, Kuba Terakowski

Piechotą z Gdańska na Rysy

2008-08-20 - 2008-09-11
2008-08-20 14:58:42
Avatar użytkownika
Kuba Terakowski 4421 kilometrów
Relacja i fotoreportaż z przejścia Polski od zera na 2499 m n.p.m.



Z GDAŃSKA NA RYSY - PIECHOTĄ: 28.07.2006 - 19.08.2006
Tekst i zdjęcia: Kuba Terakowski

28.07.2006, Gdańsk - Trzcińsk, 40 km
Wysiadam z pociągu w Sopocie i idę nad Bałtyk. Potem jadę do Gdańska. Tam, o godz. 7.30 melduję się w biurze XXIV Gdańskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę. Ruszamy chwilę po 8.00. Pierwszy dłuższy postój to przerwa obiadowa w Trąbkach Wielkich. Mieszkańcy witają nas serdecznie i karmią obficie.
Z podziwem patrzę na naszych porządkowych - my tylko idziemy, oni cały czas ciężko pracują, dbając o wahadłowy ruch samochodów wyprzedzających i mijających pielgrzymkę. W pewnym momencie jeden z kierowców ignoruje polecenie zatrzymania i Agnieszka omal nie ginie pod kołami samochodu - uskakuje w ostatniej chwili, incydent wygląda dramatycznie. Mam szczególny uraz, bo podczas pielgrzymki, w której uczestniczyła moja Mama, zginął jeden z porządkowych.
Chwilę później - dla równowagi - dwa miłe epizody, najpierw ksiądz Sebastian rozpoznaje we mnie strażnika z Tatrzańskiego Parku Narodowego. To wprost niewiarygodna pamięć wzrokowa. Potem, gdy rozmawiam z bratem Krzysztofem (wszyscy uczestnicy pielgrzymki zwracają się do siebie per "siostro", "bracie") okazuje się, że podobnie jak ja, ma wyjątkowy sentyment do Mierzei Wiślanej, a kilka dni temu przeszedł mój ulubiony odcinek z Mikoszewa do Piasków. Krzysztof doskonale zna Mierzeję, opowiada o ukrytych w lesie ruinach starej latarni morskiej, a ja akurat mam przygotować tekst o latarniach dla "Bałtyckich Podróży". Niezwykły zbieg okoliczności.
Do Trzcińska przychodzimy tuż przed godz. 20.00.

29.07.2006, Trzcińsk - Skórcz, 30 km
W jednej z grup zauważyłem starszą panią używającą kijków do nordic - walking'u. Są profesjonalne - lekkie, nieskładane, dobrane do wzrostu, z nasadkami na asfalt. Moje kije trekkingowe na razie "wiozą się" w plecaku, lecz nie będę czuł się osamotniony, jeżeli zdecyduję się ich używać.
Następny pyszny i obfity obiad przygotowali dla nas mieszkańcy Jabłowa. Zastanawiam się ile kilogramów przybędzie mi podczas pielgrzymki...
Dopiero idąc asfaltem zauważam jak dużo jest przy drogach krzyży, znaczących miejsca wypadków. Cóż, trudno się dziwić bo śmierć pod kołami zbiera obfitsze żniwo niż wszystkie "ptasie grypy" razem wzięte, lecz zazwyczaj nie zdajemy sobie z tego sprawy.
Przed wyjazdem zaopatrzyłem się w talk wysuszający do stóp. Do stóp go nie potrzebuję, ale... nie napiszę głośno do czego użyłem go dzisiaj...

30.07.2006, Skórcz - Osie, 29 km
Piękny odcinek przez Bory Tucholskie. Pogoda jest wprost wymarzona - sporo słońca, trochę chmur, nieco wiatru, zero deszczu, w miarę chłodno.
Wyciągam kijki bo ten etap - bodaj jako jedyny - jest "terenowy", najpierw bocznymi dróżkami, potem leśnym duktem. Idzie się świetnie.
Zawsze uważałem, że w marszu łatwiej jest zwolnić niż przyspieszyć. Teraz jednak czuję się już nieco zmęczony wolnym tempem. Mam wrażenie, że od trzech dni idę "na sprzęgle".
Staram się uważnie słuchać konferencji, lecz słabo do mnie przemawiają, niewiele z nich rozumiem. Pocieszają mnie trochę komentarze pozostałych pielgrzymów, którzy też czują się nieco bezradni w obliczu monologów księdza przewodnika.

31.07.2006, Osie - Gruczno, 33 km
Tuż po starcie "stuka" nam pierwsza setka.
Na etykietce "Kubusia" zauważyłem adnotację, że 100 ml soku zaspokaja 50% zalecanego dziennego spożycia witaminy C. Butelka zawiera 330 ml, czyli jednym "Kubusiem" przekraczam dzienną dawkę o połową. Brrr! Zjeść też nie można spokojnie - na moim ulubionym "Prince Polo XXL" zauważyłem właśnie informację, że opakowanie zawiera podwójną sugerowaną porcję.
Dziś krótką konferencję poprowadził ksiądz Sebastian. Niewiele słów, dużo treści - "czyń tak, jak gdyby wszystko zależało od Ciebie, módl się tak, jak gdyby wszystko zależało od Boga". To mi się podoba.
Dzisiaj pielgrzymi nadzwyczajnie zaimponowali mi swoją dyscypliną - pod sam koniec przerwy obiadowej zaczęło bardzo intensywnie padać, a mimo to wszyscy szybko, sprawie i bez protestów zebrali się do wyjścia, na sygnał prowadzącego.
Rozmawiam z bratem Andrzejem, który już ponad 30 razy pielgrzymował do Częstochowy. Wyliczamy, że przeszedł w sumie około 15.000 km.
Mieszkańcy mijanych miejscowości karmią nas tak obficie, że chwilami nie mogę się ruszać. Aż czuję się niezręcznie korzystając z ich dobroci. Usprawiedliwiam się tym, że nie traktuję pielgrzymki jako "zaplecza technicznego" dla mojej wędrówki, bo wymiar duchowy jest dla mnie równie ważny jak turystyczny. Co i tak jest niestosowne, bo aspekt religijny winien być stokroć ważniejszy od poznawczego.

1.08.2006, Gruczno - Bydgoszcz, 33 km
Nocleg w Chrystkowie obok Gruczna, u sympatycznej starszej pani. Z podziwem patrzę na ludzi, którzy pod swój dach przyjmują obcych - czyli nas, pielgrzymów. To dowód wielkiej odwagi i miłości bliźniego. Z wdzięcznością korzystam z tej gościnności, pamiętając, że pielgrzymowi nic się nie należy, a wszystko jest darem.
Za nami 1/4 drogi na Jasną Górę, za mną 1/6 wędrówki w Tatry. Idziemy powoli, odpoczywamy często, a jednak odcinek, który już pokonaliśmy zaczyna wyglądać poważnie.
Przed Trzęsaczem (nie mylić z nadmorskim) "premia górska" - wyścig dla chętnych, serpentynami na wzniesienie imponującej - jak na Pomorze - wysokości. A w Trzęsaczu nagroda dla wszystkich - posiłek (już trzeci na dzisiejszym etapie!), w tym legendarny chleb ze smalcem, o którym doświadczeni pielgrzymi opowiadali już w Gdańsku. Brzuch mi rośnie!
Księdza Sebastiana myśl na dzisiaj - "to co trudne ma dużo większą wartość niż to, co łatwe".

2.08.2006, Bydgoszcz - Krężoły, 40 km
No to mam i ja swoją odmianę pielgrzymkowego umartwienia. Nocowałem dzisiaj z lekko upośledzonym umysłowo bratem Zdzisławem. Na kwaterze okazało się, że ma on bardzo poważne kłopoty z trafieniem do muszli, załatwiając się kompletnie zalał podłogę w toalecie. Raz po nim powycierałem i upomniałem, drugi raz poprosiłem by sam po sobie posprzątał. Żenująca sytuacja. Nasza gospodyni bardzo wyrozumiale stwierdziła, że Bóg takim stworzył Zdzisława. Chwała jej za życzliwość, lecz nie można narażać przyjmujących nas pod swoje dachy na takie nieprzyjemności. Rano toaleta cuchnęła gorzej niż szalet miejski. Zgłosiłem porządkowym, że brat Zdzisław wymaga szczególnej opieki.
Podczas przejścia przez Puszczę Bydgoską obowiązuje cisza. Niesamowite wrażenie sprawia siedemdziesięcioosobowy (tyle liczy moja grupa) tłum wędrujący przez las w absolutnym milczeniu. Długo wędrujemy leśnymi dróżkami, jest pięknie, 40 km mija niepostrzeżenie.
Wydaje mi się, że fizycznie jestem lepiej niż przeciętny pielgrzym przygotowany do marszu, natomiast duchowo - znacznie słabiej. Cóż, wygląda na to, że moi bracia i moje siostry kuleją z powodu bąbli, a ja utykam duchowo.
A Mama rozpowiada wśród znajomych, że idę z Gdańska na Jasną Górę i Rysy bo... jestem uzależniony od chodzenia...
Nocujemy w stodole. Po raz pierwszy podczas pielgrzymki wyspałem się tak doskonale. Gospodarze nie tylko ofiarowali nam dach nad głową, wszyscy zostaliśmy też nakarmieni - ponad 30 obiadów oraz śniadań. A przed dwoma tygodniami identycznie przyjęta została tu pielgrzymka z Bydgoszczy. I tak od blisko ćwierć wieku, rekordowo 130 osób. Niewiarygodne!

3.08.2006, Krężoły - Kruszwica, 30 km
Inowrocław wita nas ucztą wprost niewyobrażalną, aż trudno oczom uwierzyć. Kilkanaście stołów ugina się pod ciężarem obiadów, kanapek, ciast, kompotów, kawy, herbaty i owoców. Są nawet banany i arbuzy, są jogurty i soki. Hojność mieszkańców Inowrocławia jest imponująca. Nie czuję się uczciwy, niczym nie zasłużyłem na tę dobroć.
W Kruszwicy trafiam na kwaterę z Irkiem i szesnastoletnim Rysiem, który natychmiast po wejściu do mieszkania pyta czy może włączyć komputer, należący do nieobecnego syna naszej gospodyni. Dostaje pozwolenie, lecz ja - w cztery oczy - pytam Rysia, czy nie miałby nic przeciwko temu, by obcy człowiek korzystał bez kontroli z jego komputera. Rysiu odpowiada, że jego "maszyna" jest zabezpieczona hasłem przed dostępem osób postronnych... Uzgadniamy jednak, że sprawdzenie poczty nie jest "grzechem". Rysia argumenty przekonują mnie tym łatwiej, że sam mam ochotę zajrzeć do skrzynki. I ulegam pokusie... Uznaję jednak za niedopuszczalne gdy zauważam, że Rysiu przegląda zawartość komputera. Zwracam "młodemu" uwagę, lecz bez rezultatu. Wychodząc z domu proszę go więc aby... nie szperał w moim bagażu. Chyba nie zrozumiał aluzji.
Cóż, Bóg przydzielił mi specyficznych "braci noclegowych" - Zdzisiu siusia gospodarzom po ścianach, a Rysiu buszuje w ich komputerze.
Nasz dzisiejszy dobrodziej jest alkoholikiem, niepijącym od 12 lat. Równocześnie jest jednym z najpogodniejszych ludzi jakich kiedykolwiek spotkałem. Otwarty i serdeczny, prowadzi lokalną grupę AA. Niezwykły człowiek.

4.08.2006, Kruszwica - Piotrkowice, 42 km
Pada przez cały dzień, chwilami bardzo intensywnie. Robi się zimno, wieje silny wiatr. A pielgrzymka jak gdyby nigdy nic idzie dalej, śpiewając, modląc się, rozmawiając. Imponują mi Ci ludzie, żaden "normalny" człowiek w taką pogodę dobrowolnie nie wyszedłby z domu. Jest w nich jakaś potężna wewnętrzna siła. Idą pomimo bólu, chłodu i deszczu. Dopiero popołudniu wielu z nas wyraźnie zaczyna brakować siły. Jedna z sióstr trafia do samochodu z objawami wychłodzenia - źle ubrana, przemoczona, zmęczona, jest bliska utraty przytomności.
Pielgrzymka dociera do mety dzisiejszego etapu mocno sponiewierana - zarówno deszczem, jak i ograniczeniem ilości odpoczynków. Bo gdy pada znacznie trudniej o sensowne - czyli zadaszone - miejsce dla tak dużej grupy. Ale narzekać też nie można - najpierw zostajemy przyjęci w szklarni, potem specjalnie dla nas otwarta zostaje remiza, później chronimy się na stacji benzynowej, a w końcu korzystamy z parasoli przydrożnej restauracji.
Zauważyłem, że modlitwa w specyficzny sposób pomaga w marszu. Otóż, zazwyczaj pod koniec etapu pielgrzymi odmawiają różaniec, którego monotonność wyzwala pewnego rodzaju trans, ułatwiający przetrwanie ostatnich kilometrów.
Na kwaterze Rysiu dostarcza kolejnych rozrywek, gdy jako pierwszy z naszej trójki wpada do pokoju, w którym są dwa łóżka i natychmiast wybiera sobie najwygodniejszy tapczan. Ustalamy z Irkiem, że szesnastolatek nie będzie naszym przywódcą i wysyłamy go na dostawkę.

5.08.2006, Piotrkowice - Koło, 30 km
Pierwszy raz jestem w Licheniu. Dziwnie tu - miejscami majestatycznie, miejscami tandetnie i jarmarcznie.
W Kole znowu trafiam na kwaterę nieprzyzwoicie luksusową jak na pielgrzyma. Mam własny pokój z... komputerem. Nie ulegam pokusie... W pomieszczeniu obok wolne są jeszcze dwa łóżka przeznaczone dla pątników, więc wracam pod kościół w poszukiwaniu "bezdomnych". Są! Zostają przywiezieni na kwaterę tak kosztowną "bryką", że zastanawiam się, czy gospodarze nie wyrzucą nas wszystkich do hotelu...

6.08.2006, Koło - Turek, 28 km
Leje cały dzień. Rezygnujemy z planowanych odpoczynków pod gołym niebem, lecz w jednej z mijanych wsi gospodarz pozwala nam wejść do stodoły, a w Brudzewie 50 osób zostaje zaproszonych na wyśmienity obiad do restauracji "Ambrozja".
W Turku - na mecie dzisiejszego etapu - tradycyjny "targ niewolników". Nasz kwatermistrz ma wolne, więc sami musimy postarać się o nocleg. Pod kościołem stoją chętni do wzięcia nas "w jasyr". Większość spodziewa się jednak pielgrzymów, których gościli już w latach ubiegłych, "nowi" mają trudniej. Zagaduję sympatycznego starszego pana, który mówi, że czeka na idącą równolegle pielgrzymkę z Gdyni. Bez trudu przekonuję go, że "sztuka jest sztuką" i równie dobrze może przygarnąć nas. Po godzinie pobytu na kwaterze dzwoni dzwonek do drzwi, to dwie siostry z gdyńskiej ekipy, skierowane tu przez ich kwatermistrza. Gospodarze przyjmują je także. Chwała im za gościnność i wyrozumiałość, bo nie są przygotowani na tylu gości, a mieszkanie mają ciasne.
Zawsze myślałem, że nazwa miejscowości Turek pochodzi od mieszkańca Turcji. Dopiero dzisiaj dowiedziałem się, że od tura, który - nota bene - jest w herbie miasta.

7.08.2006, Turek - Warta, 39 km
Niesamowite wrażenie robi na mnie moment gdy przechodzimy przez wieś i biją dzwony, kobiety ocierają łzy w oczach, a mężczyźni zdejmują czapki. A mnie kilkuletnia dziewczynka dała kwiatka.
W Jeziorsku obiad dla kilku grup. Poniewczasie spostrzegłem, że chyba "dobrałem się" do rosołu z makaronem zarezerwowanego dla księży. Pielgrzymom przysługuje zupa z wiader.

8.08.2006, Warta - Burzenin, 32 km
Dzisiaj nocowaliśmy u sympatycznego, samotnego i bardzo cichego pana. Podał zaskakująco pyszne zawijane zrazy i wyśmienitą sałatkę owocową. Istna rozpusta!
Przed rokiem zatrzymał się tu rekordzista naszej pielgrzymki - brat Andrzej. Nasz miły gospodarz, pomimo całej swojej pogody ducha stwierdził, że woli mieć dom pełen pątników, niż jednego Andrzeja. Jego roszczeniowa postawa stanowi zaprzeczenie zasady, że pielgrzymowi nic się nie należy, bo jemu należy się wszystko. Cóż, to trudny problem - bo z jednej strony osobom lekko upośledzonym nie można zabronić udziału w pielgrzymce, lecz z drugiej strony tacy ludzie mogą zniechęcać gospodarzy do ponownego przyjęcia wędrowców.
W Charłupi ledwie usiadłem, podszedł do mnie chłopiec, przekazując zaproszenie od mamy na śniadanie. Poprosiłem by bardzo podziękował mamie, lecz nie skorzystam, bo są tu głodniejsi ode mnie - gospodarz z Warty zaopatrzył nas nawet w prowiant na drogę.
Pada przez całą drugą połowę dnia. Ten deszcz zaczyna już być deprymujący. Znowu mam kryzys na ostatnim etapie - nie mogę wytrzymać tak wolnego tempa. Ile można przejść "na hamulcu ręcznym"? W Witowie "urywam się" - czyli wstępuję do sklepu i zostaję daleko z tyłu, by w pogoni za grupą przejść na własne tempo. Samotnie wędruję więc przez wieś, gdy podchodzi do mnie mężczyzna. Ma dziwny wyraz twarzy, odnoszę wrażenie, że chce mnie uderzyć. A on prosi tylko o modlitwę za umierającego brata. Ból i rozpacz mylnie odczytałem jako agresję.
Rysiu znowu inspiruje. Poczęstowany "krówką" bez skrępowania domaga się następnej. Wciąż trudno mi przyzwyczaić się do tego, że chłopak wyglądający poważnie może zachowywać się infantylnie. Nie jego to wina, bo to przecież - wbrew fizycznym pozorom - jeszcze dzieciak. Jemu pielgrzymka uświadomi może, że nie jest najważniejszy na świecie, a nam - jak to podsumował Irek - pan Bóg za pokutę wysłał Rysia do grupy noclegowej. Szkoda tylko, że "młody" już powszechnie zaczyna być traktowany jako "batalionowa oferma". Nawet ja sam upominam go i strofuję, chociaż nie mam do tego prawa, bo to rodzice powinni go wychowywać. Jeżeli jednak nie dają sobie rady, to może lepiej, że Rysia kształtuje pielgrzymkowe "rodzeństwo", a nie - na przykład - osiedlowi "kibole".
Księdza Sebastiana myśl na dzisiaj: "człowiek dojrzały mówi chcę, nie chcę, a niedojrzały chce mi się, nie chce mi się".

9.08.2006, Burzenin - Osjaków, 22 km
Grupa podchmielonych mężczyzn na przystanku autobusowym prosi mnie o modlitwę - cytuję: za nas, pijaków z Burzenina.
Pada przez pierwszą połowę dnia. To najbardziej deszczowa spośród pielgrzymek, które pamiętają moi bardziej doświadczeni "bracia". W Rychłocicach mamy nieplanowany postój w szkole otwartej specjalnie z myślą o nas. Udaje mi się załatwić wrzątek dla wszystkich chętnych - klimat niemal schroniskowy. A w Konopnicy czeka sucha i ciepła remiza oraz kuchnia polowa serwująca grochówkę i zalewajkę. Pycha!

10.08.2006, Osjaków - Działoszyn, 24 km
Kolejny ulgowy etap - wczoraj 22, dzisiaj 24 km. Zadzwoniłem do znajomych w Częstochowie, oczekują mnie jutro. Umówiłem się też z kierowcą naszej ciężarówki, że będę mógł odebrać bagaż na mecie jutrzejszego etapu, zanim przybędzie tam cała pielgrzymka. Zamierzam bowiem "ulotnić się" nazajutrz i samotnie powędrować dalej. Chciałbym w ten sposób zyskać na czasie, wyruszając z Częstochowy pojutrze rano, kilka godzin przed wejściem mojego "rodzeństwa" na Jasną Górę.
W Działoszynie zaczepiają mnie dwie dziewczynki. Pan pielgrzym? - pytają. A gdzie reszta? Wyjaśniam, że wszyscy są na kwaterach i proponuję by wieczorem przyszły do kościoła, jeżeli chcą spotkać pozostałych. No nie wiem - waha się jedna z nich - jestem okropnie niewyspana, imprezowałam do czwartej rano, bo wczoraj były moje jedenaste urodziny.

11.08.2006, Działoszyn - Częstochowa, 35 km
Do Miedzna idę jeszcze z pielgrzymką. Po drodze żegnam się z braćmi i siostrami, a na Przeprośnej Górce - zgodnie ze zwyczajem - proszę o wybaczenie. Rysiu mówi, że dużo nauczył się ode mnie. To największy komplement jaki mogłem tu usłyszeć.
O godz. 13.45 rozpoczynam indywidualny etap mojej drogi. Znowu leje! W Białej odbieram bagaż z ciężarówki i "na ciężko" wędruję w stronę Jasnej Góry. Wybieram najkrótszą drogę - przez Żabiniec. O godz. 17.15 mijam tablicę z napisem "Częstochowa". Kawałek dalej jest pętla miejskiego autobusu, jadę nim do centrum. Chwilę po 18.00 staję przed Obrazem, krok za mną wchodzi pielgrzymka z... Krakowa.
Nocuję u znajomych, pierwszy raz od dwóch tygodni śpię w pościeli, a łóżko mam wygodniejsze niż w domu. Przepakowuję się, to co zbędne zostawię tutaj i odbiorę przy okazji.

12.08.2006, Częstochowa - Siedlec, 30 km
Tuż po siódmej przyjeżdża Ela, razem ruszamy Szlakiem Orlich Gniazd w stronę Krakowa. Pogoda jest piękna, "moja" pielgrzymka będzie miała słoneczne wejście na Jasną Górę, cieszę się bardzo! Mijamy zmierzających do Częstochowy pątników z Olkusza i Wolbromia, miło zobaczyć "rodzeństwo".
Chwilę po godz. 16.00 jesteśmy już w Siedlcu - czyli na planowanej mecie dzisiejszego etapu. Trochę szkoda dnia i pogody by już tutaj kończyć marsz, zastanawiamy się więc nad kontynuacją wędrówki. Nie wiemy jednak, czy w najbliższych miejscowościach będzie można znaleźć nocleg, dzwonię zatem w tej sprawie do sołtysa. Twierdzi, że następne kwatery przy Szlaku Orlich Gniazd są 20 km stąd. To zbyt daleko, zostajemy więc tutaj - w "agroturystyce".

13.08.2006, Siedlec - Podzamcze, 40 km
Sołtys nie miał racji, kwatery są już w Trzebniowie. Powolutku zdobywamy kolejne kilometry, idziemy ponad 12 godzin bez dłuższych przerw. Pogoda "w kratkę" - sporo deszczu, nieco słońca.
W Podzamczu z dużym trudem znajdujemy nocleg - długi weekend robi swoje. Pomaga nam właściciel jednego z pensjonatów, sam nie ma miejsc, lecz kieruje nas do sąsiadki, u której zwolnił się pokój. Tak trafiamy do wyjątkowo miłego domu.

14.08.2006, Podzamcze - Sułoszowa, 40 km
Pogoda idealna! Wybieramy najkrótsze szlaki, a przez Podlesie i Troks idziemy bez znaków, aby do maksimum skrócić dystans.
Chwilę po godz. 18.00 wchodzimy do Sułoszowej Trzeciej, lecz nocleg znajdujemy dopiero półtorej godziny później - w Pierwszej. Tym razem kłopot sprawia nam nie brak wolnych miejsc, lecz totalny deficyt bazy noclegowej w tej miejscowości. A przecież jesteśmy na Szlaku Orlich Gniazd, "na progu" Ojcowskiego Parku Narodowego.

15.08.2006, Sułoszowa - Kraków, 25 km
O godzinie 14.30 mijamy tablicę z napisem "Kraków". Wieczorem Ela jedzie do domu.

16.08.2006, Kraków - schronisko PTTK na Kudłaczach, 35 km
Punktualnie o godz. 8.00 mijam granicę Krakowa. Idę dobrze mi znaną trasą Marszu Dla Orkiestry - przez Świątniki i Siepraw. O 12.00 wchodzę do Myślenic, o 15.00 jestem na Kudłaczach - dziwnie szybko.
Rekreacyjne popołudnie mija niepostrzeżenie w miłym towarzystwie Pawła i Małgosi, którzy pełnią tu obowiązki gospodarzy.

17.08.2006, Kudłacze - Łopuszna, 50 km
Najdłuższy etap na całej trasie, w tym wejście na Turbacz z Koninek i zejście dość karkołomnym szlakiem do Łopusznej. Chwilami ciężko, ale pięknie. W oddali widzę Tatry.
Z Kudłaczy wyruszam już o godz. 5.30, niecałe dwanaście godzin później melduję się w pensjonacie "Natanael". Płacę względnie dużo - 50 zł - ale nie chce mi się już szukać innej, tańszej kwatery. W zamian mam do dyspozycji apartament - dwie sypialnie, łazienka, przedpokój. A mottem na folderze pensjonatu jest cytat z księdza Tischnera: miłość jest podstawowym sposobem uczestnictwa w dobru.
Pierwszy raz od niepamiętnych czasów oglądam TV. W "Faktach" pokazują akurat różne kurioza z polskich dróg, w tym znak który przed dwoma miesiącami sfotografowałem w Jarosławcu - zakaz wjazdu rowerów, który nie dotyczy... rowerów.
Na Turbaczu spotkałem dzisiaj turystę, z którym mijając się też wczoraj w Myślenicach, zamieniłem kilka słów. Powiedział wtedy, że wybiera się w Gorce, odpowiedziałem, że może się spotkamy i słowa dotrzymałem.

18.08.2006, Łopuszna - leśniczówka Wanta, 35 km
Powoli mijam Białkę i Bukowinę. Na Głodówce wstępuję do Ani, która prowadzi tu harcerskie schronisko. Okazuje się, że dzwoniła do mnie przed kilkoma dniami, bo chce abym uczestnikom rajdu, który organizuje opowiedział o Marszonach i Zimakach. Ania robi mi też kilka zdjęć, to pierwsze od Gdańska fotografie, na których mnie widać. Mają trafić do "aktualności" na stronie www.glodowka.com.pl, wraz z informacją o moich odwiedzinach.
Na Wierch Porońcu schodzę z asfaltu. Idę zielonym szlakiem na Rusinową Polanę, lubię tę drogę, chociaż zapomniałem już, że jest tak kamienista, ostatnio jechałem tędy jako pasażer parkowego TRX'a.
Odwiedzam Sanktuarium na Wiktorówkach. Spotykam ojca Leonarda, opowiadam jak przez Licheń, Jasną Górę i Łagiewniki przywędrowałem tutaj.
Chwilę po 16.00 jestem na Wancie. Który to już raz? Od roku 1994 nie było lata abym tu nie mieszkał.
Bliska perspektywa końca drogi powoduje, że czuję się nieco zagubiony i zdezorientowany. Trzy tygodnie temu wyruszyłem znad Bałtyku, przeszedłem ponad 750 km, by stojąc w oknie leśniczówki popatrzyć na Gerlach. To była piękna droga.
Niebo zasnuwają coraz grubsze chmury, zaczyna padać. Nie pójdę na Rysy w deszczu, poprzestanę na Morskim Oku i zmienię nazwę mojej wędrówki. Zamiast "od zera na Rysy", będzie "znad morza nad Morskie Oko". Też fajnie.

19.08.2006, Wanta - Rysy, 10 km
Pogoda jak "żyleta"! Idę! O 6.00 wychodzę z Wanty, o 9.20 jestem na Rysach. Myślę o umierającym bracie mężczyzny z Witowa, o pijakach z przystanku w Burzeninie i jeszcze kilku powierzonych mi intencjach. Jest słonecznie i prawie pusto. Dobrze, że przyszedłem tu tak wcześnie, bo schodząc mijam tłumy turystów podążających na szczyt. A schodzę w towarzystwie dziewczyny, która dwa tygodnie przede mną nocowała w pamiętnej stodole w Krężołach, idąc w pielgrzymce z Nakła do Częstochowy.
O 19.00 jestem w domu, w Krakowie. To była piękna droga. Polska za mną, pierwszy dzień reszty mojego życia przede mną.

Kuba Terakowski



Avatar użytkownika
Kuba Terakowski 4421 kilometrów

Ostatnie wycieczki użytkownika

Pokaż więcej

Komentarze

Zofia 24 kilometrów
2011-08-12 22:38:24

niewiarygodne, pozdrawiam i gratuluję!

Avatar użytkownika
Magdalena 70521 kilometrów
2011-08-12 15:13:00

wieeeelki szacun !!! aż brak słów do komentowania .... pozazdrościć wytrwałości ... 

Avatar użytkownika
Ola Dzitkowska 5993 kilometrów
2008-10-16 08:47:40
Gratuluje wytrwałości w takiej podróży . Świetna wyprawa !
Pozdrawiam.
Avatar użytkownika
Monika Pawlak 9349 kilometrów
2008-08-20 16:21:30
Pozdrawiam zapalonego podróżnika:-)