Sprawdź nasz projekt Jurajskie Szlaki Jesienne
Wieliczka, kasia ejsmont

Wakacyjne wojaże - początek.

2013-07-01 - 2013-07-11
2014-02-17 02:42:17
Avatar użytkownika
kasia ejsmont Krajtroter 12734 kilometrów

Miesiąc urlopu. 2700 km. Ale będzie w odcinkach.

Miejsca odwiedzone podczas wycieczki
Lelów > Wieliczka > Dobczyce > Niepołomice

Miesiąc urlopu, 2700 km, lipiec 2013r. Zaczynam spisywać relacje z wakacji. Zaczynam dziś, ale kiedy skończę, to sama jestem ciekawa. Zastanawiałam się długo (świadczy o tym fakt, że mamy styczeń, następnego roku), jak mam zacząć i po pół roku wymyśliłam, że zacznę od początku.



W pracy dostałam miesiąc urlopu, no przyznać muszę – zasłużyłam. Miesiąc wolnego od pracy miałam ja, ale Darek nie. O czym to świadczy? No właśnie. A na dodatek, Darek udawał się w delegację i wylatywał w tę najbliższą niedzielę, czyli dokładnie wtedy kiedy zaczynał wchodzić w życie mój urlop. Fakt ten był mi bardzo nie na rękę, bo mógł zepsuć moje plany, a obiecałam sobie, że nie spędzę ani jednego dnia urlopu w domu. Chodziłam za Darkiem i mendziłam, chodziłam i mendziłam, a ja to potrafię. Gotowa byłam mu dziurę w brzuchu wywiercić zardzewiałym gwoździem, byleby tylko mnie na ten tydzień w Grodzisku nie zostawił. No i udało się i nawet obyło się bez tego gwoździa. Któregoś tam dnia mojego zrzędzenia, Darek wreszcie zdecydował, że wywiezie mnie na wieś. No po tej psychodramie co mu zafundowałam, to chyba powinnam się zacząć zastanawiać, czy po mnie wróci. Ale to później, nad tym będę się zastanawiać jak będzie trzeba wracać, a na razie to ja jadę. No a co się robi przed wyjazdem?. No oczywiście, że pakuje. No to ja właśnie musiałam się spakować, i dzieci, na miesiąc. Wiecie ile to jest tobołów. Dobrze, że to lato to garderoba chociaż cieńsza, biorę też poprawkę na to, że na Kaczej (ulica na której mieszka moja babcia) pralka przecież jest- Frania i nadal działa, a nawet śmiało mogę napisać, że działa cuda, bo dopierała moim dzieciom ubrania, które w pierwszym odruchu czasami chciałam spalić. Ale nawet biorąc to pod uwagę, jeśli ktoś czytał moją relację z wyjazdu do Poznania, to może mieć chociaż ogólne pojęcie, przed jakim stanęłam zadaniem. Miesiąc życia na obczyźnie, przecież w tej sytuacji, to mnie jest potrzebne wszystko i to dosłownie. Oczywiście nie spędzimy całego miesiąca w Lelowie. Będziemy się jeszcze przemieszczać. Ale nie zmienia to faktu, że nadal będziemy pozostawać poza domem. Pakowałam się w piątek, czyli w dzień wyjazdu, ale od trzech dni już o tym pakowaniu myślałam, tylko nie mogłam się zebrać w sobie i wreszcie zacząć. A to pakowanie to jeden cyrk i to chyba ten lepszy, ten na kółkach. Poukładałam sobie szmatki w równe stosiki, przyszła Basia zaczęła przymierzać rzeczy, te które dla niej wybrałam, wszystko mi rozwaliła. To kazałam jej z powrotem poukładać jak było i stoję nad nią i patrzę jak jej idzie, a jej wcale nie idzie, no to w końcu ja sobie poszłam, żeby na to nie patrzeć, bo mi się już z tych nerwów flaki na kokardkę zawiązały, a nie chciałam na dziecko krzyczeć, bo widzę przecież, że się stara, a nie jej wina, że robi to nie po mojemu. No trudno strzeliłam gola do własnej bramki, bo jak ona skończy to ja pójdę i jeszcze raz to poukładam. Ale jak już powiedziałam, że ma ten bałagan przywrócić do stanu sprzed bałaganu, to przecież nie mogę się teraz wycofać. Poprawiać też nie będę przecież na je oczach, bo na pewno byłoby jej przykro, że jestem z jej dokonań niezadowolona. Wróciłam do pokoju, spojrzałam na tę kupę, co ją Basia z ubrań swoich ukleiła i chciałam odetchnąć głęboko, ale bym się udusiła bo ten supeł co mi się w brzuchu zawiązał to mi chyba uciskał przeponę. Nie wytrzymałam, Basie za kare na rolki wygoniłam (no takie czasy dzieci na dwór za kare wychodzą), a kiedy zamknęły się za nią drzwi, Antosia urządziła awanturę, że czemu ona nie poszła. Otworzyłam więc balkon na oścież i wystawiłam dziecko, niech podziwia widoki i zażywa świeżego powietrza, może się uspokoi. A, że miałam fart bo pod balkonem akurat dwa koty się ganiały to Tosia coś się tam do nich darła przez dłuższą chwilę i o Basi zapomniała. Ale szczęście jak wiadomo długo trwać nie może, przynajmniej moje. Pod balkonem rozległ się pisk, na balkonie rozległ się płacz, a dosłownie kilka sekund później usłyszałam szczekanie i było już jasne, że jakiś pies, co miał w miejscu w którym zaczyna mu się ogon, moje pakowanie, przegonił kotki, które tak skutecznie zajmowały moje młodsze dziecko. Dziecko wróciło do pokoju i zajęło się pomaganiem mi w pakowaniu. A ja właśnie próbowałam upchać w torbach, te równiutkie stosiki co je wcześniej przygotowałam. Ja upycham, Tosia wyciąga, ja upycham, Tosia wyciąga, chwilę się kręciło to błędne koło, aż znalazłam wyjście, jedyne jakie mi przyszło do głowy, w tej sytuacji, czyli ograniczyłam dziecku pole oddziaływania, a ograniczyłam dość znacznie, bo wsadziłam je do łóżeczka. Na moje szczęście nie rozumiem jeszcze tej jej mowy, ale gdyby ktoś, tę jej wypowiedź, skierowaną do mnie, na okoliczność tego co się przed chwilką stało, przetłumaczył, to każde media by ją wypikały. I tak szybko jak Antosie do łóżeczka wkładałam, tak samo szybko ją wyjęłam, bo się przestraszyłam, że przez ten incydent może zacząć mówić, a jej pierwszym słowem w tych okolicznościach nie będzie mama, to znaczy pierwsze słowo to może byłoby i mama, ale każde następne – strach pomyśleć. Wymyśliłam natomiast, że skoro nie mogę odgrodzić dziecka od pakowania, to pakowanie odgrodzę od dziecka, mam przecież wolne łóżeczko. To wstawiłam do niego torby i Tosia już nie da rady w nich mieszać. Trzeba się czasem przy dzieciach nagimnastykować. No nic, grunt, że zawsze jest jednak jakieś, mniej lub bardziej, pokojowe rozwiązanie. Tylko szukanie ich zajmuje sporo czasu. A w tym czasie wróciła Basia. No masz babo teraz znowu dwoje dzieci co ci będą pomagać. Trzeba je szybko czymś zająć bo Darek niedługo wróci z pracy i ja muszę na ten jego powrót być gotowa. Już wiem, wpakuję dziewczynki do wanny, one lubią się taplać, to się powinny dłuższą chwilę zająć. Naleję im wody, ale nie za dużo od razu, żeby było miejsce na tę ciepłą, co im ją będę dopuszczać, co jakiś czas. I korzyść będę miała podwójną, bo dzieci będą miały zabawę i będą po tej zabawie czyste. A w tej wannie Basia cwaniara, co się już zdążyła zorientować, że matce na tym czasie co one będą w wannie bardzo zależy, zaczyna agresywne negocjacje:

Wieliczka
Wieliczka


-A możemy mieć różową wodę?

-Możecie – I sypie im do wanny nadmanganian potasu, ten co płukałam w nim Tośkę kiedy miała potówki. Nic im przecież nie będzie trochę lepiej się zdezynfekują.

Wieliczka
Wieliczka
Wieliczka

-A pianę, możemy też pianę?



-Możecie. - I leję im do wody solidną porcję płynu, żeby piana zrobiła się szybko i od razu dużo.

Wieliczka
Wieliczka

-A przyniesiesz nam z mojej kuchenki tamte dwa garnki Tefala, no wiesz jeden ten rondelek,a drugi ten większy.

-Przyniosę.- Chociaż ten wyraz powinien wyglądać tak: Przns – bo to już była ta faza bez samogłosek.

Wieliczka
Wieliczka

-Mamo, i jeszcze te dwa złote talerze, a do nich dwa złote kubki, czajniczek, jest tylko jeden to się na pewno nie pomylisz, dwa komplety sztućców i te plastikowe warzywa co są w lodówce, to się pobawię z Tosią w gotowanie. Dobrze?.

-Dbrz. - Ale to już tylko syknęłam, bo osiągnęłam stadium zaciśniętych zębów.

Wieliczka
Wieliczka
Wieliczka

Zauważyliście jak Basia zgrabnie dała mi do zrozumienia, że ona owszem, może bawić się z Tosią, czyli zrobić to na czym mi zależy, ale tylko i wyłącznie w gotowanie. A Tosieńka stała z boku i wyglądała jakby myślała, nie mogąc wyjść z podziwu, jak siostrze się udało osiągnąć tyle dobrego naraz. Ja też o tym właśnie myślałam idąc po ten zestaw do gotowania. Sprawiedliwe przyznać muszę, że Basia, Tosię zajęła, przez dobre 40 min, w tych stworzonych przez siebie dogodnych warunkach. Dzięki czemu moje pakowanie posunęło się solidnie na przód, ale gdzie tam jeszcze do końca. Bo ja dopiero dzieci i to w stopniu podstawowym spakowałam, a teraz te podstawy będę uzupełniać. Ale daruję wam resztę tego odcinka, bo sama już odnoszę wrażenie, że ja w swoim całym życiu, to właściwie nic innego nie robię tylko pakuję, no i później oczywiście muszę sobie to jeszcze rozpakować. Napiszę tylko, że pakowanie skończyłam. Jak nie miał mi już kto pomagać, bo moje pomagiery się kąpały, to mi nawet szybko poszło. A no i pakowanie moje było tak udane, że w sumie zapomniałam tylko Tosi cieniutkich skarpetek, które pewnego razu chciałam jej założyć do balerinek i Basi opaski do włosów, którą z kolei ona chciała założyć do sukienki.

Darek od powrotu z pracy prawie się nie odzywał. Oswajał się z rzeczywistością. A ta rzeczywistość była dla niego brutalna. Bo w przedpokoju piętrzył się stos, który trzeba było przenieść do samochodu. Przenieść pal licho, prosta fizyczna robota, ale upchnąć to wszystko do samochodu, to już wyższa matematyka. Darek zniósł już na dół część rzeczy i ulokował je w bagażniku. A potem otworzył maskę, poszturchał jakieś kabelki, klęknął przed samochodem, po czym wstał, wsiadł do niego i kawalątek odjechał na wstecznym, wysiadł i podreptał w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą był przód samochodu i zaczął intensywnie studiować kostkę brukową ułożoną w tym właśnie miejscu. Darek poznawał się z samochodem, no i wyraźnie coś mu się nie spodobało. A ja te oględziny obserwowałam przez kuchenne okno i nawet z tej odległości, czułam kłopoty. Złapałam jakieś torby i poleciałam je zanieść do bagażnika, to się może przy okazji dowiem, co się dzieje i czy ja w ogóle jeszcze jadę do tego Lelowa. Darek znalazł czarne plamy na kostce brukowej i od razu postawił diagnozę – olej wycieka. Potem tym bagnetem mierzył stan oleju z dziesięć razy, i ciągle było tyle samo. No to myślę sobie, że to chyba dobrze, bo nie ubywa to znaczy, że nie wycieka, no bo chyba się nie spodziewał, że mu tego oleju od mierzenia przybędzie. No ale okazuje się, że Darek tego właśnie się spodziewał, bo liczył na to, że ten olej ścieknie. No i chodzi wokół tych plam, i pod tą maskę zagląda i coś tam do siebie mruczy, jakby się na tym znał, a przecież doskonale wiem, że nie ma o mechanice pojazdowej pojęcia. Martwi mnie tylko fakt, że Darek o tym nie wie, bo to może być groźne. Grozi to mnie, niepojechaniem do Lelowa. Stoję tam przy tym samochodzie, oglądam te plamy na kostce, zaglądam pod maskę, czyli robię wszystko to czego Darek w tej sytuacji ode mnie oczekuje, ale przecież ja się znam na Darku, a nie na samochodzie. Co ja mogę tam zobaczyć, że samochód pod maską ma brudno. Dobra moje stanie tutaj i tak procedury mierzenia oleju nie przyspieszy, idę do domu sprawdzę czy wszystko spakowałam. Może nigdzie nie pojadę, ale przynajmniej wszystko będę miała. Po pewnym czasie, czekania na rozwój sytuacji, widząc (przez okno), że sytuacja daleko ma do szczęśliwego zakończenia, łapię kolejne tobołki z przedpokoju i pędzę sytuację ratować. Jak to będę robić zorientuję się na miejscu. A po drodze na dół, tak gdzieś na półpiętrze, dochodzę do wniosku, że ja to chyba jednak powinnam się czasem zastanowić nad sobą. No bo po co, ja ciągle wynoszę te tobołki, do samochodu, który najprawdopodobniej nigdzie nie pojedzie. A jak ten samochód nie pojedzie, to Darek się zdenerwuje jeszcze bardziej, niż jest zdenerwowany teraz. Darek jest zdenerwowany, bo samochód nie może jechać. Samochód nie może jechać bo Darek zdiagnozował u niego wyciek oleju. Wniosek jest taki, że Darek sam siebie zdenerwował, a wyjście jest jedno – Darek musi zmienić diagnozę, żeby samochód mógł mnie zawieść na wieś. No i stał się cud. Mąż wrócił do domu dziwnie spokojny. Zajrzał do lodówki, poszturchał dzieci (kiedyś musiałam wytłumaczyć Basi, że tata tak okazuje miłość), zabrał to co jeszcze zostało w przedpokoju i będziemy wychodzić do samochodu. Tak „my” będziemy wychodzić, bo Darek coś niewyraźnie tłumaczył, że potrzebuje konsultacji. Jak on to robi nie wiem, kto go tego nauczył nie mam pojęcia, ale mój mąż potrafi tak przekazać informację, żeby nikt , tego co powiedział nie zrozumiał. Zaczyna od końca, krąży po obwodnicach i człowiek nigdy nie jest wstanie zorientować się gdzie jest centrum tej wypowiedzi. Potem przestaje mówić, a człowiek czeka, czeka bo nie wierzy, że to już koniec, skoro niczego nie zrozumiał. Tym razem też nie próbowałam dociec do czego Darek zmierzał, z całego słowotoku wyłapałam wyrazy samochód i zerknąć i stwierdziłam, że trzeba iść. No okazuje się, że będziemy studiować plamy na kostce brukowej.

Wieliczka
Wieliczka

-No bo one wyglądają na suche nie.? - Darek.

-No. - Ja.

Wieliczka
Wieliczka

-I popatrz tu gdzie stałem później nic nie ma.?

-No.

Wieliczka
Wieliczka
Wieliczka

-A stałem przecież z 1,5h, to jak by coś miało wyciekać, to by pociekło.?

-No.

Wieliczka
Wieliczka

-No i wycierałem tam pod spodem papierem żeby zobaczyć czy jakieś mokre ślady na nim nie zostaną, ale to nie jest mokre prawda.? - studiuję te ręczniki papierowe jakby to były obrazy Matejki i z najbardziej poważną miną na jaką mnie było stać, stwierdzam:

-Prawda.

Wieliczka
Wieliczka

-No bo mnie się wydaje, że te plamy to już były na tej kostce brukowej jak przyjechałem. I one muszą pochodzić z innego samochodu.

Pozostało mi tylko przytaknąć jak najspokojniej, jak na dobrego konsultanta przystało. Darek sam znalazł przyczynę powstania plam i sam ją sobie wyjaśnił. A to rozwiązywało problem który stworzył. Wystarczyło nie wtrącać się kiedy Darek rozwiązywał zagadkę, bo któż był wstanie uspokoić go skuteczniej, niż on sam. Potrzebował tylko słuchacza który mu przytaknie.

Wieliczka
Wieliczka
Dobrzyce

-To znaczy, że jedziemy.

-Tak, tak.

Dobrzyce
Dobrzyce

-O rany jak to dobrze bo już myślałam, że zostaje w Grodzisku.

-A nie, co to, to nie. Jakby coś było nie tak, to miałem jeszcze w zanadrzu opcję z innym samochodem co pod firmą stoi.

Dobrzyce
Dobrzyce

Aha. Taki ten mój mąż zaradny. Wyjście awaryjne sobie przygotował, bo wiedział, że ja do tego Lelowa i tak pojadę. Tylko się pewnie bał, że w razie braku innego środka lokomocji, mogłabym wpaść na pomysł skorzystania z usług Polskich Kolei Państwowych, dwójka dzieci, bagaże i trzy przesiadki, ta wizja zmobilizowała go do wymyślenia planu B. Do Lelowa dotarliśmy prawie w środku nocy. Tydzień laby i tydzień jestem uziemiona, bo bez Darka nigdzie się przecież nie ruszę. No ale może wreszcie odpocznę trochę i dzieci będą miały dużo ruchu na świeżym powietrzu.

Zostawił nas Darek same w Lelowie. I po tygodniu wrócił. Jednak wrócił. A jak już przyjechał, zjadł i odsapnął to wyłożyłam mu plan zajęć na następny dzień. I o dziwo nawet się nie migał. Ale tego dnia następnego bardzo się zachmurzyło, dyskutujemy więc ostro przy kawie, czy te chmury to cumulusy, czy raczej burzowe. Nie zmieniamy jednak planów i jedziemy na południe, mając nadzieję, że chmury zostaną w Lelowie i będą podlewać babci ogródek. No niestety. Chmury postanowiły podróżować razem z nami, a jakby ich było mało, to zwołały jeszcze koleżanki. W pewnym momencie po trasie (próbowałam sobie przypomnieć gdzie dokładnie, ale nie dałam rady), dopadło nas takie oberwanie chmury, że już się poważnie zastanawialiśmy, czy nie zawrócić. Ale przecież Darek ma zasadę – nie zawraca. No ale co tu robić jak tak leje, przecież ta pogoda zupełnie nie nadaje się do zwiedzania, nawet dla najbardziej zapalonego globtrotera. Siedzimy w tym samochodzie i myślimy, ale żadne nie ma ochoty zawracać. I w końcu Darek odzywa się w te słowa: skoro nie da się zwiedzać na ziemi bo warunki atmosferyczne nie pozwalają, to może pod ziemią, jedziemy do Wieliczki? Ponieważ atrakcje które zaplanowałam, rozrzucone były właśnie wokół Krakowa, od Wieliczki dzieliła nas w tym czasie jakaś śmieszna odległość. No to pojechaliśmy. Znaleźliśmy parking, zostawiliśmy samochód i poszliśmy tam, gdzie były największe kolejki. I nawet już w jednej stanęłam, a Darek poszedł zdobywać informację, ale ja już w kolejce będę stała, no żeby było szybciej. Ale właśnie w tej kolejce, przemiły głos damski wydobywający się z megafonu, uświadomił nam, że ta przygoda niestety musi na nas jeszcze zaczekać. Temperatura, czas i długa droga w dół, po schodach to opcja zupełnie nie z Antosią, przynajmniej na razie. Bo 3,5h pod ziemią to dużo czasu na nieprzewidziane wypadki, które nam na pewno przytrafiłyby się w ilości hurtowej. A tymczasem:

Dobrzyce
Dobrzyce
Dobrzyce

-Czy mi się zdaje, czy przestało padać ? - ja.

-No. - Darek wystawił twarz pod niebo i stwierdził, że padać przestało.

Dobrzyce
Dobrzyce

Rezygnujemy więc z kopalni, ale nie rezygnujemy z Wieliczki. Jeszcze nigdy nie byliśmy w tym mieście. No to co? No to spacerek. Po Wieliczce poruszamy się na oślep, bo zupełnie nie byliśmy na tę wizytę przygotowani. Ale nawet włócząc się uliczkami bez ładu i składu zabłądziliśmy w kilka uroczych miejsc i zakątków miasta. Największe wrażenie zrobił na nas ten obraz 3D na chodniku, którego w ogóle na początku nie mogłam rozgryźć. Basia z Darkiem coś tam oglądali podekscytowani, a ja tylko jakieś ciemniejsze plamy na tym chodniku widziałam. Dopiero jak się przeszłam, w te i z powrotem, w te i z powrotem, to i ja zobaczyłam. No trzeba było czasu, żeby trafiły na siebie te dwa elektrony, ale efekt zderzenia rozświetlił mi umysł i zajrzałam do kopalni i ja. No spacerek bardzo udany. A, że była to już pora prawie obiadowa, to rozglądaliśmy się przy okazji w poszukiwaniu jakiejś sensownej jadłodajni. No i trafiła nam się fajna stołówka. Lokal w stylu baru mlecznego. Dzieci wciągnęły zupkę ogórkową w takim tempie, że nawet nie pytałam czy smakowała. Tylko ilość zjedzonej przez Antosię zupy trochę mnie przerażała, bo zwiastowała kłopoty z pieluchą w nieodległej przyszłości. Zawartość wspomnianego tobołka też jawiła się przerażająco. No cóż, zostawmy to, te problemy będziemy rozwiązywać na bieżąco, kiedy już się pojawią. A tymczasem, drugie danie. Ciepłe, pyszne i świeże, a te trzy przymiotniki rzadko zdarza mi się użyć jednego dnia w jednym lokalu gastronomicznym. Jeśli dodać do tego jeszcze wysokość rachunku, za obiad dla 4 osób, z kompotem. To jestem wstanie przyznać, że lokal który wybraliśmy był strzałem w dziesiątkę. A teraz powinnam tu napisać co to był za lokal, ale nie napiszę bo nazwy oczywiście nie pamiętam. No jak to jest, że złe rzeczy jakoś łatwiej zapadają w pamięć, a o dobrych szybciej zapominamy. Jak nas w „bidzie” po chamsku potraktowali i jeszcze do tego chcieli zafundować nam nieżyt żołądka, to sobie bardzo dobrze tę knajpę zapamiętałam. A jak trafił nam się fajny obiadek w normalnej atmosferze, to ja oczywiście nie pamiętam gdzie. To znaczy pamiętam gdzie i gdybym była w Wieliczce, to na pewno tam trafię, ale nie mogę go na razie polecić.

Przestało nam padać, a nawet zaczęło się rozjaśniać.

Dobrzyce
Dobrzyce

Postanowiliśmy więc, chociaż częściowo zrealizować nasze plany. Po krótkiej dyskusji obieramy kurs na zamek w Dobrzycach. Dużo zdjęć tego miejsca obejrzałam w internecie i zawsze bardzo podobało mi się jego położenie. A teraz nareszcie zobaczę go na własne oczy. Jak dotarliśmy na miejsce wyjrzało słonko i od razu zrobiło się dużo przyjemniej. Wejście na zamek opłaciliśmy jako bilet rodzinny i wydało mi się, że to trochę drogo jak na tę atrakcję. No widoki oczywiście bezcenne, takich rzeczy się policzyć nie da, ale sam zamek trochę stracił swego uroku, przez ilość betonu użytą przy odbudowie. Ale wrażenia ze zwiedzania całkiem fajne. No i jak dołożyć jeszcze do tego spacerek po skansenie, usytuowanym pod zamkiem i będącym atrakcją z której korzysta się w ramach jednego biletu, to już ta cena jest do zaakceptowania. A skansen w Dobrzycach bardzo przypadł mi do gustu. Najfajniejszy jaki do tej pory odwiedziłam. Faktem jest, że nie było ich zbyt wiele, bo nie przepadam za tego typu atrakcjami. Może dlatego, że większość tych rzeczy, które wystawiane są w skansenach jako zabytkowe, ja mogę spokojnie wyszperać u babci w stodole albo na strychu, a jeśli już nie znaleźć, to w większości pamiętam je z dzieciństwa. Przez co czuję się w skansenach trochę jak zabytek i może to to mnie trochę drażni. To i jeszcze jedno. Zabierasz dzieci do skansenu, to jak powrót do przeszłości. I chcesz im pokazać z bliska, jak ta przeszłość funkcjonowała, a wszędzie napisy nie dotykać eksponatów. Ja rozumiem żeby się nie ładować z buciorami do łóżka, i nie rozkręcać krosna. Z jednej strony mogłabym to zrozumieć, ale każdy medal ma jak wiadomo dwie strony, i o tę drugą stronę właśnie, mnie się rozchodziło. Dziecko – wiadomo z natury rzeczy ciekawe jest, bo świat dopiero poznaje. I nie ma co się dziwić, że sprzęty które ogląda chciałoby wypróbować. Ciężko dziecku wytłumaczyć działanie urządzenia nie mając możliwości go dotknąć. No np. Barbara pokazuje na dziwną drewnianą beczkę:

-A co to jest?

Dobrzyce
Dobrzyce
Dobrzyce

-Maselnica.

-Co?

Dobrzyce
Dobrzyce

-To takie urządzenie w którym robiło się masło, Basiu.

-Jak?

Trzeba mieć dystans...do siebie:)
Trzeba mieć dystans...do siebie:)

-No jak to, jak. Normalnie. Ubijać trzeba było.

-Co?

Dobrzyce
Niepołomice
Dobrzyce

-Śmietanę, bo kiedyś masło robiło się ze śmietany.

-I w tym się robiło?

Niepołomice
Niepołomice

-No.

-Jak?

Dobrzyce
Dobrzyce

-No jak to, jak. Przecież ci mówię, że ubijać trzeba było. Tak poruszać z góry na dół, a tam w środku jest taka zapadka i jak ona w tę śmietanę uderzała to wytrącała tłuszcz w postaci takich grudek i te grudki się sklejały w coraz większe kuleczki, potem się to przecedzało, przez drobniutkie sito, a jeszcze lepiej przez rzadką ściereczkę – pielucha tetrowa świetnie się sprawdzała. I jaszcze trzeba było masło wymasować, czyli wygnieść z niego resztki płynu. No a to co zostało ze śmietany po zrobieniu masła, to oczywiście maślanka.

-Naprawdę.

Niepołomice
Dobrzyce
Niepołomice

-Naprawdę. - Basia w Dobrzycach dowiedziała się, że maślanka to produkt uboczny masła.

-Ale stare żelazko, nawet nie ma kabla.

Dobrzyce
Dobrzyce

-Bo to jest żelazko z duszą.

-Jak to z duszą?

Niepołomice
Niepołomice

-Widzisz ten kawałek żelaza obok żelazka.

-No.

Dobrzyce
Niepołomice
Pora relaksu :0

-To jest właśnie jego „dusza”. Tę „duszę” trzeba było na piecu mocno rozgrzać. Żelazko ma tam z tyłu takie drzwiczki, jak się je odchyli to tam jest taka dziurka i w te dziurkę trzeba włożyć „duszę”, która rozgrzeje żelazko i można prasować.

No ileż łatwiej byłoby pokazać. A tak musiały się produkować moje szare komórki, aż im się dusze rozgrzały do czerwoności i zaczęłam się martwić, że procesor mi się przegrzeje. Bo w tym skansenie strasznie dużo tego wszystkiego nastawiali.

Niepołomice
Niepołomice

-A to jest kołowrotek.

-Po co?

Dobrzyce
Dobrzyce

-Twoja babcia prababcia, przędła na nim wełnę z owcy.

-Co ty gadasz? Z owcy?

Niepołomice
Dobrzyce
Dobrzyce

-No tak. Jak owcy urosło futerko, to się je obcinało, żeby zrobić wełnę. Ja nawet kiedyś umiałam te wełnę kleić z tych gałganków. A babcia mi później, z tego co ukleiłam, zrobiła na szydełku domowe pantofle. Boże jak one krążenie poprawiały. A jak wróciło się zimą z sanek, ufloganym po same pośladki, z soplami lodu przy nogawkach i wskoczyło się w te pantofle, to człowiek miał wrażenie, że nogi do pieca włożył, tak się robiło ciepło. Ale szybko to hobby zarzuciłam, co by babci nie przyszło do głowy, żeby mi inne części garderoby produkować. A te moje zabytkowe pantofle to babcia Ela gdzieś przechowywała. Możemy ich poszukać, ale istnieje niestety duże prawdopodobieństwo, że je mole zeżarły.

-A to?

Dobrzyce
Dobrzyce

-A to Basiu jest magiel, a jak działa to ci pokarzę jak do Lelowa wrócimy, tylko mi przypomnij. - przypomniała, a jakże i przez następne pół dnia swoje kiecki z Tośką maglowała. A to wbrew pozorom nie jest wcale takie łatwe. Dlatego też magiel skonfiskowałam, bo się bałam, że w końcu palce połamią.

Dobrzyce bardzo fajne. Dziewczynki świetnie się bawiły. Bardzo fajnie spędzony czas i jak na sezon wakacyjny, nie były specjalnie zatłoczone. Po skansenie, to w sumie sami się szwendaliśmy, nikogo więcej nie było. Może to ten początek dnia miał na to wpływ. Poranna aura mogła przestraszyć. Sami mało nie zrezygnowaliśmy z wojaży. Ale teraz, oboje z Darkiem, czuliśmy dziką satysfakcję, że jednak nie zawróciliśmy, a nawet udało się rozpędzić chmury. Po zwiedzaniu dziewczynki naciągnęły nas jeszcze na lody w Dobrzycach. Barbara cwaniara, wiedząc, że samej będzie jej trudno wygrać te słodkie negocjacje, szturcha Tośkę i pokazuje jej sklepik z lodami. A biedny mały karakaniec nie mógł zczaić o co chodzi. To Basia na migi, za naszymi plecami próbowała jej wyjaśnić. Ubaw mieliśmy z Darkiem przedni, przy czym cały czas udawaliśmy, że nie wiemy co się dzieje. I tak nas te nasze dzieciątka rozczuliły, że ulegliśmy. Po raz kolejny, ulegliśmy słodkim pokusom. Lody zjedzone grzecznie na ławeczce, co by nic nikomu w samochodzie nie kapnęło i jedziemy dalej. Chociaż zrobiło się już późnawo, mamy zamiar zatrzymać się jeszcze w Niepołomicach. Zatrzymujemy się owszem, ale wysiadam tylko ja. Dzieci się udeptały przez cały dzień i posnęły w samochodzie. A na dodatek jakoś buro się zrobiło. Całą drogę do Niepołomic słońce świeciło, a na miejscu mi zaszło. Ale ponieważ już przyjechaliśmy i była to nasza pierwsza wizyta w mieście, Darek pilnował śpiących dzieci, a ja złapałam aparat i poszłam na krótki rekonesans. Wróciłam po kilkunastu minutach i zaczęliśmy nasz powrót do Lelowa. Odjechaliśmy może kilkanaście kilometrów. Słońce wyszło prześliczne i dzieci wstały. No masz ci los i motyla noga. No myślałam, że mnie na tym siedzeniu trafi. Darek chyba to wyczuł, bo zaproponował, że zawróci. Darowałam już jednak sobie, bo żadnej gwarancji nie było, że w Niepołomicach też świeci słońce, a i dzieci już były mocno zmęczone. Nawigacja obliczyła nam powrót do Lelowa na 22:30, to gdybyśmy jeszcze tylko z godzinkę, półtorej w Niepołomicach zabawili, to już środek nocy. A tak są jeszcze szanse, że dzieci trochę przepłuczę jak dojedziemy na miejsce. A przecież jutro też jest dzień. I ja będę w drodze powrotnej myśleć intensywnie, co z tym dniem zrobić.

Dobrzyce
Dobrzyce
Dobrzyce Dobrzyce Dobrzyce Dobrzyce Dobrzyce Dobrzyce Dobrzyce Dobrzyce Dobrzyce Dobrzyce
Avatar użytkownika
kasia ejsmont Krajtroter 12734 kilometrów

Komentarze

Avatar użytkownika
mokunka Krajtroter 219837 kilometrów
2014-03-03 21:53:14

Fakt sporo do przeczytania, hihihi ale wyprawa w piękne okolice :)

Avatar użytkownika
Jerzy Jan Krajtroter 4958 kilometrów
2014-02-21 20:48:49

... WITAM! PRZECZYTAŁEM CAŁOŚĆ" PO ŁEPKACH", ALE ZROZUMIANO. FAJNIE, ŻE DZIECIAKI ZOBACZYŁY PRANIE W "FRANI" CHYBA NIE WSPOMNIAŁAŚ O WYŻYMACZCE, ALE NAJWAŻNIEJSZE, ŻE DZIECI, PRZYNAJMNIEJ TO STARSZE DOWIEDZIAŁO SIĘ, ŻE MLEKO JEST OD KROWY, A NIE KUPUJE  SIĘ GO W HIPERMARKECIE A MASŁO / TO ZDROWE/ ROBIŁO SIĘ W "MAŚNICKACH" ..... ZA ZDJĘCIA DAJE 5+. ...................... TAK TRZYMAJ .................... POZDRAWIAM JJAN47

 

Avatar użytkownika
Danusia Krajtroter 183047 kilometrów
2014-02-17 09:18:20

Ja trochę po łebkach,ale dałam radę:-) Wakacyjnie i edukacyjnie sobie pojechaliście ( niektórzy troszkę pod przymusem,ale jednak;-)) Co wyjazd to cała powieść o tym powstaje,fajnie Kasiu:-)

Avatar użytkownika
Anna Piernikarczyk Krajtroter 1126100 kilometrów
2014-02-17 08:21:20

Zgłaszam, że dotrwałam do końca :) Relacja jak zwykle super :) Bylismy w tych miejscach, też w tym samym dniu, ale pogodę mieliśmy jeszcze gorszą niestety :)

Avatar użytkownika
Ela Krajtroter 42848 kilometrów
2014-02-17 08:08:22

Dobrnełam do końca. Super jak zawsze. I kolor wlósów zmieniony, upodobniony do córeczek. Masz wene twórczą. Podziwiam i zazdraszczam jak zawsze.

Avatar użytkownika
kasia ejsmont Krajtroter 12734 kilometrów
2014-02-17 04:46:32

Ciekawe czy ktoś dobrnie do końca :) ?

Newsletter Wypisz się z newslettera
Znajdziesz nas na:
PolskieSzlaki.pl - polskie atrakcje - popularny portal turystyczny tworzony od 15 lat przez aktywną rodzinkę złożoną z mamy, taty i trzech córek. Sercem Polskich Szlaków jest blog z ciekawymi wpisami i fotorelacjami z wypraw oraz opisy atrakcji turystycznych w Polsce z pięknymi zdjęciami. Na przyjaznym Forum mamy 48 tys. postów. W sezonie notujemy 50 tys. Użytkowników na dzień, poza sezonem około 10 tys. Na profilu facebookowym mamy blisko 25 000 polubień, a na Instagramie ponad 2 300 Obserwujących.
Dreptamy.pl - wszystkie nasze wycieczki po Polsce
Copyright 2005-2020