęcia 

2015-07-05 17:19:56

Ale się napisałaś, fajna wycieczka po fajnej i bardzo atrakcyjnej okolicy. Zdjęcia super.

Ela
2015-07-05 09:03:03

Super relacja Kasiu  jak zawsze dobrze się ubawiłam. Widze że punkt widokowy bez widoku, ale dobrze trafiłaś, jeszcze parę lat temu był z niego super widok na Książ. Do zamku Stary Książ nie trafiłam, ale pamiętam że bilety do palmiarni były osobno. A teraz to przymusowe kupowanie chociaż miejsce fajne i ciekawe. Zamek Bolków znam , ale za to Świny są mi wogóle nieznane, więc czas ruszać tyłek. I mój ulubiony Bolczów.  Tak jak wy przechodziąłm przez strumyk. Ale jest inna droga a nawet dwie:), więc wiele przed wami. Tam się czas zatrzymał. Piękne zdjęcia.

2015-07-02 21:33:46

Zwiedziliście bardzo ciekawe miejsca.

2015-07-02 08:38:19

Piękne rejony, znamy, choć pominęliśmy zamek stary książ :) Dolny Śląsk zawsze ciągnie :)

Newsletter Wypisz się z newslettera
Portal pozytywnych podróżników
Copyright 2005-2019
Znajdziesz nas na: