W siedem dni ze Zwardonia na Babią

2010-12-08 - 2010-12-14
2010-12-08 23:12:40
Od dawna marzyłam o wycieczce, gdzie wędrowałabym z plecakiem od schroniska do schroniska. Wreszcie we wakacje 2009 r. wraz z moją siostrzenicą Magdą doprowadziłam to do skutku. Spędziłyśmy tydzień w Beskidzie Żywieckim.

Dzień I : Zwardoń-Wielka Racza



Naszą przygodę rozpoczęłyśmy 19 lipca. Wyjazd zaplanowałyśmy na niedzielę ale już w sobotę przy pakowaniu plecaków miałyśmy duży ubaw. To była nasza pierwsza taka wyprawa i miałyśmy problem z tym co i ile zabrać. Spakowałyśmy zapas wody i trochę jedzenia więc plecaki były dosyć ciężkie. Miałyśmy problem z ich podniesieniem, a co dopiero chodzeniem z nimi. Trzeba było kilka razy przepakować się . Pocieszałyśmy się tylko, że z każdym dniem będzie lżej z powodu ubytku zapasów. Nasz pociąg do Zwardonia odjeżdżał w niedzielę o 8.00 rano. Kiedy wstałam pogoda za oknem nie zachęcała do wyjazdu, nawet miałam ochotę przełożyć wyjazd na następny dzień. Jednak Magda stanowczo powiedziała, że skoro jesteśmy spakowane to jedziemy, bo w taki sposób mogłybyśmy wogóle nie wyjechać. Mimo deszczu, objuczone plecakami pojechałyśmy. Miałam nadzieję na poprawę pogody ale deszcz to ustawał to znowu padał. Czekała nas trzy i pół godzinna podróż w trakcie której zastanawiałyśmy się czy po przyjeździe pozostać w Zwardoniu, czy ruszyć na Wielką Raczę, jak miałyśmy w planach. Zwardoń to mała miejscowość położona na Przełęczy Zwardońskiej w zachodniej części Beskidu Żywieckiego tuż przy granicy ze Słowacją. Z pociągu wysiadłyśmy około południa, było mglisto i mżyło. Ruszyłyśmy czerwonym szlakiem w kierunku schroniska. Jednak tam zajrzałyśmy tylko do środka i po krótkim zastanowieniu poszłyśmy dalej. Szkoda mi było tracić dzień na pozostanie w mieście. Chociaż potem okazało się, że to byłoby dobre wyjście. Rządne przygód i posmakowania gór twardo szłyśmy szlakiem, który czas dojścia do schroniska na Wielkiej Raczy określał na pięć godzin. Deszcz przestał padać jednak na szlaku było mokro i błotniście. Momentami napotykałyśmy przeszkody w postaci wielkich bajor, których nie sposób było okrążyć. Rozjeżdżone wielkimi traktorami grząskie błota pokonywałyśmy rzucając przed siebie nazbierane gałęzie. Zdarzało się wpadać w ten grząski grunt, szukałyśmy potem kałuż, by zmyć trochę błota z butów. Raz po raz deszcz przypominał o sobie. Początkowo znajdowałyśmy gęste drzewa i przeczekiwałyśmy najmocniejszy opad jednak czas nas gonił i trzeba było iść. Najgorsze okazały się wysokie trawy, które moczyły nam spodnie. Ruch na szlaku był minimalny. Spotkałyśmy raptem trzy osoby podążające w przeciwnym kierunku niż my. Mozolnie pięłyśmy się w górę, ostatnie podejście było bardzo męczące. Aż wreszcie dotarłyśmy do schroniska, w którym bez problemu dostałyśmy pokój zbiorowy, do którego potem dołączyły jeszcze trzy osoby. Najpierw oczywiście przebrałyśmy się w suche rzeczy. Potem poszłyśmy na platformę widokową na Wielkiej Raczy, która znajduje się po słowackiej stronie granicy. Wielka Racza to najwyższy szczyt Worka Raczańskiego ( 1236 m. n.p.m.) z którego rozciąga się szeroka panorama obejmująca góry słowackie z Małą Fatrą. Widoczny jest Rozsutec i Stoh. Po kolacji ja jeszcze raz udałam się w to miejsce, by oglądać zachód słońca.

Dzień II : Wielka Racza-Przegibek-Bendoszka-Przegibek



Poranek rozpoczęłyśmy wielkim suszeniem przemoczonych rzeczy. Najważniejsze było podsuszenie butów, które mojej siostrzenicy przemokły na wylot. W ten sposób nasze dalsze wędrowanie zostało trochę opóźnione. Jednak w tym czasie miło spędzałyśmy czas podziwiając parujące po wczorajszym deszczu góry. Towarzystwa dotrzymywał nam kocur, który świetnie pozował do zdjęć. Poranek zapowiadał ładną pogodę na dzisiejszy dzień i siedząc przed schroniskiem aż do południa, obserwowałyśmy wciąż nadchodzących żółtym szlakiem turystów. Szlak ten jest o wiele krótszy od tego, którym my wczoraj tutaj doszłyśmy. Prowadzi z Rycerki. W końcu ruszyłyśmy w dalszą drogę. Schodząc z Wielkiej Raczy spotkałyśmy grupę ludzi zbierającą jagody. Co tutaj okazało się dość częstym widokiem. Miałyśmy zamiar dojść do Bacówki na Hali Rycerzowej i tam zanocować, jednak kiedy zbliżałyśmy się do Przegibka zaczęło się chmurzyć. Aby dojść do schroniska należy opuścić szlak czerwony i przed szczytem Bani skręcić w lewo na czarny szlak. Kiedy wyszłyśmy z lasu otworzył się przed nami widok na pokrytą polami i łąkami przełęcz z rozrzuconymi zabudowaniami osiedla. Na przeciwległym skraju polany pod lasem stoi schronisko na Przegibku. Obawiając się ponownego przemoczenia postanowiłyśmy zostać tu na noc. Pozostawiłyśmy plecaki tradycyjnie w pokoju zbiorowym, gdzie ponownie byłyśmy pierwsze i po obiedzie ruszyłyśmy na podbój Bendoszki, odległej od schroniska o 15 minut. Na szczycie (1144 m. n.p.m.) znajduje się punkt widokowy z panoramą na między innymi Czantorię, Równicę, Baranią Górę, Skrzyczne, Beskid Mały, Romankę, Pilsko, Babią Górę, Małą i Wielką Rycerzową a nawet Tatry. Stoi tam 20-sto metrowy Krzyż Ziemi Żywieckiej. Ponieważ miałyśmy dosyć czasu ze względu na pozostanie w schronisku, nigdzie nie musiałyśmy się spieszyć. Spędziłyśmy sporo czasu na szczycie i nieopodal szczytu w kierunku Praszywki, wylegując się na ławeczce i ciesząc oczy widokami. Na szczęście nie rozpadało się ale było chłodno, więc kiedy troszkę zmarzłyśmy zeszłyśmy w kierunku schroniska, a potem jeszcze niżej do kapliczki. Akurat była msza więc nie chcąc przeszkadzać nie obejrzałyśmy jej od środka. W pokoju zabawne okazało się to, że co chwilę dołączali nowi turyści i byli to sami mężczyźni. Kiedyś już po wakacjach wpadł mi w ręce numer „n.p.m.”, w którym był ranking schronisk i właśnie schronisko na Przegibku wygrało.

Dzień III : Przegibek-Rycerzowa Wielka-Rycerzowa Mała-Sobolówka-Glinka-Krawców Wierch

Rano najciszej jak mogłyśmy, by nie pobudzić pozostałych opuściłyśmy schronisko. Na Wielką Rycerzową było tylko 1,5 godziny drogi więc śniadanie postanowiłyśmy zjeść dopiero w Bacówce na Rycerzowej. Od schroniska na Przegibku wracamy czarnym szlakiem, by ponownie dołączyć do czerwonego szlaku granicznego, który biegnie przez las. Przed szczytem zgubiłyśmy szlak ale na szczęście szybko odnalazłyśmy znaki. Dotarłyśmy do słupka granicznego zatkniętego na wierzchołku (1226 m. n.p.m.) i nie zatrzymując się tam udałyśmy się w dół. Niebawem doszłyśmy na skraj stokowej hali i na prawo od przełęczy ukazało się schronisko. Ponownie spotkałyśmy ludzi zbierających jagody. Na śniadanie przysiadłyśmy na ławeczce przed schroniskiem. Okazało się, że w Bacówce nocowała spora grupa młodzieży więc cieszyłyśmy się, że nocowałyśmy w schronisku na Przegibku, bo tutaj mogłoby zabraknąć miejsc. Stąd ruszyłyśmy na Małą Rycerzową ( 1207 m. n.p.m.) gdzie panorama ogranicza się do kierunku poł-wschodniego, natomiast rozległe sioło pomiędzy szczytami pokrywa wspaniała hala, na której mogłyśmy obserwować stado owiec. Na Rycerzowej rozstałyśmy się z czerwonym szlakiem na rzecz żółtego, który miał nas doprowadzić do kolejnego punktu jaki sobie wyznaczyłyśmy na trasie czyli na Krawców Wierch, gdzie zamierzałyśmy przenocować. Aby tam dojść najpierw musiałyśmy zejść do Sobolówki. Miejscami było dość ostre zejście, które dodatkowo utrudniał rozjeżdżony szlak zamieniony w grząskie błotko. W Sobolówce w pierwszym napotkanym sklepie kupiłyśmy sobie lody i po przejściu kilkuset metrów asfaltem ponownie ruszyłyśmy pod górę. Tam między polami i łąkami zgubiłyśmy szlak ale uprzejma pani sama nas pokierowała na właściwą drogę. A kierowałyśmy się do Glinki, niewielkiej miejscowości położonej w dolinie jednego ze źródłowych potoków Soły, pod przełęczą Ujsolską. Jest tam również drogowe przejście graniczne. W Glince uzupełniłyśmy prowiant na dalszą drogę i po krótkiej przerwie udałyśmy się w górę na zbocze Kubiesówki. Początkowo prowadziła tam bardzo stroma asfaltowa droga. Pociłyśmy się pod ciężarem plecaków i kiedy znalazłyśmy miłą łąkę od razu przysiadłyśmy, by odpocząć. Chociaż z Glinki na Krawców Wierch czas dojścia wyznaczony jest na 1:45 to czas ten bardzo nam się dłużył, ze względu na męczące podejście. W końcu ukazała się szeroka hala z przycupniętym na niej schronisku. Dotarłyśmy tam około godz. 16.00 więc miałyśmy dość czasu aby się zakwaterować. Po raz pierwszy okazało się, że może być problem z noclegiem. Jednak dołączyłyśmy do zarezerwowanego pokoju z ośmioosobową grupą młodzieży. Grupa ta stworzyła niepowtarzalny klimat w schronisku. Przekonałyśmy się o tym w jadalni, gdzie mieli ze sobą gitarę i świetnie śpiewali. Ponownie spotkałyśmy sympatycznego pana z synkiem, który nocował z nami na Przegibku. Czas spędzałyśmy również przed schroniskiem. Szczególnym momentem był zachód słońca, który wyszło obserwować kilka osób. Świetnym punktem obserwacyjnym było miejsce powyżej schroniska, gdzie stoi krzyż. Panorama rozciągająca się stamtąd obejmowała kilka Pasm Beskidów. Nietypową rzeczą w tym schronisku był brak elektryczności. Latarka przydała się w najmniej spodziewanym miejscu. Długo w noc słychać było śpiew, aż wreszcie starsza pani upomniała młodzież, że cisza nocna obowiązuje od 22.00.

Dzień IV : Krawców Wierch-Trzy Kopce-Hala Rysianka–Hala Lipowska-Hala Boracza-Boracza Góra-Hala Rysianka

Przywitał nas piękny poranek. Zajełyśmy jedną z ławek przed Bacówką w celu spożycia sniadania. O 7.30 kręciło się już dużo osób i szykowało do dalszej drogi. My również po posiłku udałyśmy się żółtym szlakiem w kierunku Trzech Kopców. Szlak prowadzi stromą, wąską i kamienistą ścieżką wzdłuż granicy polsko-słowackiej. Mimo przedpołudniowej godziny upał dawał nam się we znaki. Miejscami dużą przeszkodą okazały się powalone drzewa, które musiałyśmy omijać wielkimi łukami. Po drodze wyprzedziłyśmy starsze małżeństwo. Na szczycie Trzech Kopców (1216 m. n.p.m.) przysiadłyśmy w cieniu drzew aby odsapnąć po męczącym podejściu. Tutaj wspomniane małżeństwo nas dogoniło i nasze drogi rozeszły się ponieważ oni od razu udali się na Halę Miziową, a my udałyśmy się w przeciwnym kierunku na Halę Rysianka. Miziową zostawiłyśmy sobie na następny dzień. Z Trzech Kopców udałyśmy się czerwonym szlakiem w lewo, prowadzącym lekko w dół w kierunku Rysianki. Po chwili szlak dociera do granicy rezerwatu leśnego „Rysianka”. Do schroniska PTTK trzeba jednak trochę się wspiąć. Po zakwaterowaniu tradycyjnie w pokoju zbiorowym, który tym razem mieścił sześć osób poszłyśmy zwiedzać okolicę. Ponieważ było dopiero ok. godziny 13.00 udałyśmy się najpierw do schroniska na Hali Lipowskiej, które znajduje się w odległości 15 minut od schroniska Rysianka. Tam znowu spotkałyśmy znajomego turystę z Krawcowego Wierchu. Praktycznie miałyśmy do dyspozycji jeszcze połowę dnia. Postanowiłyśmy iść na Halę Boraczą, bo zaczynało nam się nudzić. Wybrałyśmy zielony szlak, którym miałyśmy dojść do celu za nieco ponad godzinę. Szlak bardzo przypominał mi tatrzańskie szlaki. Początkowo prowadzący przez las, kamienisty i schodzący ostro w dół. Obu nam się podobał. Jedynie przygnębiała nas myśl, że z powrotem już nie będzie z górki, wręcz odwrotnie. Schronisko na Hali Boraczej różni się wyglądem od tradycyjnych górskich schronisk. Zabawiłyśmy tam bardzo krótko, ponieważ nie podobało nam się to miejsce. Odbiłyśmy sobie pieczątkę schroniska na pamiątkę i ruszyłyśmy w powrotną drogę. Teraz trzeba było się wspinać, ale żeby nie iść tą samą drogą, po około 15 minutach odbiłyśmy na czarny szlak, który doprowadził nas do żółtego, bardzo widokowego prowadzącego przez Boraczą Górę (1244 m. n.p.m.) i wspaniałe hale grzbietowe. Przed schroniskiem na Hali Lipowskiej spotkałyśmy pana z synkiem, tych samych których spotkałyśmy już na Przegibku, a potem na Krawcowym Wierchu. Oni na tę noc zatrzymali się tutaj i nazajutrz kończyli przygodę z górami mając zamiar zejść do Rajczy, mimo wcześniejszych planów zdobycia Pilska. Kiedy wróciłyśmy do naszej „bazy noclegowej” miałyśmy jeszcze czas podziwiać cele naszej dalszej wędrówki. Z Hali Rysianka doskonale było widać Pilsko i Babią Górę. Za towarzyszki w pokoju miałyśmy panie znad morza: Kasię i Ziutę z córką Zuzią. One również nocowały na Krawcowym Wierchu.

Dzień V : Hala Rysianka-Romanka-Hala Rysianka-Trzy Kopce-Hala Miziowa-Pilsko-Hala Miziowa

Poprzedniego dnia wieczorem postanowiłyśmy na dzisiaj, że zdobędziemy przed śniadaniem Romankę. Czas dojścia od schroniska na szczyt wynosi 1:15 przez Halę Pawlusią; znaki czerwone, później żółte. Wykorzystałyśmy to, że plecaki zostawiłyśmy w schronisku i na lekko zrobiłyśmy sobie małą rozgrzewkę. Mimo wczesnej godziny ( 6:30) upał był już mocno odczuwalny. W dodatku w pewnym momencie zgubiłyśmy szlak, który był dość nieczytelnie oznakowany. My poszłyśmy lekko w prawo za szeroką drogą, natomiast szlak piął się prosto wąską ścieżką. Ponieważ sporo odeszłyśmy od szlaku już się nie wracałyśmy, tylko na dobrą drogę skrótem do góry, pokierowały nas panie zbierające jagody. Zbliżając się do szczytu szlak biegnie przez mostek zbudowany z bali nad mokradłem. W końcu stroma ścieżka wśród dzikiego lasu, tworzącego rezerwat dochodzi do szczytu. Romanka (1366 m. n.p.m.) jest obok Pilska najwyższym szczytem centralnej części Beskidu Żywieckiego. Zarośnięty wierzchołek nie daje szans na podziwianie panoramy. Widokowe polany np. Halę Majerkową napotyka się poniżej szczytu. Niestety myśmy tam nie dotarły. Ze szczytu nastąpił szybki powrót do schroniska aby spakować rzeczy, a potem zjeść śniadanie na ławeczce mogąc równocześnie podziwiać wspaniałe widoki. Nasze towarzyszki ze wspólnego pokoju wyruszyły w drogę przed nami, mając za cel tak jak my Halę Miziową. Trzeba było na powrót dotrzeć do Trzech Kopców, których zdobycie dzisiaj nie nastręczało trudności, jak w dniu wczorajszym. Niestety nie na długo było lekko. Z Trzech Kopców czerwony szlak wiedzie przez Palenicę (1343 m. n.p.m.), która należy do grona dziesięciu najwyższych wierzchołków w całych Beskidach. W trakcie męczącego podejścia wyprzedziłyśmy nasze znajome panie z Rysianki. Tuż u celu wędrówki granica skręca w prawo wznosząc się na Pilsko, a szlak odchylając się w lewo, przechodzi skrajem zarastającej polany Cebula (zapach czosnkowo-cebulowy towarzyszył nam przez jakiś czas) i wkrótce osiąga zachodni kraniec Hali Miziowej (1350 m. n.p.m.). Jeszcze kawałek środkiem hali i jesteśmy w schronisku. Przypomina ono okazały hotel i pewnie przez wielu tak właśnie jest traktowane. Na szczęście dla nas, oprócz apartamentów, dysponuje ono również pokojami zbiorowymi. Nocleg okazał się jednym z tańszych w czasie naszej podróży. Bardzo pozytywnie zaskoczyła nas jadalnia na parterze dla „skromnego” turysty, gdzie stały czajniki, był zlewozmywak, można było korzystać z wrzątku do woli i przygotować sobie posiłek. Oczywiście zakwaterowałyśmy się w pokoju zbiorowym jako pierwsze. Za chwilę dołączyły do nas dwie dziewczyny, a potem nasza znajoma trójka. Ponieważ doskwierał upał postanowiłyśmy przeczekać trzy godziny (czas ten wykorzystałyśmy na odpoczynek i rozmowy z naszymi współlokatorkami, a także na studzenie przegotowanej wody, żeby nie kupować mineralnej w schronisku, która jest droga), by o 16.00 ruszyć na podbój Pilska. Na szczyt można wyjść żółtym lub czarnym, krótszym ale bardziej stromym szlakiem. Myśmy wybrały żółty szlak, którym dotarłyśmy najpierw do wierzchołka Pięciu Kopców (1542 m. n.p.m.) stanowiących najwyższą kulminację Pilska po polskiej stronie. Sam szczyt Pilska (1557 m. n.p.m.) odległy o ok. 200m na południe wznosi się już po stronie słowackiej. Udałyśmy się tam i na szczycie stanęłyśmy jako jedyne. Jest to najwyższy szczyt Żywiecczyzny (drugi po Babiej Górze) w Beskidach. Króluje po polskiej i słowackiej stronie. Wierzchołek kopuły szczytowej jest rozległy i płaski, łatwo stracić tu orientację we mgle. My miałyśmy doskonałą pogodę, słonecznie i bezwietrznie. Po chwili na szczyt dołączyła grupa chłopaków, którzy wybierali się w jeszcze dalszą drogę. Po leżakowaniu na szczycie i podziwianiu Babiej Góry zeszłyśmy do schroniska czarnym szlakiem, z którego fantastycznie prezentowała się Hala Miziowa. Wieczorem okazało się, że w pokoju brakuje dwóch młodych dziewczyn. Było trochę niepokoju o nie, a tymczasem one beztrosko wróciły przed 22.00. oburzone, że zawiadomiłyśmy recepcję o ich nieobecności. Gdyby nie wróciły do 22.00 GOPR ruszyłby na poszukiwanie. Miałam wielką ochotę wykorzystać bliskość szczytu i przed świtem zdobyć Pilsko jeszcze raz, by zobaczyć wschód słońca. Niestety w nocy rozpętała się burza, trzaskało okiennicami i było trochę strachu. Zrezygnowałam z rannego wyjścia.

Dzień VI : Hala Miziowa-Przełecz Glinne-Jaworzyna-Bacówka Victoria

Rankiem pożegnałyśmy się z Kasią, Ziutą i Zuzią, które udały się z powrotem w kierunku Hali Rysianki, by zanocować tym razem na Hali Lipowskiej, a kolejnego dnia zejść do Rajczy. My po przeanalizowaniu możliwości noclegu stwierdziłyśmy, że mamy dwa miejsca do wyboru: Bacówkę Victorię, która nie leży przy naszym szlaku lub bazę namiotową na Przełęczy Głuchaczki. Udałyśmy się czerwonym szlakiem w kierunku przełęczy Glinne, gdzie znajduje się przejście graniczne. Na przełęczy zadzwoniłyśmy do bacówki Victorii, aby zapytać o nocleg. Usłyszałyśmy, że miejsca są i połączenie przerwało. Nic więcej nie udało nam się dowiedzieć. Chwilę odpoczęłyśmy przed krótkim ale bardzo stromym podejściu. Po pokonaniu tego progu trasa wyrównuje się i wśród malowniczych zagajników wyprowadza na szczyt Student (935 m. n.p.m.), następnie dość łagodnie na Weskę (955 m. n.p.m.). Kiedy osiągamy Przełęcz Półgórską (854 m. n.p.m.) oddzielającą Szelust od szczytu Jaworzyny szlak zaczyna się piąć dość mozolnie. Męcząc się, wreszcie osiągamy wierzchołek Jaworzyny (1047 m. n.p.m.). Z niewielkich polanek otwierają się widoki na Romankę i Pilsko, a także kolejny etap naszej wędrówki – Mędralową. Za szczytem Jaworzyny natrafiłyśmy na strzałki kierujące do prywatnej bacówki, gdzie chciałyśmy zanocować. Ścieżka bardzo ostro schodziła w dół. Martwił nas ten fakt, bo to oznaczało, że potem trzeba będzie znowu zdobywać wysokość. Ścieżka doprowadza do czarnego szlaku, który z Korbielowa prowadzi przez Magurkę do Tabakowego Sioła. Po kilkunastu minutach naszym oczom ukazuje się polanka z urokliwym domkiem. To nasza bacówka! Z wielką ulgą witamy ten widok. Niestety nie widzimy ani żywej duszy. Bacówka zamknięta, na drzwiach wisi karteczka, że właściciel będzie po 16.00. Nie pozostało nam nic innego jak czekać. A było ok. godz. 14.00. Spędziłyśmy ten czas oglądając z każdej strony piękną chatkę i nie szczędząc aparatu. Wylegiwałyśmy się na trawie i chłonęłyśmy ciszę i spokój tutaj panującą. Wreszcie doczekałyśmy się właściciela, którym okazał się starszy pan. Pochwaliłyśmy go za urodę tego miejsca na co pan odpowiedział: „kto się nie leni, temu się zieleni”. Pan okazał się bardzo dbającym o porządek człowiekiem i wymagającym tego od turystów. W bacówce wszędzie były porozwieszane karteczki z instrukcjami dla turystów, jak się zachowywać. Mimo tego, miejsce to pozostawiło nam bardzo miłe wspomnienia, przyjęto nas tutaj po królewsku. Do wieczora miałyśmy dużo czasu więc trochę gawędziłyśmy z właścicielem. Ustaliłyśmy, ze rano wyjdziemy o 6:30 więc pan powiedział, że nie wypuści nas bez śniadania i musiałyśmy na to przystać. Jak się potem okazało jajecznica zjedzona o 6:00 rano, była bardzo potrzebna.

Dzień VII : Bacówka Victoria-Mędralowa-Mała Babia Góra-Babia Góra-Przełęcz Krowiarki-Zawoja

W nocy zaczęło padać i rano nadal siąpił deszcz. Właściciel bacówki próbował nas odwieść od tego, żeby iść na Babią Górę. Radził nam zejść do Przyborowa. No cóż, biorąc pod uwagę, że już od sześciu dni szłyśmy na Babią Górę nie było szans żeby w ostatnim, decydującym dniu zrezygnować z powodu deszczu. Założyłyśmy peleryny i za radą starszego pana nie wracałyśmy do góry lecz dalej czarnym szlakiem w dół. Doszłyśmy do osiedla Głuchaczki i stamtąd drogą w górę, przechodzącą w ścieżkę wróciłyśmy do czerwonego szlaku na Przełęczy Głuchaczki, gdzie poniżej na polanie znajduje się baza namiotowa. O tej porze namioty zasnute mgłą skrywały turystów pogrążonych jeszcze we śnie. Powyżej przełęczy w prawo odchodzi żółty szlak słowacki, który pozwala ominąć męczące podejście na Mędralową. Nie skorzystałyśmy z tego skrótu mimo stromego podejścia, którym wiódł szlak czerwony. Z Mędralowej podziwiałyśmy „parujące” góry. Zejście w kierunku przełęczy jest początkowo dość strome. Tam spotkałyśmy pierwszych dzisiaj turystów, którzy wracali z Babiej Góry ze wschodu słońca. Niestety przez pogodę nic nie widzieli. Kiedy mówiłyśmy, że idziemy z bacówki Victorii, panowie pytali o właściciela, czy to taki dbający o porządek pan. Jak widać właściciel bacówki jest dość charakterystyczny i zapada w pamięć. Słyszałam również o nim potem od mojej koleżanki, która kiedyś też tam nocowała. Kolejny etap to Przełęcz Jałowiecka. Od przełęczy zaczyna się masyw Babiej Góry. W prawo odchodzi zielony szlak na Małą Babią Górę, a czerwony odgałęzia w lewo i podąża do schroniska na Markowych Szczawinach. Wybrałyśmy szlak zielony ponieważ od początku w planach miałyśmy przejście przez Małą Babią. Moja siostrzenica twardo parła do góry, a ja podejście na Małą Babią zapamiętałam jako mozolną wspinaczkę we mgle gęstej jak mleko, gdzie kikuty drzew widoczne na parę metrów, straszyły swoim wyglądem. Ku mojej uldze po dotarciu do wierzchołka Małej Babiej zwanego Cylem (1517 m. n.p.m.) mgły zaczęły się rozpraszać. Zatrzymałyśmy się tam tylko po to, by pstryknąć zdjęcie na szczycie i udałyśmy się na Przełęcz Brona (1408 m. n.p.m.). Tam wreszcie zatrzymałyśmy się na krótki odpoczynek i przekąszenie małego co nieco. Tutaj znowu znaki czerwone spotykają się z zielonymi. Ruszyłyśmy grzbietem granicznym w kierunku widocznego już w oddali szczytu. Martwiło nas to, że ciągle na niebie przetaczały się ciemne chmury. Im byłyśmy bliżej szczytu, dawały się słyszeć groźne pomruki i pojedyncze grzmoty. Jednak będąc tak blisko celu naszej wędrówki ani myślałyśmy zrezygnować z wejścia na szczyt. Spotkałyśmy nawet starsze małżeństwo, znajome z Krawcowego Wierchu, które już schodziło z Babiej Góry. To był też cel ich wędrówki. Na szczyt dotarłyśmy około południa. Królowa Beskidów (1725 m. n.p.m.) pokazała nam się od groźnej strony. Ledwo zdążyłyśmy przez chwilę zobaczyć Jezioro Orawskie, pstryknąć kilka zdjęć, a potem usadowić się przy kamiennym murku osłaniającym od wiatru, kiedy rozpętała się gwałtowna burza. Sypnęło gradem i tak mocno wiało, że nie sposób było iść. Skuleni turyści, łącznie z nami zmuszeni byli trwać na szczycie i modlić się, żeby nawałnica jak najszybciej się skończyła. Przeczekałyśmy tak kilkanaście minut i mimo, że wiatr i deszcz nie ustawał zdecydowałyśmy się schodzić na przełęcz Krowiarki, byle znaleźć się niżej. Najgorsze było za nami, wiatr jakby przycichał, napotykałyśmy ludzi przycupniętych między kosodrzewiną, szukających osłony przed nim. Przystanęłyśmy tylko na chwilę na Sokolicy aby zobaczyć Babią Górę w całej swej okazałości. A potem byle jak najszybciej zejść z tej góry. W lesie, między drzewami zalegały masy gradu. Wyglądało to jakby popadał śnieg. Deszcz przestał padać ale kiedy znalazłyśmy się na przełęczy i niestety na nogach udałyśmy się asfaltem do Zawoi, jakby nie dość napadało nam na szczycie znowu zaczęło mocno lać. Szłyśmy bez słowa, wypatrując tylko za każdym zakrętem naszego przystanku, z którego miałyśmy odjechać do Krakowa. Mimo peleryn przeciwdeszczowych przemoczyło nas i po dotarciu do busa najpierw musiałyśmy się przebrać. Miałyśmy na to pięć minut i o mały włos, a bus odjechałby bez nas.

Tak się zakończyła nasza mała „wielka przygoda”. Siostrzenica stwierdziła, że jej noga więcej na Babiej Górze nie postanie. Było to jej pierwsze spotkanie z tą górą ale w duchu mam nadzieję, że jednak nie ostatnie.

Odwiedzone miejsca

środa, 2010-12-08
czwartek, 2010-12-09
piątek, 2010-12-10
sobota, 2010-12-11
niedziela, 2010-12-12
poniedziałek, 2010-12-13
wtorek, 2010-12-14

Inne wycieczki użytkownika

Pokaż więcej

Komentarze

2013-08-19 22:30:43

Parę dni temu bylam w tych rejonach, na Hali Boraczej,Hali Lipowskiej, Rysiance i wcześniej w Zwardoniu. Kiedyś zorbiłam taki rajd 4 dniowy po Beskidzie Śląskim. pozdrawiam :)

2012-10-15 21:39:00

pieknie pieknie

Pozdrawiam

2011-09-15 23:20:10

Super wyprawa. wszystkie Twoje wycieczki, relacje i  fotki są bardzo ciekawe. Pozdrawiam :)

2011-01-30 21:46:22
Jak pierwszy raz wziąłem rodzine na Babią to usłyszałem od córki- tatuś chyba Cie pogieło:) (cyt).
A Twoja siostrzenica 7 dni w trasie - szacunek
2011-01-30 20:45:25
Dzięki. Twoje wycieczki też są super.
2011-01-29 22:18:33
Gratuluję wyprawy! Podobnie jak Darkowi, tez mi brakuje kilkudniowych wypadów z plecakiem (ostatni chyba za studenta). Świetne- relacja i zdjęcia.
Pozdrawiam Zainspirowany II.
2010-12-10 18:23:47
Oj, dawno, dawno. Mam nadzieję, że to nadrobię :)
Dzięki za uznanie.
2010-12-10 16:00:25
Świetna wyprawa, dawno Cię nie było :)
2010-12-10 12:51:37
Czekam na relację z niecierpliwością, dzięki Tobie może nie pobłądzę w Beskidzie Żywieckim i będę się tam czul bardziej swojsko ;)
2010-12-10 11:20:02
Dzięki Darku. Dużo czasu zajęło mi umieszczenie relacji z ubiegłorocznych wakacji. Mam nadzieję, że z tegorocznych uda mi się zrobić to szybciej. Zdradzę, że to też była wyprawa z serii "W siedem dni z..."
2010-12-10 09:46:16
Ja również od dawna marzyłem o wycieczce kilkudniowej, gdzie wędrowałabym z plecakiem od schroniska do schroniska tak jak Ty. Twoja wyprawa Tereso jest kapitalna i godna naśladowania.
Na pewno posłuży mi ona za inspirację, przed planowaniem wyjazdów w przyszłym roku. Szkoda że Beskid Żywiecki jest tak daleko od Legnicy :(
Ale jak to mówią nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo twoja relacja w dość dużym stopniu skróciła tą wielką przepaść, która do niedawna dzieliła Legnicę i Beskid Żywiecki ;)
Newsletter Wypisz się z newslettera
Portal pozytywnych podróżników
Copyright 2005-2019
Znajdziesz nas na: