, Krzysztof

Góry Kaczawskie

2012-04-10
2012-04-10 20:00:04
Avatar użytkownika
Krzysztof Krajtroter 7153 kilometrów

Pożegnalna włóczęga. Do zobaczenia za pół roku.

Miejsca odwiedzone podczas wycieczki
Góra Ostrzyca > wioska Janówek > wzgórza Chrośnickie Kopy > Jezioro Pilchowickie > rzeka Bóbr

01.04.



W ostatniej chwili zobaczyłem oświetloną reflektorami samochodu tablicę informacyjną ustawioną na brzegu bocznej uliczki. Skręciłem, minąłem parę domów i już po chwili uliczka stała się w szutrową drogą biegnącą polami. Z ciemności wyłaniały się jakieś dalekie i niewyraźne majaczenia, bliżej mijałem pnie drzew wydobytych światłami z niebytu, a jeszcze bliżej, przed maską samochodu, kałuże straszące mojego forda nieznaną głębokością. Po kilometrze drzewa rozbiegły się i na wprost zobaczyłem niebieską tablicę parkingu. Dojechałem.



Buty zakładałem w mdłym świetle sączącym się z żarówki u sufitu, bardziej macając haczyki sznurówek niż je widząc; założyłem ochraniacze, wsadziłem w kieszeń czapkę i rękawice, jeszcze wypiłem łyk gorącej kawy, a w końcu wygramoliłem się z samochodu. Rząd drzew wskazywał drogę biegnącą lekko pod górę. Założyłem plecak i spojrzałem na zegarek: była 5.50.

Najpierw w szarościach, później coraz bardziej w kolorach blednących granatów, wstawał dzień przyciśnięty zwałami ciemnych chmur. Zaspany jeszcze las przecierał oczy bez entuzjazmu witając nowy dzień.

Szedłem. Pod nogami mlaskało błoto lub chrzęściły kamienie; czarne, nagie, reumatycznie pokrzywione drzewa tkwiły zastygłe w zimowym bezruchu, a stare, żółtawe trawy przyprószone były wczorajszym śniegiem.



Szedłem. Czy ja nie wyjechałem zbyt wcześnie? – myślałem nad swoją zachłannością gór.

Na końcu ścieżki wykutej w bazalcie góry, u szczytu, wśród czarnych skał i powykręcanych pni drzew, dopadł mnie zimny, szarpiący wiatr. Naciągnąłem głębiej na uszy czapkę i wszedłszy na najwyższą skałę rozejrzałem się.

Byłem na Ostrzycy w Górach Kaczawskich.

Dwa pierwsze rozpoznane miejsca to długi masyw Leśniaka i Okola, oraz przecięta na pół góra Wilkołak pod Złotoryją. Resztę gór długo identyfikowałem, nie zawsze skutecznie, odwracając się plecami do wiatru i uspokajając mapę wyrywającą się z rąk. Widok jest tam prawdziwie panoramiczny, bo w pełnym okręgu, a przy dobrej widoczności także rozległy: od Karkonoszy na południu, po równiny stykające się z niebem gdzieś w okolicach Legnicy. Mnie było dane widzieć czarno-granatowy świt chmurnego dnia. Patrzyłem na wschód, na ledwie widoczną linię jasności rozcinającą szare niebo ponad wzgórzami, wśród których powinna być moja Wielisławka, patrzyłem jakby z wyrzutem, z zawodem: jakże miło byłoby posiedzieć tutaj na kamieniach w pogodny i ciepły dzień!

Wielisławkę zobaczyłem jeszcze dzisiaj, w jakże odmienionym końcu tego dnia.

Gdy krótko po dziewiątej wyjechałem w stronę Janówka u stóp Chrośnickich Kop, niebo było przejaśnione. Na łuku drogi zobaczyłem ją: stała poprószona słońcem, milcząca i nieruchoma, czekająca na moje spojrzenie, pewna siebie i mojej reakcji. W tej jednej chwili wspomniałem kobiety które kiedyś kochałem i do których wracałem stęskniony i niesyty ich magnetycznego uroku; one i góra zjednoczyły się w podziwie, poczułem w sobie pragnienie powrotu do niej, takiej pięknej i czekającej na mnie, ale znikła mi na kolejnym zakręcie drogi i czar prysł. Przez resztę dnia widząc ją, widziałem po prostu górę, ale ona nie poddawała się i wieczorem zawołała mnie raz jeszcze.

W Janówku, małej i sennej wiosce schowanej w dolinie u stóp Chrośnickich Kop, rozglądałem się po zboczach w poszukiwaniu ładnej trasy pod górę, w końcu wybrałem drogę na chybił trafił, a ta szybko skończyła się pod zamkniętą brama gospodarstwa:), przeszedłem więc pole w poprzek i znalazłem inną. Plan był prosty: wejść na Ptasią, górę widoczną z mojej poprzedniej trasy, wznoszącą swój odkryty szczyt ponad przylepioną do niej Czernicką Górę. Tam nie ma szlaku, a bardzo korciło mnie wyzwanie znalezienia szczytu, bowiem trudno jest rozpoznać go stojąc na nim, skoro zna się tylko jeden jego obraz – oglądany z doliny. Góry mają tyle oblicz, ile miejsc z których patrzy się na nie. Ileż to razy zaskoczony byłem rezultatami czytania mapy, bo okazywało się, że ta wielka góra zasłaniająca sobą drugą górę, tak naprawdę jest od niej sporo mniejsza, tyle że ja patrzę na nią z bliska. A ileż to razy nie rozpoznałem góry znanej mi, bo patrzyłem na nią z innej strony! Teraz liczyłem na rozpoznanie łysego zbocza poniżej charakterystycznie rzedniejących drzew na szczycie Ptasiej.

Po minięciu domów wioski wszedłem na uroczą dróżkę polną celującą prosto w niebo. Gdy już zaprowadziła mnie w jego pobliże, skręciła pod niskimi gałęziami rosochatej sosny i wpadła między drzewa lasu roztrącając jedne i omijając drugie. Zatrzymałem się i odwróciłem: niskie i bliskie gałęzie sosny dawały kontrastową ramę dla dali, ku której wzrok biegł radośnie jak zawsze, gdy goni odległy horyzont, a niżej wystawały z fałd ziemi, niczym rodzynki z rosnącego ciasta, dachy domów od których prowadziła mnie moja droga. Wszedłem między drzewa małego lasku, a ona już wybiegła na łąkę, już wspięła się na szczyt wzniesienia i znikła mi z oczu. Gdy doszedłem tam, była tuż za szczytem, jakby czekała na mnie, ale zaraz pobiegła w dół roześmianą, uciekającą mi z pod nóg wstęgą. Słońce wyszło zza chmur, droga mijała kwitnące właśnie brzozy, a ja patrząc na nią pomyślałem, że mając ten jej uśmiech mam wszystko co mieć mogę, bo o ile góry są niezaspokojonym pragnieniem, o tyle droga jest dążeniem i poszukiwaniem. Symbolem losu.

Póki szedłem odkrytym zboczem północnym, w każdej chwili wiedziałem gdzie jestem, później już nie zawsze, ale istotną częścią planu było nie tylko wejście na konkretny szczyt, ale i połażenie po Chrośnickich Kopach. Połaziłem, parę razy widząc a to Leśniaka na północnym wschodzie, a to Stromca po drugiej stronie pasma, natomiast Ptasią (to ona?, chyba… chyba tak) ostatecznie zidentyfikowałem dzięki drugiej mapie, na której zaznaczone były obydwa jej szczytowe wzniesienia.

Gdzieś tam leżał przy ścieżce spory odłamek białej skały. Podniosłem go, wytarłem i obejrzałem: podobał mi się. Niosłem go w ręku, później nie wiedziałem co z nim zrobić, bo im dłużej go niosłem, tym trudniej było mi wyrzucić go. W końcu włożyłem go do plecaka. Leży teraz przede mną ten dwukilowy złom Gór Kaczawskich i dopomina się o towarzystwo sławnych agatów kaczawskich; pewnie doczeka się.

Podobało mi się to wędrowanie bez ciągłego wypatrywania jakże sztucznych znaków szlaku malowanych na drzewach. Szedłem tam, gdzie chciałem, gdzie podobało mi się, albo gdzie spodziewałem się znaleźć szukany szczyt lub zgubioną gdzieś dróżkę. Nie zawsze to spodziewanie było owocne, ale i przedzieranie się nie wiadomo gdzie ścieżką wydeptaną przez zwierzęta też miało urok. Było wędrowaniem. Włóczęgą. Spodobało mi się i będę je powtarzać. Czasami dokucza mi brak możliwości wielodniowych wędrówek, bo wtedy mógłbym iść gdzie tylko oczy zechciałyby iść. Poszedłbym za horyzont sprawdzić chociaż raz w życiu co on ukrywa przede mną, a gdybym dotknął jego tajemnic, odwróciłbym się i poszedł ku drugiemu horyzontowi, bo poszukiwanie jest drogą.

Minęło już południe, gdy zszedłem do wioski i usiadłszy na brzegu mostku, nad maleńkim początkiem rzeki, zająłem się mapą i kanapkami. Podobała mi się odmienność oglądu: drzewa wokół, zbocza gór i rzadko przejeżdżające tuż przy mnie samochody, to wszystko widziałem z niewielkiej wysokości siedzącego na brzegu drogi wędrowca z wybłoconymi buciorami; tylko metaliczny cylinder termosu nie pasował, powinienem mieć raczej osmolony garnek zawieszony nad ogniskiem.

Gdzieś tutaj niedaleko, po drugiej stronie szosy i doliny, na zboczu góry, w zagajniku, miały być wychodnie skałki. Wypatrzyłem na mapie jeden mały znaczek skał w małym lasku na zboczu małej góry i zapragnąłem znaleźć go. Tam, gdzie strumyk przecina szosę, miała być polna droga, wyżej biegnąca w pobliżu lasku. Pierwsza taka droga rozpłynęła mi się, nawet nie zauważyłem gdzie i kiedy, zawróciłem więc, chociaż otwarta przestrzeń łąki zapraszała mnie; druga droga była przy strumyku szerokości mojej dłoni. Czy to ten zaznaczony na mapie? Poszedłem nie wiedząc, co w tej mojej chęci było ważniejsze: droga czy cel. Wyżej znalazłem całe skupisko strumyków wypływających ze stoku zbocza, skakałem po chwiejnych kępach traw wyrastających ponad wodę i błoto, ale ogólny widok zgadzał się z mapą. Szedłem dużą łąką ku zagajnikowi, podziwiając widoki otwierające się w miarę zdobywania wysokości: za mną rosły Kopy, a po lewej stały dalekie Karkonosze rysowane wyraźną i ostro linią. Skały znalazłem, nazywając je Zabiedzonymi Skałami, bo były czarne, postrzępione, omszałe, zagubione między drzewami i zapewne zapomniane przez wszystkich.

Zagubione i nieodwiedzane… Chyba właśnie dlatego chciałem je znaleźć.

Wyszedłem na brzeg łąki i rozejrzałem się: droga biegnąca brzegiem lasu i pól kusiła, ale przecież chciałem jeszcze przejść brzegiem Jeziora Pilchowickiego od zapory do elektrowni Wrzeszczyńskiej, więc pojechałem tam. Samochód zostawiłem na parkingu tuż przy zaporze, przeszedłem jej zwieńczeniem na drugą stronę i poszedłem niebieskim szlakiem prowadzącym malowniczymi wzgórzami wzdłuż lewego brzegu jeziora, później rzeki Bóbr. Ktoś kiedyś uznał tę rzekę jako granicę między Górami Kaczawskimi a Izerskimi, więc idąc lewym brzegiem, szedłem Górami Izerskimi. Przed skałami zwanymi Kapitańskim Mostkiem szlak zgubiłem, jakżeby inaczej, szedłem jakąś ścieżką widząc po prawej coraz wyższe i bardziej dzikie skały, a na lewo, po drugiej stronie rzeki, niemal pionowe ściany Wysokich Skał. Jedne i drugie skały warte są zmierzenia się z nimi; ciekawe, dlaczego nie widuje się tutaj górołazów obwieszonych linami?..

Na koniec ścieżka znikła przy skale wchodzącej aż do wody, zegar pokazywał godzinę wyznaczającą kres mojego dzisiejszego wędrowania, więc zawróciłem. Musiałem wracać wyliczywszy powrót na godzinę 21, a nazajutrz miałem znowu wstawać nocą, ponieważ o godzinie czwartej zaczynałem pracę. W drodze powrotnej znalazłem przegapiony zakręt szlaku wiodącego pod górę, na szczyt Mostku; już obiecałem sobie wejść na niego idąc od strony Jeziora Wrzeszczyńskiego. Kiedy to będzie?…

Niebo wypogodziło się, słońce zniżając się nabierało barw wydobywanego gdzieś tutaj kruszcu. Wracałem tą samą drogą, przez Janówek, Rząśnik, Sokołowiec ku Sędziszowej i dalej w kierunku Złotoryi. Właśnie na tej drodze zobaczyłem Ostrzycę jeszcze raz, tym razem z czarnymi stokami przystrojonymi pozłotą zachodzącego słońca. Na którymś ze skrzyżowań dróg zatrzymałem się, chciałem skręcać ku niej, ale rozsądek wbrew mnie policzył mi czas do zachodu słońca i czas potrzebny do wejścia na szczyt góry. Pojechałem dalej czując się tak, jakbym kogoś zdradzał.

Krótko później pokazała mi się Wielisławka, zapomniana dzisiaj i w chwili ukazania nierozpoznana. Bliska i ciepła pod słońcem, czyniąca wrażenie stromizną swoich zboczy, z tą szramą organów rozcinających jej podnóże, oblana płynnym złotem zachodu, była po prostu piękna. Wysiadłem z samochodu i patrzyłem na nią. Później robiłem jej zdjęcia aż do zapełnienia karty pamięci i znowu patrzyłem.

Była piękna. Wrócę do niej.

Avatar użytkownika
Krzysztof Krajtroter 7153 kilometrów

Komentarze

Avatar użytkownika
Barsolis Karol Turysta Kulturowy Krajtroter 122711 kilometrów
2012-06-02 09:18:22

Witam Krzysztofa. 

Fajna i ciekawa ta twoja wyprawka po gorach Kaczawskich (5) 

Jezdze czasami tymi drogami kolo Zlotoryji ,

Troche zaniedbane tam strony, waskie i dziurawe drogi .

 

Pozdrawiam Karol Barsolis

Avatar użytkownika
Krzysztof Krajtroter 7153 kilometrów
2012-04-11 20:49:36

Mokunko, Toju, Adasiu, Pawle, Stasiu, dziękuję wam wszystkim za obecność i za słowa pocieszenia:)

W mojej pracy dni szybko mijają, więc październik, miesiąc mojego powrotu na trasy, nadejdzie piorunem, ale właściwie niech nie śpieszy się zbytnio, bo przecież teraz zaczyna się piękniejsza połowa roku. Dzisiaj widziałem kwitnące wiśnie i magnolie, brzozy płaczące i modrzewie stoją otulone w zieloniutką mgiełkę swoich maleńkich listków i igiełek. Jest pięknie. I niech tak będzie jak najdłużej.

Gość
2012-04-11 20:24:59

Krzysiu, jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. To tylko 6 miesięcy, choć przyznam, Twoich relacji będzie mi przez ten czas brakowało.

A co się tyczy tej relacji - krótko: jestem zachwycony. Pozdrawiam serdecznie i czekam, a nuż uda Ci się coś wykroić dla wędrówek w tym czasie...

Ostatnio edytowany: 2012-04-11 20:25

Avatar użytkownika
Paweł Gąsiorek Krajtroter 10652 kilometrów
2012-04-11 11:29:02

Więcej optymizmu Krzysiu !!! My wszyscy będziemy z niecierpliwością czekać na twoje  literackie opisy !!! Pół roku zleci szybko!

Avatar użytkownika
Adam Prończuk Krajtroter 16443 kilometrów
2012-04-10 21:49:27

Krzyś co tak dużo  smutku  w relacji? Pół roku przeleci i wrócisz na zielone jeszcze szlaki. I mnie woła wędrowanie po horyzont, bez szlaku i zegarka. Jescze mnie SDM nakręca z płyty.

Chwała temu co bez gniewu idzie 

Poprzez śniegi, deszcze, blaski oraz cienie 

W piersi pod koszulą - całe jego mienie  (E, Stachura) 

Wracaj szczęśliwie. 

 

Avatar użytkownika
toja1358 Krajtroter 10687 kilometrów
2012-04-10 21:23:27

Pięknie!

Avatar użytkownika
mokunka Krajtroter 220037 kilometrów
2012-04-10 20:33:52

Krzysiu jakie piękne widoki na zdjeciach, super obfociłes wszystko wokół. Opowieść -jak zawsze -aż miło przeczytać. pozdrawiam łazika :)))

Newsletter Wypisz się z newslettera
Znajdziesz nas na:
PolskieSzlaki.pl - polskie atrakcje - popularny portal turystyczny tworzony od 15 lat przez aktywną rodzinkę złożoną z mamy, taty i trzech córek. Sercem Polskich Szlaków jest blog z ciekawymi wpisami i fotorelacjami z wypraw oraz opisy atrakcji turystycznych w Polsce z pięknymi zdjęciami. Na przyjaznym Forum mamy 48 tys. postów. W sezonie notujemy 50 tys. Użytkowników na dzień, poza sezonem około 10 tys. Na profilu facebookowym mamy blisko 25 000 polubień, a na Instagramie ponad 2 300 Obserwujących.
Dreptamy.pl - wszystkie nasze wycieczki po Polsce
Copyright 2005-2020