Sprawdź nasz projekt Jurajskie Szlaki Jesienne
, MelanosChole

Szlakiem Zamków Piastowskich

2013-10-23 - 2013-10-27
2014-02-13 18:06:16
MelanosChole Zapaleniec 854 kilometrów

Trasa licząca 146 km i obejmująca 15 zamków powstałych w okresie panowania na Dolnym Śląsku książąt świdnicko-jaworskich. Tym razem udało się zobaczyć 6 warowni. Jedne niemal w całości zachowane, inne to już tylko malownicze ruiny. Każdego wędrowca przenoszą jednak w pełen tajemnic świat średniowiecznych murów. Przebyliśmy od Zagórza Śląskiego aż po Grodziec. A wszystko w okresie barwnego babiego lata.



24.10.2013, Czwartek



Za oknem złota polska jesień. Mijamy kolorowe zbocza, pożółkłe już nieco pagórki i jakby powtykane gdzieniegdzie w wiejską scenerię pokratkowane domki, wyglądające unikatowo na tle typowo gospodarskich zabudowań. To poniemieckie szachulce. Jedziemy busem w kierunku Walimia. Kierowca zaproponował podwózkę do Jugowic skąd pieszo wyruszymy w stronę pierwszego na dziś celu – warowni Grodno. Bezpośredni transport do Zagórza Śląskiego okazał się pojazdem-widmo. Rozkładu brak. Podobno kursuje, mówią mieszkańcy Wałbrzycha, ale nikt go jeszcze na przystanku nie spotkał ani nim nie jechał.

Przed północą opuściliśmy deszczowy Kraków, by przywitać październikowe słońce właśnie tu: na tajemniczym – jak głoszą spoty reklamowe – Dolnym Śląsku. W taką pogodę wędruje się wyjątkowo przyjemnie. Jedynie psy w zagrodach ujadają na potęgę, wyraźnie poruszone obcym towarzystwem. Zaciekawiona turystami zdaje się też lama, wyniośle przechadzająca się w obejściu naprzeciwko. Wdzięcznie unosi głowę w naszą stronę, próbując zwrócić na siebie uwagę. Za zakrętem drogowskaz: ZAMEK. Przed nami do pokonania jeszcze tylko góra Choina. Maszerujemy stromą leśną ścieżką. Ostrożnie, żeby się nie potknąć. Szlak usłany jest grubymi konarami schowanymi pod barwną pierzynką jesiennego listowia.

Pokonujemy górę Choina
Otoczenie zamku Świny

I w końcu wyrasta przed nami stary gród. Ogromny, choć spora część budowli to już tylko ruina. Mijamy stojącą tu od ponad pół wieku lipę i wchodzimy przez renesansowy portal do chłodnej sieni. Na powitanie kościotrup szlachcianki Małgorzaty, co to łoża z zamożnym starcem dzielić nie chciała. O dramacie, jaki z tego wyrósł, opowiada legenda zapisana na zamontowanych w lochu głodowym tablicach informacyjnych. Uwagę zwracają też umieszczone pod ścianą krzyże pokutne – pozostałość po zbrodniarzach, którzy w ramach zadośćuczynienia stawiali je w miejscu dokonanego zabójstwa. Jakby tych krwawych historii było mało, na dokładkę sala tortur i przyprawiające na przemian o dreszcze i mdłości opisy narzędzi wykorzystywanych w średniowieczu do znęcania się nad skazanymi. Wzdrygamy się na myśl o obcinaniu języków i łamaniu kołem. Na koniec wspinamy się na wieżę. Wejście jest niebezpieczne, a drewniane, wąskie schody zdają się ciągnąć w nieskończoność. W drodze powrotnej zatrzymujemy się w jednej z sal, gdzie zasiadamy przy drewnianym stole i łapczywie wcinamy zakupione wcześniej kanapki. Jedząc w zamkowej izbie, czujemy się prawie jak królowie. Albo niestrudzeni rycerze, i nasza pierwsza twierdza właśnie została zdobyta!



Dotarcie do Zagórza Śląskiego zabrało znacznie więcej czasu niż przewidywał nasz misternie wykonany przed podróżą plan. Do Książa dojeżdżamy dopiero na godzinę 15:00. I tu zonk! Nie wejdziemy już z przewodnikiem. Ale jak to? Jechaliśmy 335 km ze stolicy Małopolski do Wałbrzycha, by z namaszczeniem zwiedzić trzeci co do wielkości zamek w Polsce, i nic z tego? Nalega zapalona turystka. Pani w kasie, niezbyt przejęta całą sytuacją, uśmiecha się grzecznie i jak automat wyrzuca z siebie informację: Dziś już nie ma takiej możliwości. Czarna rozpacz wymalowała się na naszych twarzach. Wymarzyliśmy sobie przemierzanie zamkowych wnętrz trasą „Od tajemnic Piastów do II wojny światowej”, bogato zresztą opisaną na stronie internetowej obiektu. A tu trzeba przyjąć do wiadomości, że największej współczesnej tajemnicy Książa – podziemnych tuneli drążonych na rozkaz Hitlera przez więźniów z obozu Gross-Rosen i przygotowywanych prawdopodobnie pod fabryki broni – tym razem na pewno nie poznamy.

Zamek to prawdziwy olbrzym. Z zewnątrz zróżnicowany architektonicznie, w środku to zdecydowanie bardziej pałac niż gród obronny, jakim był jeszcze w XIV wieku. W jedną z piękniejszych w tej części Europy rezydencję zmieniał na przestrzeni ponad 4 wieków panowania tu rodziny Hochbergów. Największe wrażenie robi słynna barokowa Sala Maksymiliana, ociekająca złotem i wyróżniająca się idealną symetrią i precyzją zdobień i kształtów. Ale niemal wszystkie salony kuszą swoim wystrojem. Aż chciałoby się usiąść w tych pięknych fotelach, wypić herbatę z wykwintnej porcelany i patrzeć na iskrzący się w ogromnym kominku ogień. Niespiesznym krokiem wędrowaliśmy po Książu, a przed nami otwierały się coraz bardziej okazałe komnaty. Dokładnie czytaliśmy tablice informacyjne, chcąc zrekompensować sobie brak przewodnika. Niestety przy wejściu nie przekazano nam pewnego dość istotnego szczegółu: na zwiedzanie mieliśmy niecałą godzinę. Ostatecznie więc nasza „opieszałość” została ukarana przegonieniem na tarasy, a do urządzonej specjalnie dla Księżnej Daisy (znajdującej się nieopodal zamku) Palmiarni w ogóle nie zdążyliśmy wejść.

Czując lekki niedosyt, wybraliśmy się przez park krajobrazowy w stronę ruin Starego Książa. Jeszcze do niedawna budowla uważana była za romantyczny wybryk jednego z władców. Prace archeologiczne dowiodły jednak, iż już w XIII wieku istniał w tym miejscu mniejszy zamek, a około 400 lat wcześniej drewniano-ziemny gródek. Ścieżka, która tam prowadzi jest bardzo wąska. Jeden źle postawiony krok zaowocować może upadkiem w przepaść. Podążaliśmy dzielnie za grupą rozbrykanych gimnazjalistów, którzy szli w tę samą stronę z przewodnikiem, dopóki nie dopadła nas mroczna wizja, że lada chwila nastanie noc, a przy braku latarki powrót będzie co najmniej utrudniony. To byłaby dopiero przygoda – spać nie w książańskim zamku, a w książańskim lesie! Zaczynało zmierzchać, krajobraz szarzał już nieco, słońce leniwym krokiem kierowało się ku zachodowi. Pokonaliśmy wprawdzie tylko połowę szlaku, ale warto było. Dla widoku starych, zniszczonych murów mieniących się teraz w ostatnich promieniach dnia.

I wreszcie wyrasta przed nami stary gród - Zamek Grodno
I wreszcie wyrasta przed nami stary gród - Zamek Grodno

Wróciliśmy do Wałbrzycha późnym wieczorem. Miasto nie wyglądało o tej porze zbyt zachęcająco. Szarawe, spowite mgłą, smutne i puste. Rynek wprawdzie uroczy, ale niemal bezludny. W bocznych uliczkach kilku nieprzyjemnych typów. Jakaś bezzębna pani rzuciła obsceniczny tekst w stronę towarzyszącej jej pary („Nie ma brzucha, nie porucha, cha, cha, cha&rdquo😉. Sprawdziliśmy położenie schroniska „Harcówka”, w którym mieliśmy nocować. Wielki miejski park wydawał się atrakcyjną lokalizacją dopóki nie dotarliśmy tam późną porą. Przez dłuższy odcinek trzeba było iść w zupełnej ciemnicy, dalej minęliśmy z lekką obawą grupę stereotypowych dresów sączących piwko przy huśtawkach, by odkryć, że musimy się jeszcze wspinać pod górę jakieś dobre 20 minut. Pokój w schronisku 35 zł od osoby, warunki polowe. Pomieszczenie nie było sprzątane chyba od lat, a z kranu pod prysznicem ciurkała skąpo i wolno nie za ciepła woda. Cóż, uroki życia w drodze.

25.10.2013, Piątek

Dziedziniec zamku Grodziec
Nieopodal zamku kościół św. Mikołaja (XIV w.)

Wczesnym rankiem bus z przystanku na ulicy Sikorskiego w Wałbrzychu zabrał nas do Kamiennej Góry. W oczekiwaniu na autobus do Bolkowa snuliśmy się po tamtejszym dawno opuszczonym dworcu kolejowym, służącym teraz za tło do popisów grafficiarzy i utartych już, a niesmacznych haseł typu: „JP”. (I bynajmniej nie chodzi tu o pokolenie Jana Pawła II).

Jest coś w tych dolnośląskich miasteczkach. Lekko uśpione, niespieszne, leniwie przyjmujące dzień za dniem. Kolorowe, z kamieniczkami w jasnych, pastelowych barwach delikatnie odbijających jesienne słońce. Z małymi rynkami, wąskimi, brukowanymi uliczkami, przydrożnymi sklepikami.

Ocalałe mury zamku. Na dziedzińcu studnia. Jej budowa, według legendy, zajęła tatarskiemu jeńcowi 20 lat. W nagrodę odzyskał wolność
Ocalałe mury zamku. Na dziedzińcu studnia. Jej budowa, według legendy, zajęła tatarskiemu jeńcowi 20 lat. W nagrodę odzyskał wolność

Po dotarciu do Bolkowa wyruszamy w stronę wsi Jawor (na północ od miasta), by zobaczyć ruiny Zamku Świny. To chyba najbardziej klimatyczne spośród wszystkich miejsc na liście. W otoczeniu kościół z XIV w. Nieopodal zniszczone już nieco nagrobki. Pod stopami dawny cmentarz. Wrota zamku zamknięte na kłódkę. Dzwonimy pod podany numer telefonu. W przeciągu kilku minut zjawia się przy nas pan pod czterdziestkę, otwiera nam drzwi i zaprasza do zwiedzania, choć zwiedzać de facto właściwie nie ma tu już czego. Wielkie mury wielkiego zamczyska przypominają jedynie, jak okazały był to niegdyś gród.

Wracamy lasem do Bolkowa i kierujemy się w stronę tutejszego zamku. Nie wiedzieć czemu akurat ten zabytek najmniej utkwił nam w pamięci. Oglądamy sale wystawowe i wspinamy się na wieżę, by zobaczyć miasto z góry w pełnej krasie. Niestety nie znaleźliśmy Bursztynowej Komnaty – skarbu rzekomo przywiezionego tu z zamku w Królewcu i umieszczonego w podziemnych wnętrzach. W wyniku prowadzonych w tym miejscu w 2000 roku badań georadarem wykryto, że na terenie budowli znajduje się nieznane dotąd pomieszczenie. Czyżby drogocenne precjoza przetrwały ukryte właśnie tam?

Wieczorem docieramy do Jeleniej Góry. Spacerujemy urzekającym Rynkiem z odnowionymi elewacjami kamienic (część obłożona rusztowaniami dopiero czeka na swoją kolej). Podziwiamy monumentalną budowlę – średniowieczny Kościół św. Apostołów Piotra i Pawła, a potem po wybornej pizzy, obficie obsypanej dodatkami, kierujemy się w stronę wynajętej wcześniej kwatery. W porównaniu z poprzednim noclegiem pokoje u pana Jarka to prawdziwy luksus.

26.10.2013, Sobota

Widok z wieży na Góry Sowie

Jedziemy autobusem podmiejskim w kierunku Sobieszowa. Wysiadamy niedaleko kościoła i z mostu na Wrzosówce ruszamy w stronę Zamku Chojnik. Po drodze zakup biletu wstępu do Karkonoskiego Parku Narodowego…, i już można poczuć zapach lasu, choć niekoniecznie jego ciszę. Akurat teraz remont ścieżki – buldożery agresywnie psują aurę unikatowej przyrody. Docieramy do zamku szlakiem łagodnym, czerwonym. Czarny prowadzący przez Skały Zbójeckie jest wyjątkowy stromy i wymaga odpowiedniego obuwia. Aż dziw, że do jego pokonania zabiera się rodzina z dwojgiem maleńkich dzieci. Wyjście kosztuje nas sporo wysiłku.

Zamek jest piękny. Bogaty w przeróżne ścieżki, przejścia, zakamarki, tunele. Okiennice, mury, ławki, fosa. Można błądzić, szukać, mieć prawdziwą frajdę. Z głośnika dochodzi głos przewodnika opowiadającego historię kapryśnej Kunegundy. Dziewczyna szukająca księcia z bajki i podle wystawiająca swoich adoratorów na niebezpieczną próbę. Wielu z nich ginie, chcąc się przypodobać wybrance serca.

Sala Rycerska
Sala Rycerska

Z Jeleniej Góry wyruszamy do Złotoryi, gdzie po raz kolejny urzeka nas klimat dolnośląskich miasteczek. Niestety w weekend właściwie nie ma możliwości dostania się stamtąd do Zamku Grodziec. Pozostaje łapać stopa. Stajemy więc przy trasie na Bolesławiec i próbujemy swoich sił. Perswazja chyba nie jest naszą mocną stroną. Zatrzymuje się dopiero któryś z kolei samochód. Pech chciał, że trafiliśmy na kierowcę z kategorii: „Uwaga! Wsiadasz na własne ryzyko. Szaleniec za kierownicą”. Przedsmak tego, co miało nas czekać za chwilę, poznaliśmy już przy widowiskowym zatrzymywaniu się pojazdu – hamowanie z piskiem opon i cała wstecz! Przebiegło nam przez myśl, żeby nie wsiadać, ale nie było już czasu na zmianę decyzji. Pierwszy (no, może drugi) raz w życiu mieliśmy śmierć przed oczyma. Co robić? Zagadywać pana za kółkiem? Kiedy wdawał się w rozmowę, wydawało się, że odrobinę zwalnia i jakby wstrzymuje na moment wariacką jazdę (niestety trwało to tylko do najbliższego zakrętu, który natychmiast ściął, a autem zarzuciło, jakbyśmy mieli wypaść z drogi). A może lepiej zacząć się nerwowo żegnać w nadziei na przetrwanie?

Uff! Wysiedliśmy. Przybywamy do zamku, wykupujemy nocleg u właściciela – uroczego starszego pana w stroju XVII-wiecznego szlachcica (obowiązkowo z wąsem) i rozpakowujemy się w komnacie na samym szczycie, w jednej z wież. Wieczorem w Sali Rycerskiej na dole trwa w najlepsze hulanka i swawola. Towarzystwo w okolicach pięćdziesiątki. Wśród gości Hawajki, księżniczki i Bóg wie, kto jeszcze. Poprzebierani, pijani, zaśmiewają się do rozpuku i chłodzą co jakiś czas na zewnątrz, spoceni po koślawych tańcach. Mimo zaproszenia to zamknięta impreza. Nie chcemy przeszkadzać. Mamy swoją – wino i frytki na zamkowym dziedzińcu. Takiego ukoronowania wyprawy pragnęliśmy.

27.10.2013, Niedziela

Zwiedzamy zamek. Wszędzie panuje lekki chaos. Od rana trwa festyn rodzinny. Dzieci biegają po warowni w poszukiwaniu skarbu. Zabytek imponuje wielkością murów i liczbą tajemnych przejść. Urzeka widok z wieży na rozległe pola z wiatrakami.

Zamek Książ od strony pałacowej
Otoczenie zamku Grodziec

Wracamy stopem do Złotoryi. Najpierw z miejscowym małżeństwem – starsi ludzie. Jadą wymienić kupon w Totka. Trafili trójkę. 24 złote, ale dobre i co. Kolejny przewoźnik wita nas zabawnym w jego mniemaniu zdaniem: „Nie dziękujcie, bo jeszcze nie wiecie, czy dojedziecie”, po którym dorzuca złowieszczo brzmiące: „Cha, cha, cha”. Dziadek zakochany w swoim Oplu typu Kadett. Nie chciał się zatrzymać. Mówi, że już podwoził takich z plecakami i zrysowali mu całą tapicerkę. „Ale widzę – dziewczyna, to myślę sobie: Nic mi nie zrobią”. Samochód to dla niego świętość. Ile to auto już przeżyło! A on razem z nim.

Dojeżdżamy na miejsce i w biegu łapiemy bus do Wrocławia. Tam wsiadamy w autobus do Krakowa. I żegnaj przygodo! Przynajmniej do kolejnej wyprawy.

A może herbatka u Księżnej Daisy? Dawny dziedziniec zamku Świny Sala kominkowa W drodze powrotnej do Złotoryi Okazała barokowa Sala Maksymiliana Przeminęło z wiatrem. :-) Wiatraki na trasie Grodziec-Złotoryja Wieża mieszkalna Tarasy zamkowe Ruszamy do zamku Bolków Książański Park Krajobrazowy Zamek Książ z oddali W drodze do Starego Książa Stary Książ w ostatnich promieniach zachodzącego słońca Miasto Bolków w pełnej krasie W drodze do zamku Świny Grzyb skalny - Karkonowski Park Narodowy Papierowy flash z wyprawy Jelenia Góra. Ratusz W drodze do zamku Chojnik Pierwsze koty za płoty, czyli docieramy do Zagórza Śląskiego Komnata sypialniana, czyli przed nami noc w zamkowej wieży Ruiny zamku Świny Zamek Chojnik Potok Bystrzyca Zamek Grodziec
MelanosChole Zapaleniec 854 kilometrów

Ostatnie wycieczki użytkownika

Pokaż więcej

Komentarze

Avatar użytkownika
Anna Piernikarczyk Krajtroter 1125485 kilometrów
2014-02-14 09:24:37

No taka wycieczka, jak już nie relacji, to na pewno zdjęć wymaga :)

Newsletter Wypisz się z newslettera
Znajdziesz nas na:
PolskieSzlaki.pl - polskie atrakcje - popularny portal turystyczny tworzony od 15 lat przez aktywną rodzinkę złożoną z mamy, taty i trzech córek. Sercem Polskich Szlaków jest blog z ciekawymi wpisami i fotorelacjami z wypraw oraz opisy atrakcji turystycznych w Polsce z pięknymi zdjęciami. Na przyjaznym Forum mamy 48 tys. postów. W sezonie notujemy 50 tys. Użytkowników na dzień, poza sezonem około 10 tys. Na profilu facebookowym mamy blisko 25 000 polubień, a na Instagramie ponad 2 300 Obserwujących.
Dreptamy.pl - wszystkie nasze wycieczki po Polsce
Copyright 2005-2020