, Magdalena

po tatrzańskich szczytach (i nie tylko) (Zakopane)

2010-08-14 - 2010-08-22
2011-12-10 18:30:14
Avatar użytkownika
Magdalena Krajtroter 71326 kilometrów
Miejsca odwiedzone podczas wycieczki
kraków - ogród botaniczny, tyniec > kościół pijarów > ogród botaniczny w Krakowie > koncert w tyńcu > Kraków > Nosal > Dolina Olczyska > Dolina Strążyska > Giewont > Dolina Kondratowa > Dolina Małej Łąki > Przysłup Miętusi > Dolina Jaworzynki > Hala Gąsienicowa > Czarny Staw Gąsienicowy > Zawrat > Dolina 5 stawów > Wielka Siklawa > Dolina Roztoki > Czarny staw pod Rysami > Zmarzły Staw > Wodogrzmoty Mickiewicza > Zakopane > Zakopane > Zakopane > Zakopane > Zakopane > Zakopane > Dolina Białki > Morskie oko > Czarny staw pod Rysami

Zakopane przywitaliśmy o 9 rano, po dotarciu do naszej posesji i krótkim odpoczynku, nie chcąc tracić czasu, wyruszyliśmy w góry.



Ponieważ było już południe, naszym celem był niewielki szczyt niedaleko zakopanego - Nosal (1206). Na szlak weszliśmy bezpośrednio z Zakopanego - do Kuźnic nie ma potrzeby specjalnie jechać. Pogoda dopisywała, choć duszne powietrze dawało się we znaki i zastanawiałam się jak ja dam radę na 2000 metrów, skoro już tutaj jest mi ciężko, ale w końcu to była pierwsza taka wędrówka po naprawdę długim czasie. Ze szczytu którego rozpościera się piękny widok na całe tatrzańskie pasmo. Można popatrzeć sobie na to, co czeka nas w kolejnych dniach górskich wędrówek. Szlak, poza tym, że wiedzie cały czas w górę, co jest oczywiste, jest łatwy, a droga dodatkowo posiada ułatwiające wchodzenie bloki skalne i drewniane belki. przez cały czas, nawet w niższych partiach możemy podziwiać piękne widoki, a odpocząć można na "przydrożnych" skałkach. Zejście drugą stroną okazało się troszkę gorsze - tutaj trzeba było skorzystać ze skał, by podtrzymać się, ale trudne nie jest.



Zejście to powiodło nas do Doliny Olczyskiej. jest to urokliwa dolinka, do której wiedzie żółty szlak - trzeba patrzeć na znaki, aby nie zejść do Kuźnic szlakiem niebieskim. Jedynym utrudnieniem były duże place błota po nocnym deszczu. Schodząc w dół dochodzimy do potoku, który w dalszej wędrówce możemy słyszeć z góry.

Ze szlaku wychodzi się przy Jaszczurówce. jest to naprawdę krótka (-3 godzinna), przyjemna trasa, odpowiednia jeśli nie mamy do dyspozycji całego dnia lub jesteśmy zmęczeni poprzednim, a nie chcemy tracić dnia.

I tak rozpoczęliśmy nasze górskie wakacje.



W kolejnym dniu już trzeba było wstać troszkę wcześniej, ponieważ w planach był Giewont (1867). Jednak wyjście po 8, było jak najbardziej wystarczające, zwłaszcza, że zamierzaliśmy iść od Doliny Strążyskiej, która rozpoczynała się niedaleko miejsca naszego pobytu.

po tatrzańskich szczytach (i nie tylko)

Słyszałam, że dolinka ta do najłatwiejszych nie należy, jest dość stromo i długo pod górę. Zaczęliśmy wyprawę i zdziwiła mnie ta opinia, ponieważ była bardzo przyjemna droga nad potokiem. Jednak później się zaczęło. Łatwa droga się skończyła - czerwony szlak złączył się z czarnym - drogowskaz na giewont 2 g. 50 min. Przeszliśmy mostek i weszliśmy na szlak, który wydawało się, że nigdy się nie skończy i z upragnieniem wyczekiwało się aż nadejdzie rozłączenie szlaków, bo wtedy było już wiadome, że rozpoczyna się właściwy szlak na szczyt. Pani z domku ostrzegała, że trasa ta jest trudna i lepiej iść od Kuźnic, ale ciekawość i moje upodobanie do dolinek zwyciężyło i nie ma czego żałować. Momentami ścieżka jest naprawdę stroma, a wchodzi się po blokach skalnych, gdzie niektóre są wg mnie zbyt wysokie i tym bardziej męczą, ale to dobry sprawdzian kondycyjny i niezła rozgrzewka na kolejne dni.

Po rozgałęzieniu szlaków rozpoczyna się już mniej męcząca wędrówka w kierunku Giewontu. Droga jest cudowna - biegnie po zboczu - jest dość wąska i wyposażona we wspaniałe widoki ! ale dla tych, co mają lęk wysokości, to nie jest dobre miejsce. Ścieżka ta prowadzi do tzw. Siodła, gdzie jest rozejście szlaków na Kopę Kondracką i na Kuźnice. Tutaj chwila wytchnienia na skałkach i właściwe podejście aż pod krzyż. Łańcuchy rozpoczynają się kawałek wyżej i jest to tylko krótki fragment niezbyt trudny, ale jednak trzeba uważać i wchodzenie tam w klapkach,a nawet pełnych sandałkach nie należy do zbyt mądrych. To, co przeraziło mnie najbardziej, to pan ze śpiącym 2- latkiem w nosidełku na jego plecach. Na łańcuchach oczywiście kolejka,ale dzięki temu człowiek za bardzo się nie zmęczy, ma czas na robienie zdjęć i podziwianie widoków :). Po łańcuchach jeszcze tylko parę kamieni i już szczyt ! Rój ludzi, ale to nie umniejsza piękna i radości z wejścia. W tym momencie był to mój najwyższy zdobyty szczyt i to z łańcuchami. (wcześniej Turbacz - 1350).

Zejście też ubezpieczone jest łańcuchami i również nie należy do wybitnie trudnych. To o czym należy pamiętać, to to, że ruch tam jest jednokierunkowy !!! Docieramy do wcześniej wspomnianego rozejścia i teraz już powrót inną drogą w kierunku Kuźnic. Szlak jest prosty no i cały czas w dół :) Chociaż to schodzenie, też potrafi nieźle obciążyć stawy, dlatego lepiej nie zbiegać z góry, tylko schodzić lekko, żeby na następny dzień nie musieć siedzieć w pokoju. Do Kuźnic idzie się przez Dolinę Kondratową, mijając schronisko, gdzie przewija się masa ludzi.

Na trzeci dzień zaplanowane zostały Czerwone Wierchy, jednak skończyło się na Przysłupie Miętusim, ponieważ pogoda zaczęła robić się coraz mniej pewna i chyba wyszliśmy trochę za późno, a kolejny dzień miał być najtrudniejszy z tych wszystkich (i był, zwłaszcza dla kogoś chodzącego po szczytach po raz pierwszy). Szliśmy przez Dolinę Małej Łąki, która była dość błotnista, później troszkę pod górę i już jest ów Przysłup (1182). Po zachwianiu pogody wracaliśmy tą samą drogą, a dzień wykorzystaliśmy na odpoczynek przed kolejnym dniem.

A celem tego dnia był Zawrat (2159). Wyprawę rozpoczęliśmy od dojazdu do Kuźnic. Na miejscu zeszliśmy ze standardowego szlaku niebieskiego w Dolinę Jaworzynki, którą prowadzą znaki żółte. Dolinka jest naprawdę ładnie położona i warto się nią przejść, idąc w tamtym kierunku, choć jest ona bardziej męcząca, zwłaszcza jeśli planuje się dalszą trasę. Na początku łagodnie, a wokół góry, później zaczynają się schody i dość długi marsz ostro pod górę - jednak warta jest ta trasa wysiłku. Szlak wije się coraz bardziej pod górę, przed nami i za nami pojawiają się rozleglejsze panoramy, a ścieżka w dole, którą przed chwilą szliśmy sprawia wrażenie cienkiej nitki. Tak docieramy do drogowskazu. który kieruje nas na Halę Gąsienicową, tutaj też dochodzi niebieski szlak. Teraz już czeka nas lekka wędrówka do Hali z celem przed oczyma. w schronisku uzupełnienie sił i ruszamy dalej.

A dalej czeka nas przejście przez skalną ścieżkę, tzn. utworzoną z wielkich bloków skalnych. Trzeba tutaj uważać, choć droga jest łatwa, ponieważ niektóre bloki się poruszają pod stopami i są między nimi szczeliny. Teraz wyłania się nam Czarny Staw Gąsienicowy - prawdziwy cud natury. każdy kolejny odcinek wydaje się być ładniejszy od poprzedniego, dlatego też pojawia się zdjęcie za zdjęciem. Mamy to szczęście, że szlak prowadzi dookoła stawu, więc można się napatrzeć na niego, nie tracąc czasu na dłuższe przystanki. idziemy dalej.

Teraz zaczyna się właściwe podejście, a staw już cały mieści się w obiektywie. Po drodze mijamy jeszcze zmarzły staw - malutkie bajorko w porównaniu z poprzednim, które niedługo stanie się tylko małą niebieską plamką. Droga już tutaj łatwa nie jest, ponieważ jest ona rumowiskiem skalnym, głaz na głazie. Robi się bardziej ciekawie, gdy w końcu dochodzi się do skał i teraz trzeba wdrapywać się na nie - jest tutaj kilka fragmentów, przy których zdziwiło mnie, że nie było żadnego ubezpieczenia, ale można sobie bez problemu dać rade, jednak trzeba uważać. Kolejny etap, to już łańcuchy i to już zdecydowanie nie są łańcuchy giewontowskie - tutaj nie służą tylko jako jakieś tam mało istotne podpórki - tutaj są one praktycznie niezbędne, zwłaszcza w niektórych miejscach i służą do tego, żeby móc się na nich po prostu wciągnąć. I właściwie nie wyobrażam sobie wchodzić tam bez rękawiczek, choć są i tacy. Zaczęło trochę kapać z nieba, jednak to tylko kilka kropel i mogliśmy dalej wchodzić bez problemu. Strach w oczach momentami był i owszem, jednak warto było i powrót w to miejsce na pewno będzie przy kolejnej okazji. Jednak to również nie jest trasa dla wrażliwych na wysokość i przepaścistość. Ostatnie łańcuchy, jeszcze kilka kroków w górę i szczyt !

A ze szczytu widok na Dolinę pięciu stawów - już stąd widać pierwszy ze stawów. Chwila na górze, kilka zdjęć i trzeba schodzić - odczuwalna temperatura przy wietrze to jakieś 10 stopni, dlatego podziwiać długo się nie da, nawet w kurtce i czapce.

po tatrzańskich szczytach (i nie tylko)

Zejście mimo, że w dół jest męczące. strome bloki skalne, często krzywo poukładane dają w stawy nieźle. w miarę schodzenia wyłaniają się kolejne stawy. Robi się już trochę cieplej. Dalej kierujemy się szlakiem w kierunku Wielkiej Siklawy. I wbrew wszelkim pozorom wcale nie jest łatwo (znów), znów schodzenie w dół, ale skały są miejscami płaskie i śliskie od wody. Jeszcze przed Siklawą jakiś mały "wodospadzik" i potem potęga żywiołu, niesamowity szum wody i dalej w dół aż do końca szlaku. Na drodze powrotnej czeka nas jeszcze Dolina Roztoki. szkoda tylko, że pogoda się popsuła i zaczęło dość mocno padać, więc wyglądała niezbyt ciekawie i dość wodniście, zwłaszcza, że przecinają ją liczne strumyki. No i kamienie zrobiły się śliskie. Po wyjściu ze szlaku czeka nas niestety jeszcze 40 minutowy marsz asfaltową drogą do Palenicy Białczańskiej i ta droga jest baaardzo uciążliwa - nie ma nic gorszego niż takie ciągnące się asfalty, ale na szczęście po drodze małe urozmaicenie - słynne Wodogrzmoty Mickiewicza.

Po takim dniu kolejny poświęciliśmy na odetchnienie i zwiedzanie miasta. Odwiedziliśmy dwa bardzo ładne kościół - jeden na szlaku architektury drewnianej, przy którym znajduje się stary cmentarz z oryginalnymi pomnikami, rzeźbionymi w drewnie. Drugi przy Krupówkach - murowany, bardzo ładnie udekorowany wewnątrz. Stamtąd udaliśmy się do parku nieopodal Krupówek, który "słynie" z leniwych turystów (nie tylko), którzy podziwiają góry od dołu i rzeczywiście widać z niego wspaniałą panoramę Tatr. Po drodze trafiło się kilka interesujących rzeźb oraz pomnik. No i wciąż mnie zachwyca architektura tego regionu.

Szósty dzień był jednocześnie ostatnim dniem w Tatrach - wieczorny pociąg ograniczał czas, dlatego można było sobie pozwolić tylko na coś, co dawało pewność czasową - wahaliśmy się między Jaskinią Mroźną, a Czarnym Stawem pod Rysami. wybór padł na staw, wszak jaskinie są wszędzie, a takie atrakcje tylko tam. Wyruszyć trzeba było wcześnie rano, by dojechać do Palenicy, a stamtąd tą nieciekawą drogą nad Morskie Oko - dobrze, że przynajmniej chwilę można od niej odpocząć skracając drogę przez las. Idziemy i idziemy i idziemy - dochodzimy do miejsca, gdzie bryczki już dalej nie jadą i wyłaniają się cudne widoki na Tatry Wysokie aż w końcu dochodzimy nad Morskie Oko - tu chwila odpoczynku i śniadanie i ruszamy dalej szlakiem na Rysy. Szlak wiedzie wokół Morskiego Oka i trzeba przyznać, że z innych stron jest dużo bardziej interesujące niż znad samego schroniska. Swoją drogą nie ma nawet jak odpocząć ze względu na rój turystów, który oblega teren wokół - z daleka dopiero było widać małe ludziki siedzące jeden przy drugim i ani kawałka wolnej przestrzeni.

Po częściowym przejściu Morskiego Oka, zaczęła się wspinaczka pod Czarny Staw. No nie powiem - męcząca to ona była, zwłaszcza po tylu dniach chodzenia wciąż pod górę. Ale cóż, będą w Tatrach, trzeba się nastawić na to, że idąc gdziekolwiek będzie wciąż w górę i w górę. Podejście jest dość strome, miejscami śliskie, są naprawdę duże bloki skalne i zastanawiałam się jak sandałkowiczowie sobie nóg tam nie połamali. I tam jak wszędzie warto się wdrapać. Gdy wyłonił się Czarny staw, muszę przyznać, że byłam troszkę zawiedziona, bo poza tym, że otoczenie imponujące, to nic przed pada się na kolana (subiektywne odczucie), jednak wystarczy spojrzeć za siebie i dech zapiera - widok na Morsie Oko. Stanąć tak na półce skalnej, patrzeć w dół, obok spływa krystaliczna i lodowata woda - bajka. posiedzieliśmy tam jakieś 1,5 godziny. Czasu było dużo, a naprawdę ciężko było stamtąd odejść, zwłaszcza mając świadomość, że za chwilę czeka powrót do rzeczywistości.

I tak skończyła się przygoda z Tatrami. Pierwsza prawdziwa, ale mam nadzieję, że nie ostatnia.

Avatar użytkownika
Magdalena Krajtroter 71326 kilometrów

Komentarze

Avatar użytkownika
toja1358 Krajtroter 10687 kilometrów
2011-08-16 19:39:46

Świetne fotki, piękne trasy, które też niejednokrotnie przechodziłam. Polecam wszystkim, warto się pomęczyć. Pozdrawiam :)

Avatar użytkownika
Magdalena Krajtroter 71326 kilometrów
2011-07-21 20:41:31

było warto było :) i wszystkich, którzy nie byli w tych miejscach, zachęcam do ich odwiedzenia ... 

Avatar użytkownika
Paweł Gąsiorek Krajtroter 10652 kilometrów
2011-07-21 19:51:38

Świetne fotki-wspaniałe widoki-męczące 5 dni-ale napewno -BYŁO WARTO

 

Newsletter Wypisz się z newslettera
Znajdziesz nas na:
PolskieSzlaki.pl - polskie atrakcje - popularny portal turystyczny tworzony od 15 lat przez aktywną rodzinkę złożoną z mamy, taty i trzech córek. Sercem Polskich Szlaków jest blog z ciekawymi wpisami i fotorelacjami z wypraw oraz opisy atrakcji turystycznych w Polsce z pięknymi zdjęciami. Na przyjaznym Forum mamy 48 tys. postów. W sezonie notujemy 50 tys. Użytkowników na dzień, poza sezonem około 10 tys. Na profilu facebookowym mamy blisko 25 000 polubień, a na Instagramie ponad 2 300 Obserwujących.
Dreptamy.pl - wszystkie nasze wycieczki po Polsce
Copyright 2005-2020