Majówka była dmuchana...

2014-04-30 - 2014-05-01
2014-06-27 03:13:27

Chwilę to trwało, ale chyba dojrzałam już do tego, żeby rozprawić się z tegoroczną majówką.



Kierunek obrałam – na południe. Do rozstrzygnięcia pozostawała tylko kwestia: zachód, czy wschód. Przez niemal cały kwiecień śledziłam prognozy długoterminowe i w końcu, w ostatnim tygodniu kwietnia postawiłam na wschodnią część naszego kraju i jak się okazało, wybrałam trafnie. Jak już wybrałam miejsca, Darek zaczął szukać noclegu. No wiem, że to już taki ostatni dzwonek, jednak nie chcieliśmy zbyt szybko pozbawiać się możliwości manewru. Noclegi udało się zorganizować, pozostawało tylko doczołgać się do 30. Ale ten ostatni tydzień przed wyjazdem obfitował w wydarzenia, które wyjazd dzień w dzień stawiały pod znakiem zapytania. Najpierw ja się rozchorowałam, ale dostałam antybiotyk, który postawił mnie na nogi, no nawet gdyby nie postawił to i tak bym pojechała, bo właściwie dużo czasu spędzaliśmy w samochodzie, to mi nogi bardzo nie potrzebne przecież. Gorzej wyglądała sytuacja z dziećmi, którym dwa dni przed wyjazdem zaczęło z nosów kapać, zaczęły cherlać i wyglądało na to, że zaczyna się jakieś przeziębienie. Żeby dzieciom jakiejś krzywdy tym wyjazdem nie zrobić, złapałam je pod pachę i popędziłam do baby mądrzejszej ode mnie, czyli do pediatry. Pani dzieci oglądnęła, syropy przepisała i najważniejsze – pozwoliła jechać. Klimat zmienią, to im na zdrowie wyjdzie. Podobało mi się podejście pani pediatry, bo było zgodne z moimi poglądami.

No to jedziemy. No to pakowanie. Długi weekend zapowiadali kapryśny, czyli trzeba się przygotować na wszystko ciepło, zimno, deszcz i wszelkie inne anomalia pogodowe. Torby spakowałam prawie wszystkie, w których posiadaniu jestem i ledwo je pozapinałam. Darek zdecydowanie omijał wzrokiem ten stos, który systematycznie rósł w przedpokoju, aż wreszcie spojrzeć musiał, bo się zaczął o tobołki potykać. Pozostawił, te moje przygotowania, jednak bez komentarza, no bo o czym tu dyskutować, jak przecież wszystko potrzebne.



Weekend zaczynamy 30 kwietnia. Spod domu wyjeżdżamy chwilkę przed 8:00, czyli właściwie planowo. Słoneczko nam świeci pięknie w Grodzisku, temperatura bardzo przyjemna i mam nadzieję, że ta aura pozostanie z nami przez całą podróż. Moje modlitwy jednak nie zostały wysłuchane. I im bliżej naszego pierwszego przystanku, tym więcej chmur nad naszym samochodem się zbiera i nie są to cumulusy niestety, a granatowe monstery. Droga do celu była długa. Kilka razy groziłam dzieciom, że je wysadzę. Tośka jak można się było spodziewać, w ogóle się nie przejęła, a Basia zaczęła nas straszyć opieką społeczną. Taką mam córkę świadomą swoich praw, szkoda że nie obowiązków. No jednak muszę przyznać, mea culpa, przystanków na przewietrzenie im nie zaplanowałam, chcąc szybciej dotrzeć do celu. A ten nasz wyczekiwany, pierwszy przystanek, przywitał nas deszczem. Krople zaczęły na nas spadać wypasione, co sugerowało, że niebo dopiero zaczyna. Tosia spała w samochodzie i w tych okolicznościach pogodowych postanowiliśmy jej nie wywlekać. Po opuszczeniu pojazdu, Darek spojrzał na te romantyczne ruiny, które mnie tu przywiodły i pyta:

-To po to mnie tu ciągnęłaś 250 km? Żebym te dwie ściany obejrzał i trochę kamieni?

Puszczam te jego uwagi mimo uszu bo, po pierwsze primo to, to Ja tu przyjechałam oglądać te kamienie, po drugie primo to on tu występuje w roli kierowcy, a nie klienta biura podróży, o czym zdaje się mąż mój zapomniał, po trzecie primo, to jest nasz pierwszy przystanek, ja się dopiero rozkręcam. Będzie i coś dla niego, niech czeka cierpliwie. A po czwarte primo ultimo, to doskonale zdaję sobie sprawę, że Darek rozrywki szuka i próbuje się ze mną droczyć.

A mnie się podobało. Ruiny zamku w Bychawie rzeczywiście są szczątkowe. Trafić do nich nie łatwo bo miasto nie chwali się swoim zabytkiem. Do zamku można wjechać samochodem, bo przez jego środek droga biegnie. Wytyczona, jestem pewna, samowolnie, co jego stanu na pewno nie poprawiło. Nie widać też, żadnych śladów opieki nad zamkiem. Szkoda. Miejsce fajne, ruiny zamku znajdują się nad stawem, wokół którego zgromadziła się spora ilość wędkarzy. Schowaliśmy się przed deszczem pod drzewem i przez chwilkę kontemplowaliśmy rzeczywistość, słuchając narzekania kropli obijających się o liście. Po chwili padać przestało. W malowniczej scenerii, pośród morza mleczy, urządziłyśmy sobie z Basią małą sesję zdjęciową. I już wsiadłyśmy do samochodu, i już miał tata ruszać – słońce wyjrzało. Zrobiłam minę szczeniaka proszącego. No to Darek już samochoda nie ruszył:- bierz aparat i leć. Zrobiłam jeszcze kilka słonecznych zdjęć, ale ta passa ze słońcem trwała może kilka minut, kiedy słonko powtórnie schowało się za chmury oddaliliśmy się z Bychawskiego zamku. Ale nawigacja poprowadziła nas na drogę, z kategorii tych ostatnich. Była ta droga pewnie kiedyś zwykłą polną, ale ktoś na niej płyty betonowe poukładał i może dzięki temu podskoczyła w rankingach i została przez naszą nawigację zauważona. Dookoła pola uprawne, pełne rzepaku. Pomyślałam, że lepszej okazji nie będzie, aby zrealizować projekt „zdjęcie w rzepaku”, który to temat chodził za mną już kilka lat. No dobra niech będzie, trza się do wieku przyznać, kilkanaście lat, bo od wycieczki z podstawówki, kiedy to moja super koleżanka w rzepaku się fotografowała. Do dziś pamiętam jak jej tego zdjęcia zazdrościłam. Zapytałam więc grzecznie Darka czy mógłby się zatrzymać i o dziwo zatrzymał się bez szemrania. Basię z auta wyciągnęłam, bo potrzebowałam modelki i kilka zdjęć w rzepaku pstryknęłam. Zrealizowałam tym samym dziecięce marzenie.

Jedziemy dalej. A razem z nami przemieszczają się chmury. Na nas co prawda nie pada, ale na granatowym niebie obserwujemy wędrującą nawałnicę, która wylewa na pola hektolitry wody. Strugi deszczu były idealnie widoczne i sprawiały wrażenie, jakby łączyły chmurę z ziemią. Niepokoiła mnie ta sytuacja, bo nasz kolejny punkt, był punktem kulminacyjnym dzisiejszego dnia. Zamek w Krupem. Długo na niego czekałam. Znalazłam go kilka lat temu w internecie. Zamek znalazłam, jednak czasu, żeby go odwiedzić już nie. A kiedy znalazł się czas, to pogoda postanowiła zepsuć mi radochę. Niedoczekanie. Jeśli będzie mi dzisiaj na zamku lało, to jutro Darka tu od nowa przyciągnę. A jak jutro też lać będzie, to zmodyfikuję trasę wycieczki i powrót do domu zaplanuję przez Krupe. Gdy zajechaliśmy pod zamek, świeciło słońce, jednak zdążyliśmy zrobić raptem kilka kroków po zamku, kiedy deszcz postanowił zawrócić nas do auta. Schowaliśmy się więc i myślimy co robić. W planach na dziś mamy jeszcze Chełm. Ale tak trochę nietypowo, bo raczej nie na zwiedzanie, a na obiad. Jest tam bowiem lokal po rewolucjach. -No to może pojedziemy zjeść i wrócimy?- zastanawiam się głośno. Ale Darek, co pogodę świetnie przepowiada, no w końcu mazur, czyli taki góral co się spóźnił na statek do Ameryki, twierdzi że jak ta nawałnica, cośmy ją mijali, tu dotrze, to dziś nie będzie tu już po co wracać. No to czekamy. Może przejdzie. Dzieci się nudzą, ja się zaczynam denerwować, Darek gra na telefonie. Przeszło. No to biegiem na zamek, bo w każdej chwili może ten deszcz wrócić i już nie być tak wspaniałomyślnym i tak szybko nie przejść. Trochę się mokro zrobiło, ale trudno. Dzieci mają zapasowe obuwie, bo przecież przygotowana jestem na wszystkie anomalia pogodowe, łącznie ze śnieżycą i trzydziestostopniowym mrozem, o czym dobitnie świadczą ilości naszego bagażu. Pospacerowaliśmy jeszcze chwilę wokół zamku i kiedy nad naszymi głowami pojawiły się nowe chmury, zapakowaliśmy potomstwo do samochodu i pojechaliśmy nakarmić.

W Chełmie naszym celem jest restauracja „Lwów”. Wybrana przez Darka kuchenna rewolucja. Napiszę, że było przyzwoicie. Dania przez nas wybrane to te sztandarowe, które poleca pani Gessler. Darek jadł kotlet barani z kaszą gryczaną po wiejsku, ja kotlet po Lwowsku, d...py nie urywał, ale był ciepły i w sumie smaczny. Dzieci dostały rosół i kęski drobiowe w cieście. Wszystko ciepłe, smaczne i chyba świeże. Jednak czas oczekiwania, to zdecydowanie przegięcie. Grubo ponad pół godziny na zupę. Weź tu w tym czasie zajmij dwu i pół roczne dziecko, w restauracji w której ma tysiące możliwości, aby szkód narobić, albo samemu się skrzywdzić. Masakra i męka. Może kiedy znowu zawitamy do Chełma, to zajrzymy jeszcze przy okazji i do „Lwowa”. Jednak specjalnie na obiad to już się tam raczej nie wybieramy.

Po obiedzie, korzystając ze słońca, postanowiliśmy zajrzeć na chwilkę w Chełmie na rynek. Wizyta ta była krótka, jeszcze do tego kościoły pomyliłam, no koniec końców nie wypadło to zbyt dobrze, ale też poza nawiasem była ta wizyta i nie poświęciliśmy jej zbyt wiele czasu, bo go tego dnia już właściwie nie mieliśmy.

Już jak jechaliśmy do Chełma, to czułam, że coś mi nie gra, ale że ta moja intuicja kobieca, to działa, że tak powiem jak bomba z opóźnionym zapłonem, to dopiero kiedy obraliśmy kierunek na nocleg, gruchnęła mi za uszami informacja, że adres tego noclegu, który Darek kazał mi zanotować, został w Grodzisku na kuchennym blacie. Zostawiłam tę informację (tę co gruchnęła) tam gdzie ją znalazłam(czyli za uszami). I myślę teraz jak przekazać te wieści kierowcy. Pomijam już fakt, że razem z tym adresem, na blacie w kuchni został również cały plan pięciodniowej wyprawy, który przez tydzień układałam i skrupulatnie w notesie zapisałam, po czym rzeczonego notesu nie wzięłam motyla noga. Motyla noga jeszcze raz, bo się nieźle na siebie zeźliłam. No dobra, notesu nie mam, ale Darek ma przecież telefon. A noclegi telefonicznie umawiał, to może znajdzie te numery w połączeniach. Trzeba mu powiedzieć, nie ma co odwlekać. Na kazanie przygotowana, informuję męża, że notes w Grodzisku i adres spania też. A on, że nic nie szkodzi, bo ma zapisane w notatkach w telefonie. I koniec. No to jak on afery nie robi, to ja zaczęłam. Bo tam przecież plan całego wyjazdu był, motyla noga.

-W mapach Google ten plan układałaś?

-Tak.

-No to ci znajdę tę mapę jak zajedziemy.

I co? I to już, po kłopocie? A kiedy będziemy roztrząsać, wywlekać, przerzucać i usprawiedliwiać? Zbiła mnie ta nowa postawa mojego męża z pantałyku. Tu musi o coś chodzić.

Po drodze na nocleg zatrzymujemy się jeszcze w Szczebrzeszynie. Strzelić sobie fotkę z chrząszczem oczywiście. Zatrzymujemy się na rynku i idziemy do chrząszcza. A po drodze na tych płytkach ułożonych na placu, pełno wypasionych owadów leży, nieżywych zdecydowanie. Pod Urzędem Miejskim jeszcze scena stoi, widać jakaś impreza była. No to się zaczęłam zastanawiać czy oni tu jakieś lokalne święto mają może, w trakcie którego się chrząszczami rzucają, albo coś. Pokazuje jeden taki obiekt Darkowi, ale Darek stwierdza, że nigdy o niczym takim nie słyszał. Po przytuleniu chrząszcza, korzystając z okazji, robimy jeszcze drobne zakupy w miejscowych delikatesach, bo jutro przecież dzień ustawowo wolny i już bez przystanków udajemy się na kwateru do Krasnobrodu.

Rano śniadanko, pozbierać kuklimenta i w drogę. Dzień nas czeka intensywny. Jeszcze w Krasnobrodzie wdrapujemy się na tę wieże widokową w kamieniołomie, ale jesteśmy za wcześnie i wieża jest zamknięta. Tabliczka na kracie głosi, że będzie czynna od 10:00. Trochę się to mija z informacjami w których posiadaniu byłam. Widoki podziwialiśmy więc tylko z tarasu pod wieżą. Teraz jedziemy do Zwierzyńca. Chciałam pokazać moim dzieciom kościółek na wodzie, jako że sama będąc dzieckiem go oglądałam i zrobił na mnie wtedy niesamowite wrażenie. Roztocze. To dla mnie taka podróż sentymentalna. Bywałam tu jako dziecko.

Wizyta jednak taka sobie. Humor popsuł mi fakt, że cała fasada kościoła zasłonięta jest jakąś płachtą. Nie robi to najlepszego wrażenia. Ponadto Tosia próbuje się zintegrować ze stadem kaczek i w ślad za nimi podąża do bajorka, a każda próba zawrócenia jej z tej drogi kończy się awanturą. Nie zostajemy na dłużej w Zwierzyńcu – jedziemy dalej. Zamość na nas czeka. Miasto idealne. Duże, jak na tamte czasy, 3 tysięczne miasto, zaprojektowano i wybudowano na „surowym korzeniu”, czyli w szczerym polu. Pierwszą budowlą nowego miasta była rezydencja właściciela, następnie przystąpiono do wznoszenia arsenału i kolegiaty. Kolegiata była tak zaprojektowana, by mogło się w niej jednocześnie modlić 3 tysiące wiernych, czyli wszyscy mieszkańcy miasta. Fundator pierwotnie zakładał, że mieszkańcami Zamościa będą tylko katolicy. Później zmienił zdanie. Miasto które jest stawiane pośród najwspanialszych zespołów urbanistycznych europy i świata. Miasto którego nie zdołał zdobyć sam król Karol Gustaw. Miasto które urzeka swą historią i klimatem. Zamość uwielbiam. Gdyby tylko był troszkę bliżej... W Zamościu obowiązkowo starówka. Potem wdrapaliśmy się na wieżę dzwonniczą Katedry Zamojskiej. Na koniec udaliśmy się na krótki spacer wokół murów obronnych twierdzy. Alejka wokół fortyfikacji wytyczona jest, jakby żwirkiem. Ale takim w rozmiarze XXL. Okazało się, że te kamienie świetnie nadają się do zabawy, tzn. do zabawy świetnie nadaje się wszystko, co moje dzieci nieustannie mi udowadniają. Basia zdjęła sweter i pakują do niego ten „żwirek”. Bo, o zgrozo, wpadły na pomysł, że będą tymi kamulcami znaczyć drogę do samochodu. A samochód zaparkowany w uliczce na starówce. Zarekwirowałam więc kamienie i z premedytacją porzuciłam je na ścieżce z której zostały wybrane, tylko w innym miejscu, może uda im się kiedyś wrócić do siebie.

Tym spacerkiem kończymy naszą wizytę w Zamościu, zdecydowanie za krótką jak dla mnie, ale to jest wycieczka objazdowa i jeszcze nas jazdy sporo czeka. Podążamy nadal na południe. Po trasie mocno się zachmurzyło i miejscami zaczęło padać. Ale zgodnie z moimi ustaleniami ten front pogodowy ma się przesuwać na północny-wschód. Po pewnym czasie znów zaświeciło nad naszym samochodem słoneczko, więc to by się nawet zgadzało.

Jedziemy sobie lokalnymi dróżkami do naszego kolejnego przystanku. Droga, jak to droga w Polsce, miejscami lepsza, miejscami wiadomo jaka. Aż tu nagle skrzyżowanie. W prawo – droga, w lewo – droga (przy czym muszę nadmienić, iż określenia „droga” używałam do tej pory w stosunku do wylanego na ziemię asfaltu), a nam nawigacja pokazuje – jechać prosto. A tam, można powiedzieć, że dwupasmówka, ale dla zajęcy chyba. Oboje z Darkiem zbaranieliśmy. Ale nawigacja kazała jechać, no to Darek pojechał. Jednak po przebyciu kilkunastu metrów tą osobliwą „drogą”, kazałam mu się zatrzymać, nie mogłam sobie darować uwiecznienia tego drogowego żartu na zdjęciu. Uznałam bowiem, że opisać tego raczej nie dam rady, trzeba przedstawić obraz tej sytuacji.

Po pokonaniu kilku, może kilkunastu kilometrów naszej najdziwniejszej do tej pory drogi, wyjechaliśmy wreszcie na drogę. Można przez to rozumieć, że już był asfalt. Tym asfaltem jeszcze kilkanaście kilometrów i dotarliśmy do naszego kolejnego dziś przystanku – Narol Pałac Łosiów. Na miejscu pogoda psuć się zaczęła, ten front chyba jednak zboczył trochę z kursu, który mu wytyczyłam. No trudno, fochem frontu nie zawrócę, nie ma co się dąsać, trzeba korzystać z tego, że jeszcze nie pada. Podjeżdżamy pod bramę, a ta brama zamknięta i informacja, że pałac w remoncie, ale kartka wisi, że informacje można jakieś uzyskać od zarządcy w zielonym domku. No to idę – idziemy bo przecież wszyscy. No i z panem zarządcą, chybaśmy się trochę nie zrozumieli, bo nas na górkę wysłał pałac oglądać, tłumacząc, że to wszystko trochę zarośnięte i że plac budowy, więc nie wygląda to zbyt efektownie w tej chwili. No dobra podjechaliśmy na tę górkę, poleźliśmy w te pokrzywy między którymi miała podobno być jakaś ścieżka, ale tam wszystko ogrodzone siatką i nijak wejścia żadnego nie byłam wstanie znaleźć, żeby się dostać na dziedziniec tegoż pałacu. A po to tu przyjechałam. No sama to bym tę siatkę, w akcie ostatecznej desperacji pokonała, ale przecież nie będę dziećmi przez ogrodzenie rzucać. Z uczuciem ogromnego rozczarowania schodziłam z tej górki już na nogach, żeby chociaż zza ogrodzenia kilka zdjęć zrobić. Darek jechał za mną samochodem. Podeszłam pod tą bramę z kartką, że informacje u zarządcy i patrzę a tam grupka rowerzystów, która przyjechała w tym czasie jak ja przez pokrzywy wejścia na dziedziniec szukałam, maszeruje przez ogródek pana zarządcy prosto w alejkę która do pałacu prowadzi, czyli dokładnie tam gdzie ja chciałam się znaleźć. O nie, myślę sobie, mogli oni przez ogródek to dlaczego miałabym nie móc ja. W tym czasie za moim tyłkiem pojawił się Darek z samochodem i dziećmi. No to mu pokazuję, że tamci weszli, a on na to, że przecież byłaś pan cię na górkę wysłał to co się mu będziesz naprzykrzać. No ale oni poszli tam gdzie ja chciałam. No nie, nie daruję. Darek mi mówi żebym robiła co chcę, ale on już nie idzie do zielonego domku po raz drugi. A ja idę. Idę bo muszę wytłumaczyć panu zarządcy, że ja się tu tłukłam kilkaset kilometrów, nie po to, żeby sobie spacerki w pokrzywach urządzać, tylko po to, żeby pałac zobaczyć. A razem ze mną idą dziewczynki, bo chciały. Ładuje się panu do zielonego domku po raz drugi i pytam czy ja też mogę tą alejką tam pod pałac. A pan, ze oczywiście proszę bardzo. Przygotowana byłam na jakieś ostre negocjacje, a tu tak po prostu: proszę iść i oglądać. To nie można było tak od razu. A nie ganiać człowieka po pokrzywach. Pan zarządca jednak bardzo miły był i jak tak później o całej tej sytuacji myślałam, to doszłam do wniosku, że myśmy się faktycznie musieli nie zrozumieć za pierwszym podejściem. Bo ja mu sama coś o tej górce zaczęłam gadać i może on mnie na tę górkę na moje własne życzenie wysłał. Wizyta pod pałacem była krótka. Chmura taka nadciągnęła i od razu zaczęła chlapać i trzeba było uciekać i dzieci schować, bo przecież trochę przeziębione, nie będę ryzykować, ze mi się rozłożą. Ale ja tam jeszcze wrócę, bo Narol mnie zauroczył. Darek nie mógł zrozumieć o co ja takie halo z tym pałacem robiłam, a ja uwielbiam takie miejsca. Romantyczne, tajemnicze, gdzie można odnieść wrażenie, że tu jeszcze nie wszystko zostało powiedziane, bo historia tego miejsca nadal się pisze i gdzie wielkie pole do popisu ma wyobraźnia. A moja wyobraźnia potrafi się w takich miejscach popisywać.

Dobra jedziemy dalej, dalej na południe. Nasz ostatni dziś przystanek to Krasiczyn. Ten zamek bardziej spodobał się Darkowi. To znaczy, Darkowi bardzo podobał się zamek w Krasiczynie. Mnie też oczywiście, sama go przecież do oglądania wybrałam, ale ta jego renowacja wypadła tak trochę plastikowo. Darek natomiast stwierdzi, że wreszcie mu coś efektownego pokazałam. Coś co jest w całości, a nie stertę kamieni, w której wszystkiego trzeba się domyślać. Co kto lubi. Próbowałam wybierać po trosze dla każdego. Ale nawet w tak małej grupie wszystkich zadowolić się nie da.

Z Krasiczyna udajemy się na nocleg. Bo to nie koniec naszej majówki. Ale o tym gdzie ten nocleg, jaka była pogoda i czemu majówka była dmuchana, to już w następnym odcinku.

Odwiedzone miejsca

Inne wycieczki użytkownika

Pokaż więcej

Komentarze

2014-06-30 17:25:28

Fajna wyprawa a Krasiczyn , podobnie jak Dorce i Krzychowi bardzo mi sie podoba. Piekne Bieszczady i okolice :)
 

2014-06-28 17:41:47

Super wycieczka Krasiczyn Boski :))) pozdrawiamy

2014-06-27 16:37:49

Wspaniała majówka.

2014-06-27 08:02:43

Piękna wyprawa, czkeamy na resxtę :) Super relacja, znów jakby nasze wyjazdy, z tym pakowaniem, to też tyle toreb już na tyle dużo,że mój mąż, co kupować nic nigdy nie lubi i nic nie gtrzeba to juz coraz częściej o dużej torbie na kółkach wspomina :)

2014-06-27 06:49:57

Bardzo ciekawą trasę wybrałaś. Byłam w tych rejonach już dość dawno,chętnie bym ja powtórzyła waszym tropem,ale to może za rok?

Ela
2014-06-27 06:42:14

Super wyprawa, świetne zdjęcia i jak zawsze rewelacyjna relacja. Brawo

Newsletter Wypisz się z newslettera
Portal pozytywnych podróżników
Copyright 2005-2018
Znajdziesz nas na: