Sprawdź nasz projekt Jurajskie Szlaki Jesienne
22.09.2001, godz. 17.00, Kraków - Prądnik Czerwony, START, Kuba Terakowski

Dookoła Krakowa

2008-08-21
2008-08-21 13:01:05
Avatar użytkownika
Kuba Terakowski Krajtroter 4421 kilometrów
Na piechotę dookoła Krakowa, wzdłuż granic administracyjnych miasta.
DREPTAK' 2001 CZYLI MÓJ DZIEŃ BEZ SAMOCHODU

Byłem na wszystkich siedmiu kontynentach. Przeszedłem Polskę ze Szczecina do Krakowa. Wciąż jednak czułem, że zbyt słabo znam okolice własnego domu. Wytyczyłem więc na mapie trasę, wiodącą wokół Krakowa - mniej więcej wzdłuż administracyjnych granic miasta. Okazało się, że szlak, który wyznaczyłem ma 102 kilometry. Aliści postanowiłem dystans ten pokonać w czasie jednej wycieczki. Wybrałem "Dzień Bez Samochodu".

Marsz rozpocząłem 22.09.2001 o godz. 17.00, na Prądniku Czerwonym. Następnego dnia, o 16.50 byłem tam z powrotem. W 23 godziny i 50 minut przeszedłem 102 kilometry, okrążając dokładnie cały Kraków. Teraz wydaje mi się, że już trochę lepiej znam okolice domu.

KRONIKA PRZYPADKÓW

22.09.2001, godz. 14.00
Wycofuje się ostatnia z trzech osób, które deklarowały udział w "dreptaku". Pada deszcz. Chyba zrezygnuję.

22.09.2001, godz. 15.00
Radio przypomina mi, że to właśnie dzisiaj jest "Dzień bez Samochodu". To rozstrzyga dylemat. Jednak pójdę. Pakuję plecak: komplet przeciwdeszczowy, plan Krakowa, telefon, kanapki, słodycze i termos z herbatą. Pokazuje się słońce.

22.09.2001, godz. 16.00
Wychodzę z domu. Na Prądnik Czerwony pojadę autobusem linii 105. Następne kilometry postaram się pokonać pieszo.

22.09.2001, godz. 17.00, Kraków - Prądnik Czerwony, START
Wyruszam z pętli autobusowej na Prądniku Czerwonym. Znowu pada deszcz. Grzmi. Nadciąga burza. Waham się. W taką pogodę, nieprzyjemne jest przejście dwóch kilometrów, a mnie czekają sto dwa. Postanawiam dojść do skrzyżowania z ul. Kocmyrzowską (dziewiąty kilometr) i tam - zależnie od pogody - zdecydować o kontynuacji "dreptaku" lub zrezygnować i skręcić na pętlę tramwajową na Wzgórzach Krzesławickich.

22.09.2001, godz. 18.00, Batowice, 5 km
Pierwszy odpoczynek - przystanek linii 250. Krótkie przerwy w marszu postanowiłem robić mniej więcej co godzinę. Mam też zamiar zatrzymywać się dokładnie co 30 minut od startu i fotografować to, co akurat zobaczę przed sobą, za sobą lub obok. Zdjęcia te zatem, zamiast przedstawiać miejsca szczególnie efektowne, będą specyficznymi "kamieniami milowymi" na mojej drodze. Autobus, którym mógłbym wrócić do centrum przyjeżdża akurat gdy ruszam dalej. Nie ulegam pokusie - idę w przeciwnym kierunku. Przestało padać. Pojawiła się tęcza.

22.09.2001, godz. 19.00, Prusy, 9.5 km
Kolejny odpoczynek na przystanku MPK. Tym razem linii 202 oraz 212. Łatwo unikam pokus bo najbliższy autobus w kierunku miasta odjeżdża dopiero za pół godziny. Przed chwilą minąłem skrzyżowanie z ul. Kocmyrzowską lecz idę dalej, zamiast skręcić na pętlę tramwajową. Zapada zmrok. Na ten weekend przypada jesienne zrównanie dnia z nocą. Zatem sprawiedliwie, połowę drogi pokonam po ciemku, a połowę za dnia. Nadal nie pada.

22.09.2001, godz. 20.00, Krzysztoforzyce, 14 km
Przystanek linii 117. Odpoczywam dłużej niż poprzednio. Telefonuję do domu. Ruszam dalej, bo coraz większy tłum na przystanku wróży rychły przyjazd autobusu. Nie pada lecz horyzont rozświetlają błyski piorunów. Poza tym jest już całkiem ciemno. W remizie za zakrętem trwa wesele. Wszak dzisiaj sobota. Nawet nie przypuszczałem, że tak dobrze maszeruje się w rytm disco - polo. Może powinienem był zabrać ze sobą walkmen'a?

22.09.2001, godz. 21.00, Kraków - Górka Kościelnicka, 19.5 km
Krótka przerwa w marszu wypada na przystanku przy Szkole Podstawowej nr 141. Budynek jest rzęsiście iluminowany i obwieszony flagami. Jutro wybory, a właśnie w tej szkole znajduje się lokalna Komisja Wyborcza. Odprowadzam wzrokiem autobus jadący w kierunku miasta i ruszam w dalszą drogę. Znowu leje. Aż trudno uwierzyć, że za mną dopiero jedna piąta drogi.

22.09.2001, godz. 22.00, Kraków - Wolica, 24.5 km
Przystanek linii 161 okupuje kilku nastolatków. Nie bez wahania siadam obok nich. Po kilku minutach młodzieńcy odchodzą. Chwilę później z przejeżdżającej furgonetki wychyla się kierowca. Myślę, że pewnie zaproponuje mi podwiezienie lecz on tylko pyta o drogę. I jest bardzo zdziwiony, gdy - aby odpowiedzieć na pytanie - muszę popatrzeć na mapę. Przez ostatnią godzinę deszcz padał bez przerwy. Już trochę przemokłem.

22.09.2001, godz. 23.00, Niepołomice - Pasternik I, 28 km
Tym razem, dla odmiany zatrzymuję się na przystanku mikrobusów. Wiata z blachy falistej jest odporna na zniszczenia, a przy tym na jej ścianach, każdy może wyrazić to, co mu najgłębiej gra w duszy. Przerwę w marszu urozmaica mi zatem lektura. Odpoczywam tu dłużej. Telefonuję do domu. Zaczepia mnie dwóch młodych ludzi. Pytają dokąd idę. Bez zbytniego wdawania się w szczegóły lecz zgodnie z prawdą odpowiadam, że do Krakowa. Życzliwie informują mnie, iż to nie tędy. I są bardzo zdziwieni, gdy mówię im, że wiem o tym. Ruszam w dalszą drogę. Właśnie przestało padać.

23.09.2001, godz. 0.00, granica gmin Niepołomice i Wieliczka, 33 km
Opóźniam odpoczynek, bo z przecznicy, chwiejnym krokiem nadciąga grupa autochtonów, głośno i agresywnie manifestując swoją niechęć do jednej z drugoligowych drużyn piłkarskich. Trochę obawiam się pytania o moje preferencje. Marny mój los jeżeli - zgodnie z prawdą - odpowiem, że w ogóle nie interesuje mnie piłka nożna. I jeszcze marniejszy gdy - blefując - nie trafię w upodobania pytających. A ich bełkot jest tak niewyraźny, że w żaden sposób nie mogę zorientować się komu kibicują. Za mną siedem godzin marszu i jedna trzecia drogi.

23.09.2001, godz. 1.00, Brzegi, 38.5 km
Znowu pada. Zatrzymuję się na pętli autobusu linii 205. Zanim usiądę, muszę do sucha wytrzeć ławkę. Wprawdzie jest pod dachem, ale wybite zostały wszystkie szyby osłaniające przystanek. Ławka jest więc tak mokra, jak gdyby stała na zewnątrz. Stanowczo lepsze są pancerne przystanki. Za chwilę skończy się astronomiczne lato. Gdy za godzinę zatrzymam się ponownie - będzie już jesień.

23.09.2001, godz. 2.00, Śledziejowice, 42 km
Zatem wszedłem w jesień. Wyruszyłem w drogę latem, a wrócę jesienią. O ile oczywiście w ogóle dotrę do celu. Nogi zaczynają mnie trochę boleć, a nie przeszedłem jeszcze nawet połowy drogi. Zatrzymuję się na dłużej. Telefonuję do domu. Góry śmieci, które mijam po drodze, przypominają mi, że ten weekend mija pod hasłem "Wielkie Sprzątanie Świata". Chyba jednak nie tego świata. Przestało padać.

23.09.2001, godz. 3.00, Wieliczka, 46.5 km
Pobiłem już mój dotychczasowy rekord dziennego przejścia. 45 kilometrów to wszystko, co do tej pory doświadczyłem na własnych nogach, podczas jednej wycieczki. Pierwszy raz w życiu przyszedłem do Wieliczki na piechotę. Taksówkarze podejrzliwie przyglądają się turyście, który w środku nocy fotografuje zamek i znika w mroku.

23.09.2001, godz. 4.00, Sygneczów, 51 km
Wciąż jest ciemno ale w niektórych domach zapalają się światła. Może ich mieszkańcy - pomimo niedzieli - wstają do pracy? Latarkę używam niemal wyłącznie do sygnalizowania swojej obecności nadjeżdżającym samochodom. Nie potrzebuję jej natomiast do orientacji w terenie. Jest wystarczająco jasno nawet tam, gdzie nie ma ulicznych latarni. Niemal nieustannie towarzyszy mi poświata Krakowa. Minąłem połowę drogi. Idę od jedenastu godzin.

23.09.2001, godz. 5.00, Kraków - Swoszowice, 55 km
Przed chwilą zobaczyłem pierwszy autobus. Ucieszyłem się, bo to znak, że od tej pory, będzie mi łatwiej wrócić do domu, gdy już nie będę w stanie iść dalej. Specjalnie ruszyłem w drogę wieczorem, aby w dobrej formie "wejść" w noc, a nazajutrz ułatwić sobie ewentualne wycofanie z trasy. A nogi bolą mnie coraz bardziej. Pół godziny temu odpoczywałem na ławeczce przed kaplicą w Golkowicach. Niosę stamtąd zapach wilgotnych chryzantem.

23.09.2001, godz. 6.00, Lusina, 57 km
Przystanek w Lusinie jest kompletnie zdewastowany. Brakuje większości szyb. Ławka jest zalana wodą i zasypana odłamkami szkła. Dookoła poniewierają się śmieci. Wiatr szarpie strzępami plakatów wyborczych. Na próżno staram się sprawdzić rozkład jazdy. Został zasmarowany przekleństwami. Tak oto Lusina wchodzi do Europy... Spędzam całe pół godziny na tym przystanku. To najdłuższa przerwa na mojej dotychczasowej trasie. Przyszedłem tu bez większego problemu. Gdy jednak próbuję ruszyć dalej, okazuję się, że nie mogę wstać! Nie mogę iść! Cóż, pójdę zatem pomimo niemocy. Powoli świta. Jednak brzask wcale mnie nie uskrzydla.

23.09.2001, godz. 7.00, Libertów, 62 km
Przed pół godziną przekroczyłem Zakopiankę. Chwilę później wzeszło słońce. Jest pięknie ale ból w nogach staje się trudny do zniesienia. Walczę z kryzysem. Na każdym mijanym przystanku postanawiam zrezygnować z dalszego marszu. I idę dalej - do następnego przystanku. Akurat na jednym z nich zmieniam film w aparacie, gdy przyjeżdża autobus do Krakowa. Trudno, za godzinę będzie kolejny kurs. A przez ten czas może uda mi się przejść kilka dalszych kilometrów?

23.09.2001, godz. 8.00, Skawina, 65,5 km
Świeci słońce. Pomimo wczesnej, niedzielnej pory ruch na ulicach jest dość duży. Mieszkańcy Skawiny idą do kościoła. A kilku już siedzi w piwiarni. Mijam staruszkę, która na mój widok mocniej przyciska torebkę do piersi. Czyżbym wyglądał aż tak podejrzanie? Cóż, nawet gdybym miał zwyczaj wyrywania siatek starszym paniom, to dzisiaj nie miałbym szans w konfrontacji z najsłabszą z nich. Na wszelki więc wypadek mocniej przytrzymuję plecak. Przechodząc obok dworca kolejowego zastanawiam się, o której godzinie odjeżdża najbliższy pociąg do Krakowa. I dochodzę do wniosku, że wcale nie interesuje mnie najbliższy lecz... jakikolwiek.

23.09.2001, godz. 9.00, Kraków - Tyniec, 71 km
Z pewnym zdziwieniem stwierdzam, że nadal idę. Co więcej, jestem z powrotem w obrębie administracyjnych granic Krakowa. Straciłem rachubę i nie wiem, który to już raz na przemian wchodzę do miasta i wychodzę. Niebo zasnuło się cienką warstwą chmur. Krajobraz wokół mnie jest iście jesienny.

23.09.2001, godz. 10.00, Kraków - Tyniec, 74 km
Kupuję słodycze w przydrożnym kiosku, dobrze pamiętającym czasy wczesnego Gierka. A bar w przyczepie kempingowej pozwala mi uzupełnić zapas herbaty w termosie. Przed chwilą minąłem Opactwo Benedyktynów. Dawniej, stąd na drugi brzeg Wisły można było przeprawić się promem. Teraz, aby przekroczyć rzekę, muszę pójść wzdłuż brzegu do stopnia wodnego Kościuszko. Brnę zatem w błocie i zaglądam wędkarzom do wiaderek. Mam nadzieję, że nie będą jeść tych ryb. Wyglądają na trujące. Za mną trzy czwarte drogi. Myślę - zostało mi tylko 25 kilometrów i natychmiast uświadamiam sobie, jak zabawna jest ta refleksja. Przecież dwudziestopięciokilometrowa wycieczka wcale nie należy do najkrótszych. A ja mam "w nogach" już trzy razy tyle. I idę od siedemnastu godzin. Cóż, idę dalej.

23.09.2001, godz. 11.00 , Kryspinów, 78.5 km
Mijam zalew w Kryspinowie. Pomimo niedzieli świeci pustkami bo jest dość chłodno i pochmurno. W pogodne dni bywa tu naprawdę tłoczno. Zauważyłem, że od kilku godzin idę zupełnie innym rytmem niż zazwyczaj. Zarówno po mieście, jak i w górach zwykłem chodzić długimi krokami. Teraz mój krok jest wyraźnie krótszy. Może w ten sposób odruchowo unikam nadmiernego zginania kolan? Stawy bolą mnie już naprawdę bardzo mocno.

23.09.2001, godz. 12.00, Podkamycze, 83 km
Z trudem "przebiłem" się przez giełdę samochodową w Balicach. Pobocze drogi, którą szedłem, na długości kilku kilometrów pełni równocześnie funkcję parkingu i placu targowego. Poprzez tłum ludzi powoli przesuwa się sznur samochodów. Spaliny dosłownie obezwładniają. Przynajmniej nie mogę myśleć o bólu w nogach.

23.09.2001, godz. 13.00, Rząska, 87 km
Za mną najnieprzyjemniejszy odcinek dotychczasowej trasy. Kilka kilometrów wąską i bardzo ruchliwą drogą przez Podkamycze i Rząskę - w stronę nadjeżdżających z przeciwka samochodów, bez pobocza, na sztywnych, obolałych nogach. Zgroza! Odezwały się wszystkie moje stare kontuzje. I te himalajskie, i te tatrzańskie. Pojawiły się też nowe dolegliwości. Bolą mnie całe stopy, wszystkie mięśnie i stawy. Idę dalej już tylko siłą woli.

23.09.2001, godz. 14.00, Kraków - Bronowice Wielkie, 91 km
Właśnie minąłem najbliższy Rynku Głównego punkt na mojej trasie. Okoliczności zmusiły mnie tu do skręcenia w głąb miasta. Oto bowiem ulica Margaretek, którą prowadzić miał szlak "dreptaku", tylko na planie Krakowa wygląda zwyczajnie i niewinnie. W rzeczywistości, przechodniów wita tu tablica z napisem "TEREN WOJSKOWY, WSTĘP WZBRONIONY, WEJŚCIE GROZI ŚMIERCIĄ". A na resztki asfaltu spadają szczątki rzutek z pobliskiej strzelnicy. Poligonu tego nie sposób ominąć "po zewnętrznej", bo w ogóle nie istnieje ulica zaznaczona tam na planie miasta.

23.09.2001, godz. 15.00, Zielonki, 96 km
Dzwonię do domu z automatu. Telefon komórkowy rozładował się przed około dwudziestoma kilometrami. Mea culpa - powinienem był naładować go przed samym wyjściem. Przede mną już tylko sześć kilometrów. Mimo to, rozmawiając z domownikami, wcale nie obiecuję, że uda mi się dojść do mety. Czuję, że to będzie sześć naprawdę długich kilometrów...

23.09.2001, godz. 16.00, Kraków - Witkowice, 99.5 km
Właśnie odpoczywam na przystanku, gdy nadjeżdża autobus, którym mógłbym pojechać do centrum. Nie ulegam pokusie, chociaż idę już resztkami sił. I nie są to bynajmniej ostatki sił ciała - lecz woli. Bo moje mięśnie dawno odmówiły posłuszeństwa. Pokonałem już prawie 100 kilometrów. To ewidentny tryumf ducha nad materią. Zdjęcia, które na początku wyznaczały rytm marszu, teraz dosłownie pomagają mi "przetrwać".

23.09.2001, godz. 17.00, Kraków - Prądnik Czerwony, META
Jestem z powrotem w autobusie linii 105. Nawet udało mi się przyspieszyć kroku, aby mi nie uciekł! Tuż po czwartej minąłem setny kilometr trasy, a przed niecałym kwadransem doszedłem do mety. W 24 godziny pokonałem 102 kilometry, okrążając pieszo cały Kraków. Trochę trudno mi w to uwierzyć. Jestem okropnie zmęczony i bardzo szczęśliwy. Na szybach autobusu widzę pierwsze krople deszczu.

Wszystkie prezentowane zdjęcia, wykonałem "w rytm marszu" - czyli zatrzymując się dokładnie co godzinę od startu, i fotografując to, co akurat widziałem. Zdjęcia te zatem nie przedstawiają miejsc szczególnie efektownych lecz są specyficznymi "kamieniami milowymi" na mojej drodze. Zrezygnowałem jedynie z pokazania najbardziej nieudanych fotografii nocych. Wszystkie pliki są skanami odbitek, stąd ich słaba jakość.

KUBA TERAKOWSKI

P.S. W dniach 5/6.07.2008 odbył się Drugi Dreptak, którego trasa prowadziła dokładnie tak samo. Całą drogę przeszli: Witold Bator, Jerzy Chanyszkiewicz, Michał Matuszewski, Krzysztof Paja, Anna Pyrz, Sebastian Wach, Jarosław Synajewski oraz ja. Fotoreportaż z Drugiego Dreptaku można zobaczyć pod adresem: http://picasaweb.google.com/terakowski/Drugi_Dreptak
22.09.2001, godz. 18.00, Batowice, 5 km 22.09.2001, godz. 19.00, Prusy, 9.5 km 22.09.2001, godz. 20.00, Krzysztoforzyce, 14 km 22.09.2001, godz. 22.00, Kraków - Wolica, 24.5 km 23.09.2001, godz. 0.00, granica gmin Niepołomice i Wieliczka, 33 km 23.09.2001, godz. 13.00, Rząska, 87 km 23.09.2001, godz. 2.00, Śledziejowice, 42 km 23.09.2001, godz. 14.00, Kraków - Bronowice Wielkie, ul. Ojcowska, 91 km 23.09.2001, godz. 10.00, Kraków - Tyniec, 74 km 23.09.2001, godz. 15.00, Zielonki, 96 km 23.09.2001, godz. 9.00, Kraków - Tyniec, ul. Bogucianka, 71 km 23.09.2001, godz. 16.00, Kraków - Witkowice, ul. Witkowicka 99.5 km 23.09.2001, godz. 8.00, Skawina - ul. Korabnicka, 65,5 km 23.09.2001, godz. 16.50, Kraków - Prądnik Czerwony, 102 km - META 23.09.2001, godz. 7.00, Libertów, 62 km 23.09.2001, godz. 1.00, Brzegi, 38.5 km 23.09.2001, godz. 6.00, Lusina, 57 km 23.09.2001, godz. 12.00, Podkamycze - widok na Rudawę, 83 km 23.09.2001, godz. 5.00, Kraków - Swoszowice, ul. Krzyżańskiego, 55 km 23.09.2001, godz.11.00 , Kryspinów, 78.5 km 23.09.2001, godz. 4.00, Sygneczów, 51 km 22.09.2001, godz. 23.00, Niepołomice - Pasternik I, 28 km Dookoła Krakowa Czerwona, najgrubsza linia na mapie, oznacza administracyjne granice Krakowa. Czarna linia - to trasa mojego Dreptaku.
Avatar użytkownika
Kuba Terakowski Krajtroter 4421 kilometrów

Ostatnie wycieczki użytkownika

Pokaż więcej

Komentarze

Avatar użytkownika
Adam Prończuk Krajtroter 16443 kilometrów
2011-01-31 13:18:06
100 km w 24 godziny - niezła wyrypka! Ciekawy pomysł na marsz wokół granic Krakowa - zdjęcia super real. Swego czasu przeszedłem z Krakowa do Częstochowy szlakiem Orlich G - 5 dni. Pół roku temu zrobiłem 42,5 km (Czechowice- Węgierska Górka, blisko 9 h w deszczu i burzy) i mocno odczułem trudy (podbicie i łydki) - może zrobiłbym wtedy 60 km, 70 ,ale setka chyba poza zasięgiem. Mam plan na 100 górami, ale nie wiem czy dam radę i jak sie przygotować. Latem jest organizowana impreza - Beskidzka wyrypa - pewnie będzie czwarta edycja - wchodzę, najwyżej odpuszczę na trasie. Pozdrawiam. Adam
Newsletter Wypisz się z newslettera
Znajdziesz nas na:
PolskieSzlaki.pl - polskie atrakcje - popularny portal turystyczny tworzony od 15 lat przez aktywną rodzinkę złożoną z mamy, taty i trzech córek. Sercem Polskich Szlaków jest blog z ciekawymi wpisami i fotorelacjami z wypraw oraz opisy atrakcji turystycznych w Polsce z pięknymi zdjęciami. Na przyjaznym Forum mamy 48 tys. postów. W sezonie notujemy 50 tys. Użytkowników na dzień, poza sezonem około 10 tys. Na profilu facebookowym mamy blisko 25 000 polubień, a na Instagramie ponad 2 300 Obserwujących.
Dreptamy.pl - wszystkie nasze wycieczki po Polsce
Copyright 2005-2020