Dolina Lejowa, Nosal i Hala Gąsienicowa

Przedostatni słoneczny, jesienny weekend spędziliśmy w Taterkach.



Pierwszego dnia wybraliśmy się do Doliny Lejowej. U jej wrót stoi sobie skałka, na której można się wspinać. Jest tam kilka łatwych dróżek dla mnie i kilka trudniejszych. Było super cieplutko i w zasadzie cały dzień spędziliśmy na wspinaniu. Dopiero późnym popołudniem poszliśmy na spacer w głąb doliny. Poprzednio byłam tam zimą kilka lat temu. Krajobraz wokół wyglądał całkiem inaczej nie tylko przez śnieg. Tym razem całe zbocza były odsłonięte przez wiatrołomy. Wrota doliny również - wcześniej nasza skała wydawała się taka samotna, a teraz widać, że jej mur ciągnie się daleko na szczyt wzgórza. Widok ten mimo wszystko jest dość przygnębiający - pokazuje, jak bardzo niszczycielska może być natura.

Dość szybko doszliśmy do Polany Huty Lejowe. To mniej więcej połowa czarnego szlaku. Tu zaczyna się nieco bardziej strome podejście. Jednak nie zwolniliśmy na nim, chcieliśmy zdążyć przed zmrokiem do Kościeliskiej. Początek listopada to "miśkowy" czas, niedźwiedzie aktywnie szukają czegoś, co pozwoli im obrosnąć sadełkiem na zimę i woleliśmy nie spotkać żadnego z nich na naszej drodze. Jedyny postój zrobiliśmy na Przysłopie Kominiarskim obok małej chatki - bacówki. Nad Przysłopem góruje szczyt o nazwie Zadnia Kopka, należący do Korony Tatr obejmującej wszystkie najwybitniejsze tatrzańskie góry (nie mylić z WKT!). Nie próbowaliśmy na nią się wdrapać, bo znajduje się poza szlakiem, ale wiemy, że rozciąga się z niej podobno wprost bajeczny widok. Może kiedyś zaryzykujemy, kto wie ;)



Schodziliśmy Ścieżką nad Reglami do Doliny Kościeliskiej. Wcześniej spotkaliśmy może z pięć osób na szlaku, a teraz tłumy. Zrobiło się tłoczno i gwarno, więc przyspieszyliśmy. Było już dość mroczno, ale udało się nie wyciągać czołówek. Na parking doszliśmy już po ciemku, chodnikiem wzdłuż asfaltu. Nota bene przydałoby się postawić tam latarnie, bo chodzenie tamtędy nie jest zbyt bezpieczne.

Na niedzielę chłopaki zaplanowali wspinanie na Kościelcu. Koleżanka wybrała ten szczyt na cel swojego trekkingu, ale mi średnio uśmiechało się wychodzić nań po raz bodajże czwarty, więc odpuściłam. NIe czułam się też dobrze tego dnia, po wspinaniu miałam mocne zakwasy. Odpuściłam więc i zrobiłam sobie samotny (szłam sama na końcu, bo nie miałam siły) spacer najpierw na Nosal (moja ekipa była już wtedy na Skupniów Upłazie, co uwidacznia, jakie braki w kondycji mam obecnie), a potem dalej do Gąsienicowej. Nosal był moim ostatnim niezdobytym szczytem na szlakach w polskich Tatrach. Bardzo mnie ucieszyło wejście na niego. Całe podejście przeszłam samotnie, dopiero pod samym wierzchołkiem spotkałam grupę osób. Cieszyłam się chwilą i słońcem. Było naprawdę cudnie, ciepło, widoki wspaniałe. Weszłam na górę, porobiłam kilka zdjęć i przeszłam trochę dalej, gdzie nie było ludzi. Spędziłam na górze ze 20 minut i bez jakiegokolwiek pośpiechu ruszyłam na dół na Nosalową Przełęcz, a potem w górę przez Boczań. Znowu byłam sama. Nie spieszyłam się, bo jak znam chłopaków to nawet jeszcze nie zaczęli i i tak będziemy wracać po ciemku.

Dłuższy postój zrobiłam na Przełęczy Między Kopami. Pojadłam, popiłam i ruszyłam do Murowańca. Ten widok tuż za przełęczą, kiedy nagle cała Hala i jej otoczenie pojawia się jak na dłoni, jest już klasyczny, ale mimo, że widziałam go n-ty raz, to nadal przyprawiał mnie o gęsią skórkę. Zachwycające są te góry wokół. No i na większości już byłam :) Doszłam do schroniska i zadzwoniłam do koleżanki. Akurat schodziła z Kościelca, więc wyszłam jej na przeciw. Spotkałyśmy się za stawek Kurtkowiec tuż przy rozejściu się szlaków niebieskiego i czarnego. Zachodnią ścianę Kościelca było widać jak na dłoni, a na drodze tuż przed trudnościami wypatrzyłam naszych panów. Oszacowałam, ile czasu im zostało i jak w związku z tym zaplanować wieczór. Zrobiło się zimno, więc wróciłyśmy do Murowańca. Na miejscu zamówiłyśmy po zupce. Nie miałam pojęcia, że za zwykły żurek w ilości nieco większej, niż co kot napłakał, ale nadal małej przyjdzie mi zapłacić aż 22 złote! Biorąc pod uwagę, że droga dojazdowa jest płaska i łatwa, to mogliby sobie darować takie ceny. Nawet na Słowacji jest taniej, a do większości schronisk trudno się dostać inaczej, niż na piechotę. Cena jak w restauracji, a smak jak w przeciętnej jadłodajni.  

Mimo wszystko dobrze się było rozgrzać przed zejściem. Ok. 17-stej chłopaki zadzwonili, że już skończyli, schodzą i my też mamy już się zbierać. Dogonią nas na zejściu, bo do schroniska się nie wybierają. No to poszłyśmy. Było już całkiem ciemno. Wyciągnęłyśmy czołówki i ruszyłyśmy w tę ciemność. Bałam się trochę, ale koleżanka jest taka twarda i silna, że żaden misiek jej nie podskoczy ;). Zrobiło mi się raźniej :) Szłyśmy głośno rozmawiając, gdy nagle zobaczyłyśmy świecące w ciemności prosto na nas oczy. Zrazu trochę wyżej, a po kilku krokach podejścia niżej. Na tyle nisko, by przypuszczać, że nie jest to nic, co mogłoby nas zjeść ;). Oczka okazały się należeć do "sicy". Była na tyle ciekawska, że oddaliła się nieco, by zrobić nam przejście a następnie znów usiadła na środku szlaku i obserwowała, jak się oddalamy. Pewnie liczyła na coś do jedzenia, kto wie? 

Zdziwiło mnie, że Doliną Jaworzynki schodzi wiele osób. W dole i na zejściu było gęsto od czołówek, tymczasem na Skupniów Upłazie nie widziałyśmy przed sobą nikogo. Dolina słynie z miśków, na które łatwo się napatoczyć, więc po zmroku schodziłam tamtędy tylko raz i to w większej grupie. Wybrałam tym razem niebieski szlak, na którym trudniej o taką "atrakcję". Szłyśmy szybko, gadały głośno, żeby odstraszyć potencjalnego zwierza. Zobaczyłam świeże ślady po czyichś butach i poczułam się dużo bezpieczniej. Rozgadane, w cudownych nastrojach zeszłyśmy do Kuźnic. Tam jeszcze ucięłyśmy pogawędkę ze znudzonym kierowcą busa i wreszcie po kilku próbach udało się nam dodzwonić do chłopaków. Dopiero ruszali z Murowańca! Przez nimi ponad godzina wędrówki, a trasa na pewno się przedłuży przez zmęczenie i ciężkie plecaki, więc nie pozostało nam nic innego, jak zejść na dół do knajpki, kupić po kawce i poczekać. I tak też zrobiłyśmy.



I tak skończył się weekend pełen wrażeń :)

Trasa z drugiego dnia: https://www.planetagor.pl/places/application/TrialPage.php?ID=24347 

Komentarze

2018-12-19 00:27:30

[cytuj autor='marian'] Tylko pozazdrościć tych Taterek.Ja bardzo chciałbym wejść jeszcze na Nosal, może kiedyś-chociaż lata uciekają. [/cytuj]

Łatwo się wchodzi i dość szybko, więc wszystko przed tobą :)

2018-12-18 12:47:06

Przecudne widoki, w sam raz na to, co za oknem :)

2018-12-13 20:31:59

Super, zazdroszczę...

2018-12-12 09:35:23

Tylko pozazdrościć tych Taterek.Ja bardzo chciałbym wejść jeszcze na Nosal, może kiedyś-chociaż lata uciekają.

Newsletter Wypisz się z newslettera
PolskieSzlaki.pl - polskie atrakcje
Copyright 2005-2019
Znajdziesz nas na: