Sprawdź nasz projekt Jurajskie Szlaki Jesienne
Paczków - mury obronne, Sylwester Jędrzejczak

6. 1975 Kotlina Kłodzka obóz wędrowny

1975-06-27 - 1975-07-09
2011-05-20 13:28:19
Avatar użytkownika
Sylwester Jędrzejczak Krajtroter 3917 kilometrów

Tym razem obóz wędrowny Szczepu 295 WDHiZ prowadził "trasą typową PTSM" szlakami Kotliny Kłodzkiej.

Miejsca odwiedzone podczas wycieczki
Kamieniec Ząbkowicki > Kamieniec Ząbkowicki > Bardo > Kamieniec Ząbkowicki > Paczków > Złoty Stok > Lądek Stójków > > Kletno > > Międzygórze > Bystrzyca Kłodzka > Bystrzyca Kłodzka > Kłodzko

27.06 - w godzinach popołudniowych dotarliśmy pociagiem do Kamieńca Ząbkowickiego. Dzień byl w pełni, zatem zaczęliśmy swoje wojaże od zwiedzenia miasta. Jednym z głównych punktów był Zamek Kamieniecki. Niestety opuszczony, bez gospodarza. Widać to na każdym kroku. Weszłiśmy tzw. górską furtką - cisza, potężne, wysokie mury obronne i pałac - wielka budowla. Jedynie żal, że wyszabrowana do cna i wypalona. Mury, jak na pożar szalejący ponad dwa tygodnie, w zadziwiająco dobrym stanie (cegielnie w XIX w. produkowały, jak widać, dobry towar). Wrażenie robił rozmach projektanta i podobno, 3 tony złota, które wydane zostały na budowę. Nie zmarnowano tych pieniędzy. Nawet w ruinie zamek wart był podziwu. Widok z tarasu zasługuje na szczególną ocenę, ze względu na południową ekspozycję (w kierunku Karkonoszy), wielkość i położenie na krawędzi zbocza. Mieliśmy również możliwość zobaczenia (wprawdzie w chaszczach) resztek imponujących budowli ogrodowych. Nie dziw zatem, że schodziliśmy z Zamku ze smutkiem. Szczęściem znalazł się pasjonat, który włożył w jego odnowę swoje pieniądze, siły i pasję. Żal, że odszedł z tego świata przed zakończeniem dzieła swego życia. Cześć Mu i dobra pamięć.



28.09 - w godzinach rannych wybraliśmy się do Barda. Podróż pociągiem niedaleka, ale bradzo malownicza. Początkowa mało urozmaicona, im bliżej celu, tym więcej emocji, rozmów o miejscach wartych zwiedzenia, ale i coraz gorsza pogoda. Bardo przywitało nas ulewą. Przesiedzieliśmy na dworcu jakiś czas w oczekiwaniu na poprawę pogody. W planach mieliśmy wejście na Kalwarię, dojście do kaplicy Matki Boskiej Płaczącej na szczycie, niestety drogą na szczyt spływały strumienie wody, musieliśmy zrezygnować. Pozostało nam miasto, jego zabytki, ruchoma szopka!, Góra Różańcowa, przełom Nysy Kłodzkiej (na niej Wielka Brytania postulowała w Poczdamie ustanowienie powojennej granicy polsko-niemieckiej), kamienny most z XV w. Szczególnie urzekła mnie wtedy, chyba nie tylko zresztą mnie, mała, około 40 centymetrowa figurka Matki Bożej Strażniczki Wiary, zw. Madonną Tronującą, datowana na początek XIII w. Oczywiście, największą atrakcją dla harcerzy była ruchoma szopka.

tablica z planem miasta - jest tam do dziś, chociaż odnowiona
tablica z planem miasta - jest tam do dziś, chociaż odnowiona

29.09 - czeka nas przemarsz do Paczkowa. Poważnym utrudnieniem był panujący upał, zwłaszcza, że w składzie obozu jest wielu harcerzy w wieku 11 i 12 lat. Szliśmy powoli, wiele razy zatrzymując się na krótkie i dłuższe odpoczynki. Raz była kąpiel w Młynówce, w miejscu wcześniej przez dorosłych szczegółowo sprawdzonym. Popołudniem dotarliśmy na miejsce. Nocleg w miejscowej szkole przy drodze do Nysy. Rozlokowanie i wymarsz do miasta na wstępny rekonesans. Szczegółowe zwiedzanie jutro.

30.09 - na wstępie podzieliłem obozowiczów na mniejsze zespoły i pod kierunkiem pełnoletnich (lub prawie pełnoletnich, ale odpowiedzialnych) uczestników wysłałem na zwiedzanie miasta z zdaniem zebrania możliwie największej ilości informacji na temat miasta, mieszkańców, miejscowych tradycji i folkloru. Rozeszliśmy się na rynku i tam oczekiwaliśmy powrotu obozowiczów. Relacje, którymi dzielili się z pozostałymi, były dla nich samych zaskakujące. Okazało się bowiem, że mieszkańcy, z którymi rozmawiali, pochodzili w większości z Kresów. Wieczorem, na świeczkowisku, niektórzy pierwszy raz dowiedzieli się o exodusie ludzkich mas ze wschodu. Kiedy zaczęłem mówić im o Kresach, ludzkich tragediach, wywózkach, była cisza. Nie było praktycznie pytań, widzieliśmy, że harcerze bardzo przeżywali podane im informacje. Świeczkowisko skończyło się późno, ale nie było ochoty do śpiewów.

obóz w pełnym (prawie) składzie
moja żona Krystyna przed Bramą Nyską
na schodach kościoła obronnego pod wezwaniem św. Jana Ewangelisty


1.07 - Paczków - Złoty Stok. Niezbyt długi, ale miejscami monotonny szlak prowadzący głównie szosami podnóżem Gór Złotych i doliną Nysy Kłodzkiej. Jedyną zapłatą za nieciekawy przemarsz była fantastyczna panorama Sudetów i Jawornika Wielkiego, który mieliśmy pokonać następnego dnia, poz tym nie byłoby na co zwrócić uwagi, gdyby nie rosnące na jednym z odcinków trasy drzewa z obfitością czereśni. Niestety, nieznajomość rzeczy skończyła się podczas zrywania owoców mało sympatycznie. Z pobliskiej wioski nadjechało na rowerach dwu panów, którzy najzwyczajniej w świecie obsobaczyli nas, ile wlezie. Ich złość jakby sama wygasła, kiedy zobaczyli gromadkę tak naprawdę dzieciaków, a do tego, że nie było ani połamanych gałęzi, ani wielkich strat w owocach. Na dalszej trasie mogliśmy tylko, niestety przyglądać się drzewom obsypanym smakowitymi owocami. Dotarliśmy do Złotego Stoku. Było pochmurno, nieciekawie, ale spędzenie reszty czasu dnia w schronisku było nie dla nas. Poszliśmy w miasto, rynek, Muzeum Górnictwa i Hutnictwa Złota, Sztolnia Książęca, XVIII - wieczne kamieniczki.

2.07 - Złoty Stok - Lądek Stójków. Długi, wówczas uciążliwy szlak prowadzący przez podmokłe leśne drogi (w nocy padał deszcz). Miejscami, zwłaszcza na wydeptanych i wyjeżdżonych terenowych drogach górskich płynęły strumienie wody. Szliśmy ślizgając się i nie było ochoty do podziwiania atrakcji szlaku, musieliśmy uważać na każdy krok. Trasa nasza wiodła czerwonym szlakiem przez Złoty Jar wzdłuż Złotego Potoku, który miał więcej wspólnego z burzliwą górską rzeką, niż z potokiem, przez Jawornik Wielki (jak podają przewodniki, ze wspaniałą panoramą Gór Bialskich po Śnieżnik, ale nie przy tej pochmurnej pogodzie) do Orłowca, potem przez Rasztowiec i Przełęcz pod Konikiem. Wyjchodzimy z lasu i przed nami otwiera się panorama Lądka Zdroju, zakłócona pochmurnym niebem (ale już bez deszczu). Biała Lądecka była bliska wystąpienia z brzegów, a w Lądku przepływa przez całe miasto i do tego od lustra wody do poziomu ulic jest dość mała odległość. Tym razem było tylko kilkanaście centymetrów. Zatrzymaliśmy się na rynku, nieopodal ratusza znajduje się pręgierz - symbolicznie postawiliśmy pod nim pogodę, a potem była piosenka "Słoneczko" w intencji jej poprawy. Potem zwiedzanie miasta, ratusza, a po obiedzie wyruszyliśmy do naszego właściwego celu, jakim było schronisko w Lądku Stójkowie.

na rynku Paczkowa, w tle wieża kościoła
na rynku Paczkowa, w tle wieża kościoła


3.07 - Lądek Stójków - cel: Jaskinia Radochowska. Dzięki poprawie pogody mogliśmy wyruszyć na szlak. Na początek do Lądka Zdroju, a stąd za niebieskimi znakami do Jaskini. Droga niezbyt urozmaicona, tyle, że dziś mogliśmy z niej oglądać panoramę obiecaną wczoraj, jednak z powodu różnicy wysokości, znacznie uboższą. Jaskinia miała wynagrodzić nam dotychczasowe niepowodzenia i ograniczenia. Według wielu przewodników jest ona pd względem wielkości drugą w Sudetach (po Niedźwiedziej). Tym bardziej byliśmy zainteresowani. Niestety tam też czekała nas przykra niespodzianka. Mogliśmy wejść do niej na tyle, że zmieściliśmy się wszyscy. Na zwiedzenie nie było szans - już kilka metrów od wejścia stała woda, wprawdzie kryształowo czysta, ale zamykająca drogę do jaskini. W normalnych warunkach jaskinia jest łatwo dostępna, praktycznie pozioma, bez wielkich niespodzianek, kiedy nie próbuje się wejść w boczne korytarze. Była wówczas otwarta, bez dozoru, więc i ogołocona z nacieków charakterystycznych dla jaskiń. Wracaliśmy bez pośpiechu, w Lądku Zdroju zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę. Z zaskoczeniem zauważyliśmy, że poziom wody w Nysie spadł około jednego metra, a woda płynęła wolno i majestatycznie.

4.07 - Lądek Stójków. Dzień na luzie. Po śniadaniu w schronisku wybraliśmy się na wycieczkę do Stronia Śląskiego. Celem była Huta Szkła Kryształowego "Violetta", której początki sięgają lat 60-tych XIX wieku. Szosą, najpierw w dół, potem niemal poziomo do samego Stronia. Huta okazała się wielkim zakładem. Przewodnik, który przyszedł po nas, zobaczywszy harcerzy, zdecydował, że nie płacimy za bilety wstępu. Huta rozległa, o wielu interesujących historycznie i produkcyjnie obiektach. Oczywiście, najwięcej czasu zabrało nam zwiedzenie części produkcyjnej, a zwłaszcza działu, gdzie wokół rozgrzanych pieców z płynnym szkłem pracowali dmuchacze szkła. Spędziliśmy tam większość czasu, przewodnik nas nie popędzał, wiedział, że jest to nas, mieszczuchów, największa atrakcja - kształtowanie pękatych najróżniejszych wyrobów z małej bryłki szkła zawieszonej na końcu dmuchawki, jak powiedział "piszczeli". Nie mogliśmy nadziwić się sprawności i precyzji pracowników "dmuchających" szkło. Potem wielkie, podłużne piece do wygrzewania kryształów, i szlifiernia. To kolejne miejsce, gdzie przebywaliśmy dłużej. Oczywiście, dotykanie czegokolwiek było niedopuszczalne, a jednak jednej z harcerek udało się przez kilka minut zająć miejsce szlifierza. Żeby wszystko było jasne - pucharek, który szlifowała, był wadliwy i odrzucony, jako nie nadający się do sprzedaży. Kolejnym miejscem, do którego weszliśmy, chociaż normalnie dostępny nie był, to pracownia projektowa z modelarnią i wzorcownią kryształów. Po kilku godzinach spędzonych w hucie, pełni wrażeń, wróciliśmy do schroniska. Własnoręcznie przygotowany późny obiad, a pod wieczór, po drugiej stronie torów, pod skalnym urwiskiem ognisko, które zakończyło dzień.

w Bystrzycy Kłodzkiej
w Bystrzycy Kłodzkiej

5.07 - idziemy do Kletna. Przez Stronie Śląskie, Przełęcz Płoszczyna, dotarliśmy do Bolesławowa. Zaskoczyło nas wiele opuszczonych, nie zamieszkałych domów w centrum wsi. Na drodze spotkaliśmy, jak w wielu innych górskich miejscowościach figurę św. Jana Nepomucena i figurkę Matki Boskiej w malowniczej, niewiekiej grocie w rynku. Dalej, żółtym szlakiem do Kamienicy. Tu znów, jak w Bolesławowie, tylko część domów zamieszkała, chyba tylko jeszcze mniej. Jedynym miejscem, gdzie widać było jakiś większy ruch, była strażnica WOP. Stąd przez Porębek, Zawadę, Młyńsko dotarliśmy do Kletna. W Kletnie także niewielu mieszkańców - naliczyliśmy osiem zamieszkałych obejść. Tego dnia zrobiliśmy jeszcze krótką wycieczkę do niedaleko położonych wapienników. Ciekawostką były w nich kilkucentymetrowej długości wiszące u sufitu stalaktyty. Wycieczka zainicjowana byłą ciekawością naszej gromadki. Z podwórza budynku byłej szkoły, gdzie mieliśmy nocleg, widać było jakieś budowle, przypominające zamkowe baszty. Wiedziałem, co zacz, ale nie chciałem wyprowadzać gromady z błędu. Przyznam, że nie spodziewałem się, że zwiedzenie kilku wapienników da tyle radości (oczywiście nacieki zostawiliśmy w spokoju).

6.07 - Kletno - Międzygórze. Długa, trudna trasa, spotęgowana wysoką temperaturą. Żółtym szlakiem dotarliśmy do Jaskini Niedźwiedziej. W wejściu do jaskini solidna krata, dwie potężne kłódki i to wszystko, co mogliśmy w jaskini zobaczyć - nadzieja się rozwiała. Od tego miejsca droga stawała się coraz trudniejsza., a i upał dawał sie we znaki. Jak wiadomo, najtrudniejsze podejście jest zawsze na końcu trasy. Tak było i tym razem. Szlak skręcał w prawo pod kątem prostym i postawił przed nami zadanie wdrapania się ostrym podejściem na Przełęcz Śnieżnicką. W trzech czwartych podejścia (naprawdę wyczerpującego) jedna z uczestniczek obozu powiedziała, że dalej nie idzie. Nie ukrywam, nakrzyczałem, chociaż nie powinienem. Dotarła do końca podejścia ze łzami w oczach. Na Przełęczy kilkunastominutowy odpoczynek - na wielu twarzach widać było skutki forsownego podejścia. Był to bodaj najtrudniejszy odcinek całej naszej dotychczasowej trasy. Dotarliśmy do schroniska na Hali Pod Śnieżnikem i tu dłuższy, godzinny postój, jakieś picie, niewielki posiłek i zejście do Międzygórza. Schodziliśmy na dół wąwozem Wilczki, jest to odcinek wart polecenia każdemu. Róznica poziomów w wielu miejscach jest naprawdę duża - przy tym wąwóz jest zwyczajnie piękny. Rozlokowanie i po niezbyt długim, leżącym odpoczynku (regeneracja sił u młodych ludzi jest niemal błyskawiczna) wyszliśmy pochodzić po wsi. Piękna zabudowa w stylu alpejskim, najwyższy w Sudetach Wodospad Wilczki (kaskada wysoka na około 27 metrów), a ponadto na dwu sąsiadujących ze sobą budynkach - sklepie i posterunku MO wywieszone tabliczki. Na pierwszym "remanent", na drugim "remont". Oczywistą sprawą, przez "nieznanych sprawców" tebliczki zostały zamienione miejscami. Było spotkanie kilku przyjaciół w kółku na środku jezdni. Nie trwało długo, poszliśmy do Ogrodu Bajek na stoku Iglicznej. Zastał nas tam już prawie wieczór. Powrót, w schronisku przygotowanie do następnego dnia, bo szykowała się ważna dla dwu członków obozu ważna uroczystość.

7.07 - Międzygórze - Śnieżnik. Tego rana ubrani w mundury wyruszyliśmy żółtym szlakiem na Przełęcz Puchacza, z niego zielonym przez Mały Śnieżnik na Halę Pod Śnieżnikiem. Po odpoczynku dochodzimy na szczyt Śnieżnika, do miejsca, gdzie kiedyś stała wieża widokowa. Tam stanęliśmy w otwartym kręgu. Zdjęłem z ramion chustę (biało-czerwona - kolory naszego Szczepu). Dwoje harcerzy rozpięło ją między sobą i zaczęła się zasadnicza część uroczystości. Po krótkiej gawędzie dwaj uczestnicy obozu zwróceni w kierunku Polski, przygotowani, napięci, przystąpili do złożenia przyrzeczenia harcerskiego. Byli nimi: mój syn, Tomasz i dh Robert Paterek. Sądzę - nikt nie będzie zdziwiony, kiedy powiem, że przez pewien czas podczas wypowiadania roty przyrzeczenia ze wzruszenia zapomniałem jej tekstu. Przez krótką chwilę przypomniałem sobie moje własne przyrzeczenie harcerskie na wiślanej łasze. Podpowiedź jednej z harcerek wyratowała mniez zamyślenie i z opresji. Myślę, że nie jestem jedynym, który tak przeżył tak ważny moment w życiu własnego dziecka. Potem był krąg, usiedliśmy na resztkach muru wieży, kilka piosenek na życzenie nowych harcerzy i powrót do Międzygórza tą samą trasą, którą szliśmy na Śnieżnik. W słońcu panoramy roztaczające się wokól nas były nagrodą za długie podejścia. W Międzygórzu zamienione miejscami ("nieznani sprawcy", których zresztą znam osobiście) tablice wisiały nadal na miejscach wczoraj im nadanych.

8.07 - Międzygórze - Bystrzyca Kłodzka. Początek - Igliczna - czerwonym szlakiem obok Wodospadu Wilczki na Igliczną. Tu chwila odpoczynku, Sanktuarium Marii Śnieżnej, schonisko Maria Śnieżna. Stąd w dół i za żółtymi znakami, monotonnie, do Bystrzycy Kłodzkiej. Dotarliśmy tu po ponad 5-ciu godzinach od wyruszenia z Międzygórza. Jeszcze tego samego dnia harcerze poszli zespołami na zwiedzanie miasta. Oboje z żoną zajęliśmy się przygotowaniem do powrotu. Na dworcu PKP wykupiliśmy bilety na przejazd do Kłodzka, również przeszliśmy się po mieście, zamierzając odwiedzić Muzeum Filumenistyczne. Niestety, rozczarowanie - po powodzi Muzeum nieczynne do odwołania. Tyle czasu nie mieliśmy. Harcerze wrócili ze zwiedzania. Ktoś powiedział: to nie Bystrzyca Kłodzka, tylko Romska. Rzeczywiście, na każdym kroku można było spotkać dzieci i całe rodziny Romów. Prawdopodobnie próbowano ich tu osadzać, z jakim skutkiem, trudno powiedzieć. Wieczorem świeczkowisko, wstępne pakowanie i spać.

9.07 - ostatni dzień obozu. Tego dnia wstaliśmy wcześniej - pociąg mieliśmy przed godziną dziewiątą. Pobudka, mycie, śniadanie, pakowanie plecaków, wyjazd do Kłodzka. W ten sposób byliśmy w Kłodzku na tyle wcześnie, że przed wyjazdem do Warszawy zwiedziliśmy Twierdzę. Kazamaty, korytarze, po których poruszaliśmy się, czasem na czworakach, zrobiły na wszystkich fantastyczne wrażenie. Panorama miasta z narożnej baszty podobała się wszystkim, m.in. dlatego, że u podnóża twierdzy teren aż do dzisiejszej ulicy Armii Krajowej i do Nysy Kłodzkiej był nie zabudowany. Przewodnik pozwolił nam pozostać na punkcie widokowym przez czas dłuższy - mogliśmy oglądać i pokazywać sobie odwiedzone w czasie obozu miejsca. W pełnym słońcu widoczność wkoło była wspaniała. W Kłodzku ostatni obozowy posiłek, gotycki most, klasztor, w którym mnisi zaprowadzili nas aż do refektarza (co ze względu na obecność dziewcząt samo w sobie było niezwykłe), w zasadzie niedostępnego dla zwiedzających, ale my byliśmy w harcerskich mundurach. One niejednokrotnie otwierały nam zamknięte dla innych drzwi. Pełni wrażeń, wspomnień, wracaliśmy do rodzinnych domów.

Avatar użytkownika
Sylwester Jędrzejczak Krajtroter 3917 kilometrów

Komentarze

Nie znalazłem żadnych postów w tym temacie. Kliknij tutaj by dodać pierwszy
Newsletter Wypisz się z newslettera
Znajdziesz nas na:
PolskieSzlaki.pl - polskie atrakcje - popularny portal turystyczny tworzony od 15 lat przez aktywną rodzinkę złożoną z mamy, taty i trzech córek. Sercem Polskich Szlaków jest blog z ciekawymi wpisami i fotorelacjami z wypraw oraz opisy atrakcji turystycznych w Polsce z pięknymi zdjęciami. Na przyjaznym Forum mamy 48 tys. postów. W sezonie notujemy 50 tys. Użytkowników na dzień, poza sezonem około 10 tys. Na profilu facebookowym mamy blisko 25 000 polubień, a na Instagramie ponad 2 300 Obserwujących.
Dreptamy.pl - wszystkie nasze wycieczki po Polsce
Copyright 2005-2020