2015-04-24 - 2015-04-25
2018-11-15 23:02:21

Wrocław. I nic nie trzeba dodawać. Na tym jednym zdaniu mogłabym właściwie skończyć moją relację. Skrobnę jednak jeszcze kilka zdań, bo ten Wrocław, to nie była taka zwyczajna sytuacja pod tytułem „wyjazd”. My pojechałyśmy z Darkiem w delegacje. Czyli, że tata będzie w piątek pracował. A ja mam w tym czasie zająć czymś siebie i dzieci. Przedział wiekowy od przedszkola do młodości zaawansowanej. I weź tu człowieku wymyśl, co ta grupa niezorganizowana ma robić, w pełnym zabytków mieście.



Do Wrocławia docieramy na styk, można powiedzieć. Zapasu czasu nie mamy żadnego. Już raczej deficyt. Wysadza mnie mój mąż, wysadza z dziećmi oczywiście, w mieście i odjeżdża niezwłocznie. Trochę za bardzo niezwłocznie jak na mój gust, bo nawet nie zdążyłam zapytać, w którą stronę mam iść, żeby dojść tam gdzie chcę się znaleźć. Ale spokojnie, bez paniki, mam mapy. Wydrukowane z Googla. Pozaznaczałam na nich różne punkty i teraz będę realizować plan wycieczki. No ciekawe jak my ten dzień przetrwamy?. Dobrze, że jest ciepło. Darka ma nie być do 18, a my we trzy mamy się szwendać same po mieście do tego czasu. Trochę mnie to przeraża. Jak dziewczynki się znudzą oglądaniem kamienic i kościołów, to co ja nieboga z nimi pocznę. No nic to, zobaczymy. Wyjdzie w praniu. Jakoś to będzie, przecież zawsze jakoś jest. Nawet jak nie jest najlepiej, to jest przecież jakoś. Pierwszym moim celem jest pałac, bo stoi najbliżej miejsca w którym Darek nas zostawił. Zerkam na moje mapy, lokalizuję pałac i idę. Tyle, że w przeciwnym kierunku, się później okazało. Później – sporo później. Zdążyłam przejść kawał Wrocławia. Dziewczynki plac zabaw zaliczyły przypadkiem zupełnym. One poszalały, ja się uspokoiłam, no to teraz wracam. Wracam we Wrocławiu. Czas mam. Pogoda jest. Jak sobie chwilę pobłądzimy to się przecież nic nie stanie. A przynajmniej będzie o czym pisać. Jest to argument, którego ostatnio nadużywa mój mąż, przy każdym wycieczkowym podknięciu.

Kariera pałacu nabrała tępa, kiedy w jego posiadanie wszedł Fryderyk II – król. Prusak, któremu nadano przydomek: Wielki. Aby nabyć rzeczoną nieruchomość, Fryderyk musiał czekać, aż zawinie się z tego świata jej ówczesny właściciel. W momencie kiedy król stał się właścicielem rezydencji, automatycznie Wrocław stał się miastem rezydencjonalnym. Był to rzecz jasna zaszczyt, za którym stał blichtr, splendor i prestiż. I pieniądze. Trzeba było bowiem przystosować nowo nabytą nieruchomość do potrzeb władcy i jego dworu. Po Fryderyku II Wielkim, nastał Fryderyk Wilhelm II. Po nim Fryderyk Wilhelm III i… Fryderyk Wilhelm IV. Obecność Prusaków na posesji miała swoje konsekwencje. Wiązały się one z licznymi przebudowami. Najbardziej powściągliwy w tym temacie okazał się ten III. A największy rozmach zaprezentował IV, zmieniając rezydencję w kompleks pałacowy.

Pałac robi wrażenie, ale raczej od tyłu. Oprócz wrażenia robi się też na bóstwo, bo jakieś prace remontowe w trakcie. Brama do ogrodu zamknięta, więc tylko kilka zdjęć przez kratę zrobiłam. Front pałacu natomiast, tak mało fotogeniczny, przez tę ulicę co ją wybudowali zdecydowanie za blisko wejścia. Ale obiekt generalnie ciekawy. Dostojeństwa dodaje mu lokalizacja, znajduje się bowiem w Dzielnicy Czterech Wyznań. Pałac użytkuje Muzeum Miejskie Wrocławia, które na wszystkie swoje wystawy stałe oferuje wstęp wolny, co nieczęsto się zdarza w obiektach tego typu. Zbiory podobno bardzo obszerne i ciekawe.



Spod pałacu udałam się z dziewczynkami w okolice Starego Ratusza, bo we Wrocławiu ponoć nie ma starówki. A tam, naprawdę wyjątkowo i wiosennie, przywitał nas pan rozsiewający po całym placu bańki mydlane w ilościach przemysłowych. Ubaw po łokcie. Oczywiście całe mokre od tego kleistego roztworu dozowanego wiadrem. O zgrozo. Jak ja się z nimi jeszcze gdziekolwiek pokażę po takim wstępie. Ta większa to nawet się tak mocno nie uświniła. Jeszcze jakoś wygląda. Ale ta mniejsza utytłana cała w płynie. Jakby ją porządnie dmuchnąć, to by odleciała w bańce. Taka namydlona. Dobrze, że jest ciepło. To wyschnie. Ale to nie widomo jak to się po wyschnięciu zachowa. Może się okazać, że ubranie mojego dziecka zamieni w sztywną zbroję i będę przez resztę dnia spacerować z rycerzem. Przy okazji ostrzegam: ten płyn od baniek bardzo brudzi ubrania. I to podstępnie. Jak wysycha nie zostawia żadnych śladów, natomiast po praniu, po wyjęciu z pralki okazuje się, że na ubraniach jest pełno jasnobrązowych plam. Więc pierzesz jeszcze raz. I orientujesz się, że nic to nie zmienia. Zaczynasz analizować, dociekać możliwej przyczyny, ale nic to nie daje bo o bańkach, które przecież wyschły bez śladu, dawno zapomniałaś. Atakujesz to dziwne zjawisko Vanishem, ACE, chemią z Niemiec i radzieckimi odplamiaczami i nic. I dupa. I czasem jest tak, że następuje olśnienie i przypominasz sobie co zapaprało śliczne cukierkowe ubranka twojej pociechy. Jednak to nic nie zmienia, bo na to cholerstwo nie ma za bardzo sposobu. Raz miałam fart i udało mi się je wywabić ze spodni dresowych Domestosem, ale to już zaryzykowałam odbarwienie. Bo generalnie tak się kończy obecność Domestosa na ubraniu. Ten jeden raz miałam fart. Ale kilka sztuk garderoby bańki mydlane załatwiły. Także tak. Mydlane bańki, to jest jednak śliska sprawa.

Niemrawo i niechętnie dzieci moje odpuściły bańkową imprezę i poczłapały niepyszne za mną w stronę kościoła Garnizonowego. Miny mają takie jakby zamówiły pizzę, ale Francuz przywiózł im śledzia. No i ja właśnie próbuję je przekonać, żeby dały temu śledziu szansę. Dlatego nawet nie próbuję ich zaciągnąć przed ołtarz, od razu kieruję się do wieży. Mam bowiem ogromną ochotę popatrzeć na ten zabytkowy Wrocław z góry. Mam też nadzieję, że dziewczynkom ten pomysł się spodoba. Zaczynamy od wizyty w kasie. Bilety nabywam dwa, bo Antosia będzie szła na górę za darmo. Z racji swojego wieku. Przy okazji, pani bileterka, ostrzega mnie, że to jest kawał drogi. Pionowo w górę. Dużo schodów. Ponad 200. Konkretnych rozmiarów. Takie małe nóżki mogą odmówić współpracy. Podobno już niejeden opowiadał, jak szkraba trzeba było niemalże całą trasę nieść, bo nijak nie chciał się sam toczyć pod górę. Trudno. I tak pójdę. Coś robić muszę. Najwyżej będziemy dużo odpoczywać. I często. Czas mam. No to ruszamy. Pod stopami chłodne kamienne schody. Trochę nierówne, mocno wydeptane, wyślizgane niezliczoną ilością obuwia. Na ścianach cegła. Stanowiąca przeciwwagę do zimnych kamieni. Połączenie idealne. Jest klimat. I jest moc. Można poczuć oddech, szept minionej epoki. Kątem oka dostrzec cień przemykającego zakonnika. Sandały z rzemienia ślizgające się po kamieniu. Sznur plączący się pod nogami. Ciężkie od wysiłku kroki starszego człowieka. Wspinam się po tych schodach i czuję dosłownie jakbym go miała za plecami. Aż musiałam się odwrócić w pewnym momencie, żeby upewnić się, że to tylko moja wyobraźnia wlecze się za nami zdyszana. Ale nie tylko ona dyszy. Ja i Basia też oddychamy ciut za głośno. Tylko Tosia biega po schodach bez żadnych oznak zmęczenia. I to biega dosłownie. Kilka stopni w górę i kilka w dół. A czemu biega, bo się nudzi. Bo nie może znieść naszego ślimaczego tępa. Nie będzie żadną przesadą, jeśli napiszę, że Antosia weszła na tę wieżę dwa razy, w czasie w którym ja z Basią ledwie dożyłyśmy do szczytu. Ale oczywiście, że było warto. Widoki z góry to zdecydowanie moje ulubione elementy każdej wycieczki. Wrocław z wysokości prezentuje się zjawiskowo. Widok idealny. Kamienice, kościoły, ulice, rzeka i wiatr. Na wieżach zawsze wieje. Choćby nie wiem jak bezwietrzny był dzień, na wieżach zawsze wieje. Wiatr smaga skórę szczególnie na policzkach. Jakby próbował buziaka zostawić. Ale tak niedelikatnie, nieudolnie, nieczule i całkiem niepotrzebnie. I nawet kiedy schowasz się już przed nim ponownie do wnętrza wieży, te jego pocałunki jeszcze długo palą policzki istnym żarem. Dokładnie tak, wiatr nas na wieży wycałował. A trzeba wam wiedzieć, że nie był to ciepły letni wiaterek, a wiosenne wietrzysko, trochę jeszcze nieokrzesane. Po powrocie na poziom gruntu, udałam się z dziewczynkami na poszukiwanie ławeczki. W celu podania moim pociechom drugiego śniadania w postaci pysznych domowych kanapek. Przeszłyśmy kilkanaście metrów, no kawałeczek dosłownie i widzę ofertę handlową, kolorową, przyklejoną do kawałka prostokątnego plastiku, postawioną na płycie zabytkowego rynku wrocławskiego. I ta oferta, oferuje mi  kawę mrożoną za 5zł. Za 5zł. No to idę. Teraz zagadka. Ile Kasia wydała w tej uroczej knajpce pieniędzy? 45 złotych polskich po denominacji kuźwa! Ja co prawda wypiłam kawę za 5zł, ale moje córunie zakupiły soki wyciskane po 20 zeta. Po dwie dychy soczki kupiły i oczywiście nie wypiły. Barbara stwierdziła, że gorzki, a Tosia nie piła bo: „tu pływają farfocle”. No rzesz motyla noga i jasna anielka. Dziewięć kaw pysznych mogłam wypić za tę kasę. Dziewięć kaw. A muszę zmęczyć zdrowe soki, o które się wcale nie prosiłam. Dobrze, że chociaż z kibelka wszystkie skorzystałyśmy, to już nie będę musiała szukać miejskiego szaletu. Sikamy po dwa razy. Na zapas. Niech ja mam poczucie, że tak całkiem nie wyrzuciłam pieniędzy w błoto. Niech to będzie inwestycja w wywóz szamba. Koniec tej posiadówy. Idziemy kontynuować, rozpoczęty jakiś czas temu, proces szukania ławeczki piknikowej. Bo drugie śniadanie ciągle noszę na plecach, a już dawno każda powinna je nosić sama, we własnym żołądku, tudzież jelitach. Ten spóźniony posiłek zaczyna wpływać negatywnie na humory członków wycieczki. Zgodnie z zasadą, że jak Polak głodny, to z nim nie dyskutuj. Najgroźniejsza ta mała. Nie wiem czy zaczyna na mnie warczeć, czy jej w brzuchu burczy. Na szczęście nie musiałam tego wyjaśniać, bo znalazłam ławeczkę. Wystarczyło skręcić w boczną uliczkę i znalazłam się na osiedlowym kwadracie rekreacyjnym, zwanym również spacerniakiem. Są dwie huśtawki, jest zjeżdżalnia i kilka ławeczek. Na jednej z nich, najbardziej oddalonej od budynków, aby za bardzo nie drażnić tubylców, zakładam obóz pierwszy. Wywlekam z plecaka wszystkie te rzeczy pierwszej potrzeby, aby utorować sobie drogę i dostać się do kanapek. Kurtki deszczówki, bluzy, chusteczki, chusteczki mokre, plasterki z opatrunkiem, Octenisept, mapy wydrukowane, woda i jeszcze kilka innych drobiazgów. Rozścieliłam ten majdan na ławce, posadziłam w nim dzieci i wręczyłam kanapki.

- Nie mogłyśmy jak ludzie pójść na pizzę? Musimy jak Rumuny koczować na ławce klejąc kulki z rozpaćkanych kanapek?. – Basia.

- Jeszcze będziesz te kanapki z rozrzewnieniem wspominać. Dzieciom, wnukom opowiadać. Jeszcze zatęsknisz do tej chwili, tej ławki, tych kanapek - zobaczysz.

- No siedzę i czekam na tę chwilę.

- No i git. A tymczasem delektuj się kanapkami domowymi, zdrowymi co je mamusia szykowała z takim zapałem i entuzjazmem, że hej.

Po krótkiej przerwie piknikowej idziemy do… kościoła oczywiście. Prowadzę te moje małe wiedźmy na Mostek Pokutnic. Taka mała prywata. Ciekawe czy się uda tego nieróbstwa z moich pięknych panien pozbyć. Legenda, o leniwych pannach, za karę zamiatających mostek na wysokościach, nie zrobiła na nich wrażenia. Może jak zobaczą miejsce pracy, to zmienią zdanie na temat swoich obowiązków. Liczę na to.

Po wizycie w kościele św. Marii Magdaleny dziewczynki zajęła fontanna znajdująca się tuż obok, a ja usiadłam na chwilę. Oddech złapać. Dwie konkretne wspinaczki jednego dnia zaliczyłam. Jeden raz zabłądziłam i musiałam wracać. Do tego zwykłe przemieszczanie się z punktu A do punktu docelowego. Trochę dreptania było i czuję je w nogach. Ale odpoczynek nie jest mi pisany, bo muszę asekurować to pisklę moje nieopierzone, które postanowiło, że spróbuje wylądować w brodziku fontanny i robi różne akrobacje aby ten cel osiągnąć. Niewdzięczne zajęcie, dlatego kiedy usłyszałam dzwonek telefonu, którym dzwonił do mnie mąż, poczułam ulgę. 

Wspólnie z Darkiem zorganizowaliśmy obiadokolację w lokalu samoobsługowym. A po posiłku udaliśmy się na wyspy. Ciekawe zjawisko przyrodnicze, te wyspy odrzańskie. A jeszcze ciekawsze kulturowo. Pomimo wieczornego chłodu, wyspy przeżywają oblężenie. Wśród oblegających przeważa młodzież, ale i ta starsza młodzież też się zdarza. Kopcą się grille, ci co kopcą te grille dodatkowo kopcą papierochy, a niejednemu z tych palaczy to już czacha dymi. Jesteśmy w tym towarzystwie zjawiskiem odosobnionym, spacerując sobie w ten piątkowy wieczór z dziećmi małymi. Dlatego nie bałamucimy tam za długo. Tylko kilka fotek i idziemy dalej. Wieczór już dojrzały i chłód zaczyna mi pełznąć wzdłuż kręgosłupa coraz wyżej i wyżej. Zaznaczając swoja obecność gęsią skórką, ulokowaną na różnych częściach ciała. Do zaparkowanego w mieście samochodu, mamy jednak kawałek drogi i wykorzystujemy ten fakt, aby zataczając koło, rzucić jeszcze okiem na Ostrów Tumski. Koniec na dziś. Noc pomału wkrada się na ulice. Wrocław już skąpany w szarościach. Regeneracyjna kąpiel przyda się i nam. Jedziemy na bazę. A w samochodzie, ze szczerym zdziwieniem odkrywamy, że zbliża się godzina dwudziesta pierwsza. 

Na nocleg nasz docieramy właściwie po zmroku. „Pensjonat” okazuje się całkiem w porządku. Generalnie przyzwoity. Tyle, że mamy problem z płaceniem. Darek jest w delegacji i nocleg ma na fakturę, ale tylko swój. I teraz trzeba wyjaśnić, że na ten pokój w którym jesteśmy we czworo, poprosimy ¼ na fakturę. Proste.? Nie dla każdego. Dla niewielu. I w tym hostelu naszym ich z pewnością nie ma. Nie wiem czy przypadkiem nie wyjechali dwa lata temu z Polski i nie mają zamiaru wracać. To by było na tyle w temacie zrozumienia na recepcji. Za to śniadanie, śniadanie to już zupełnie inna bajka. Ku mojemu zaskoczeniu śniadanie dostaliśmy królewskie. Co w pensjonatach zrobionych z domku jednorodzinnego przydarza się raz na ………, nie przydarza się. Mnie się jeszcze nie przydarzyło. Siedem rodzajów pieczywa, do tego grzanki, jajka na dziesięć sposobów, wędliny, sery, płatki, dżemy, warzywa, owoce, soki i kawa. Dobra, pyszna nawet można by rzec, a to to już wyjątek wyjątkowy, bo nieistniejący poza moim własnym mieszkaniem, moją kuchnią z moim kubeczkiem specjalna miarką i łyżeczką idealnie odmierzającą ilość cukru. A tu tak mnie ta obca kawa urzekła, że wypiłam beztrosko trzy nie zważając na konsekwencje. I teraz stoję w obliczu wyzwania. I wyzywam w myślach moją beztroskę, bo będę przez pół dnia szukała kibla z częstotliwością cztery razy na godzinę. Pocieszający jest fakt, że jedziemy do zoo. Tam toalety raczej będą. A jak nie toaleta, to zawsze jakaś obora się znajdzie. Może się zwierzę posunie jak mu wyjaśnię z czym przychodzę. No to jak już zaczęłam temat zoo, to i kontynuuję. Afrykarium. To nas do Wrocławia przygnało. To był nasz cel nr 1. To po to znosiłam trudy delegacji. Ja widziałam w telewizji taki program. Darkowi pokazałam zdjęcia z internetu. A dzieci wiedzą tylko, że idą do zoo. Taki suprajs mały, żeby w mękach czekać nie musiały, jak im powiemy co szykujemy. No dobra egoizmu mojego też jakoś specjalnie głęboko szukać nie trzeba. Chodzi o to, że jak im powiem trzy dni wcześniej, to przez trzy dni będę o tym słuchać. A Antosia zapyta ile to minut. A potem zacznie odliczać: raz, dwa, trzy… Ja jej będę tłumaczyć, że to co liczy to nie minuty tylko sekundy, że dopiero 60 takich razów to będzie jedna minuta. A wtedy ona każe sobie przeliczyć te trzy dni na sekundy i … i zacznie liczyć: raz, dwa, trzy…, do stu dwunastu, bo dalej jej się nie chce. A potem, co jakiś czas będzie pytać ile zostało. I przez trzy dni trzeba wymieniać, zamieniać, przeliczać i wyliczać wszystkie możliwe jednostki miary czasu. I słuchać jak raz na jakiś czas liczy do stu dwunastu, można przy tym liczeniu kilka razy na dzień drzemkę zaliczyć. To nie powiedziałam. Nie powiedzieliśmy. Bo Darek też pary z gęby nie puścił. Bilety nabyliśmy przez internet, żeby ominąć kolejki na wejściu. To w końcu sobota będzie, więc spodziewamy się sporego zainteresowania. Pobudka bladym świtem i wyjeżdżamy tak, aby dotrzeć na otwarcie. Bo kto rano wstaje, ten ma troszkę luźniej. Tak, to wiemy już z doświadczenia. Przy wejściu trochę ludzi już jest, ale raczej w kolejce do kasy. My już bilety posiadamy, więc wchodzimy na teren z marszu. I zgodnie ze wskazaniami strzałek informacyjnych, kierujemy się od razu do Afrykarium, żeby spokojnie pooglądać, a nie tylko przeturlać się korytarzem, niesieni lawiną tłumu. I rzeczywiście mamy dużo swobody. Można się pogapić bez problemu. Zatrzymać, zapatrzeć, bo jest na co. Tyle litrów wody, zamkniętej, okiełznanej, zniewolonej, to ja jeszcze nie widziałam. To pierwsza moja wizyta w tego typu obiekcie. Przedtem to tylko akwaria w zakładach zoologicznych miałam przyjemność patrzeć. To to jest coś zupełnie innego. I robi wrażenie. Na mnie zrobiło. Dzieci też ucieszone, ale nawet wszystkie razem nie jesteśmy wstanie przebić radości Darka. Jest po prostu zauroczony. Tata generalnie lubi wodę. W genach ją ma. Można powiedzieć, wsiąknęła w niego razem z wychowaniem. Bowiem pochodzenie ma znaczenie, a tata jest z mazur. Woda towarzyszyła mu przez cały rok, w różnych stanach skupienia i różnych okolicznościach. I jakby wody w naturalnych akwenach było mało, jego rodzice mieli także akwarium. Podobno duże. Sumy tam pływały. Ja go nie widziałam. Pękło i spłynęło do sąsiadów zanim zaczęłam tam jeździć. Także tak. Mąż lubi wodę i ta woda zamknięta w szkle bardzo mu się podobała. Zbałamuciliśmy kupę czasu. Wielką kupę czasu. A na końcu postanowiliśmy pójść jeszcze raz. W końcu po to przyjechaliśmy. Zebry i strusia równie dobrze możemy zobaczyć w innym zoo, a Afrykarium jedno takie w Polsce i to daleko od domu naszego. To chcieliśmy się ucieszyć porządnie. Ale tak to jest czasem, my se możemy chcieć, a to i tak wszechświat zdecyduje. Zbałamuciliśmy kawał czasu, to prawda. Ze dwie godziny, albo ponad. A w tym czasie obudził się Wrocław i przyjechał do zoo. I kolejka do powtórnego przejścia jest jak niekończący się towarowy. A stać w niej tylko po to, żeby tłum cię przeczołgał po korytarzach, to już kompletna aberracja. To idziemy, popatrzymy kto tu jeszcze mieszka w tej instytucji. W alejkach spacerowych luźniej, ale bez przesady. Luźniej w sensie – przejść się da bez obijania, ale już zajrzeć do klatki czy na wybiegi nie tak prosto. Wszystko oklejone jedną ludzką masą. A lokator z każdego kwadratu obfotografowany lepiej niż niejeden celebryta przez całe życie swoje. Ten spacer po zoo, traktujemy jako dodatek do Afrykarium. A najważniejsze jest to, że co chcieliśmy najbardziej, to zobaczyliśmy i to w całkiem komfortowych warunkach. Wrócimy tu kiedyś, jak już trochę spowszednieje ta atrakcja. Te tłumy dzisiejsze, to były pewne. Pierwszy naprawdę ciepły weekend, po tej przebrzydłej, pluchatej zimie. To nie trzeba być wróżbitą Maćkiem, żeby sobie zwizualizować to co się będzie działo w zoo. Ale my nie wybieraliśmy terminu, żeby teraz narzekać na warunki. Termin był jaki był, a warunki trzeba do siebie i do terminu dostosować. Udało nam się i strasznie jesteśmy z tej wizyty zadowoleni. W tym miejscu kończy się nasza wycieczka delegowana. I zostaje nam już tylko powrót. Ja co prawda miałam jeszcze ochotę odwiedzić dwa miejsca niedaleko, ale to by znaczyło, że w Grodzisku będziemy wieczorem. I to prawdopodobnie późnym. A to dziś nie wchodzi w grę, bo Darek jutro leci na wyspy. I musi się jeszcze ogarnąć, ogarnąć bagaż i szybko odpocząć. Nijak nie dam rady wycisnąć więcej z tej delegacji. Ale nie można być zachłannym. To cośmy zobaczyli, to i tak już dobrze. Jak będzie okazja wrócimy do Wrocławia po więcej.

 

 

 

Komentarze

2018-11-27 22:25:27

[cytuj autor='kasia'] Moje chyba też :). Chyba, bo byłam dwa razy dopiero. Ale jestem zauroczona.  [/cytuj]

Mam sentyment do Wrocławia, chociaż za turystyką miejską raczej nie tęsknię i w pofałdowaną dzicz mnie ciągnie bardziej :-). Z Lenką jeszcze powtórzymy afrykarium, zajrzymy do Hydropolis i wejdziemy na wieżę popatrzeć z góry (od takich atrakcji mnie też trudno odciągnąć)

2018-11-27 16:29:46

[cytuj autor='Maciej A'] Moje ulubione duże miasto :-) Jak na grupę "niezorganizowaną", to bogaty plan został zrealizowany. Jak zwykle bardzo fajnie poczytać [/cytuj]

Moje chyba też :). Chyba, bo byłam dwa razy dopiero. Ale jestem zauroczona. 

2018-11-27 14:22:59

[cytuj autor='Anna Piernikarczyk'] Degustacja tekstem Twoim Kasiu jak zwykle nastapiła :) Jednak została brutalnie przez me najmłodsze dziecie przerwana. Teraz tak mam ciągle... Piękny Wrocław, super z dziećmi spędzony czas. A z tymi piknikami to tak jest, trzeba dorosnąc zeby docenić :) Ja ostatnio dlatego bardziej ciasto ciągnę na te pikniki niz kanapki ;) [/cytuj]

Dzieci wymagają cierpliwości i uwagi. „Maleństwo” absorbuje ją całą. To jeszcze pamiętam. To i nasze przerażenie. :) Kiedy pojawiła się Antosia, Basia miała już skończone sześć lat. Sama potrafiła sobie zrobić śniadanie z płatków i mleka, świetnie radziła sobie z ubieraniem i w łazience... A tu nagle pojawił się mały kosmita całkowicie od nas uzależniony. Oboje z Darkiem uczyliśmy się od nowa obsługi noworodka :). Wspominam te czasy z rozrzewnieniem, ale taka odważna jak Wy, to nie jestem. Pozdrawiam cieplutko pełna podziwu. 

2018-11-27 10:44:56

Degustacja tekstem Twoim Kasiu jak zwykle nastapiła :) Jednak została brutalnie przez me najmłodsze dziecie przerwana. Teraz tak mam ciągle... Piękny Wrocław, super z dziećmi spędzony czas. A z tymi piknikami to tak jest, trzeba dorosnąc zeby docenić :) Ja ostatnio dlatego bardziej ciasto ciągnę na te pikniki niz kanapki ;)

2018-11-20 08:06:30

Moje ulubione duże miasto :-)

Jak na grupę "niezorganizowaną", to bogaty plan został zrealizowany.

Jak zwykle bardzo fajnie poczytać

2018-11-19 09:08:42

[cytuj autor='Anja'] A namiary na tego bloga to można dostać? Czy to jakiś tajny projekt (tzn. dla rodziny i przyjaciół)?:);)   [/cytuj]

Jasne, wysłałam pani wiadomość. Mam nadzięję doszła. To oczywiście publiczne przedsięwzięcie, tylko nie chciałam tu uprawiać reklamy, co by kogoś nie urazić.  

Edytowano: 2018-11-19 09:12:11

2018-11-19 07:42:29

A namiary na tego bloga to można dostać? Czy to jakiś tajny projekt (tzn. dla rodziny i przyjaciół)?:);)

[cytuj autor='kasia'] Przyznać się muszę, że spisałam to już kilka miesięcy temu. Na bloga swojego. Ale to prawda, że łatwo mi przychodzi odtworzenie wydarzeń, nawet dość odległych. Robię setki zdjęć (całkiem nieprofesjonalnych) i jak potem wracam do tych albumów, sytuacji, miejsc, patrzę na twarze, ich miny, uśmiechy, to czasami dźwięczą mi w uszach trajkotane dialogi. Wracają emocje, wrażenia, odczucia... Wtedy pisze mi się płynnie. Czasami, tak na gorąco, nie mogę sklecić jednego zdania, a po dwóch latach kilka stron wychodzi. Dzięki za uwagę. Pozdrawiam. [/cytuj]

 

2018-11-16 13:56:27

[cytuj autor='marian'] Dużo udało Wam się zobaczyć ale warto jeszcze tam wrócić. [/cytuj]

Bardzo bym chciała. Wrocław i cały Dolny Śląsk, to słabo przez nas poznane rejony. Pewnie dlatego, że zupełnie mamy tam nie po drodze. Ani do rodziny, ani przejazdem. Coraz częściej jednak zerkam w tamtym kierunku przy planowaniu wyjazdów. Pozdrawiam.

2018-11-16 13:51:02

[cytuj autor='Joanna'] Dobrze wykorzystana sytuacja - delegacja. [/cytuj]

Pomału staję się ekspertem w tej dziedzinie. Mamy już za sobą kilka takich wykorzystanych sytuacji. Urosło to do takiej rangi, że nawet męża przełożony, jak chce go przekonać do wyjazdu jakiegoś, to proponuje mu zabranie nas ze sobą :). Także taka sytuacja. Pozdrawiam. 

2018-11-16 13:45:17

[cytuj autor='Anja'] Kasiu zazdroszczę takiej pamięci do szczegółów po ponad trzech latach:) [/cytuj]

Przyznać się muszę, że spisałam to już kilka miesięcy temu. Na bloga swojego. Ale to prawda, że łatwo mi przychodzi odtworzenie wydarzeń, nawet dość odległych. Robię setki zdjęć (całkiem nieprofesjonalnych) i jak potem wracam do tych albumów, sytuacji, miejsc, patrzę na twarze, ich miny, uśmiechy, to czasami dźwięczą mi w uszach trajkotane dialogi. Wracają emocje, wrażenia, odczucia... Wtedy pisze mi się płynnie. Czasami, tak na gorąco, nie mogę sklecić jednego zdania, a po dwóch latach kilka stron wychodzi. Dzięki za uwagę. Pozdrawiam.

2018-11-16 12:05:53

Dużo udało Wam się zobaczyć ale warto jeszcze tam wrócić.

2018-11-16 11:04:29

Dobrze wykorzystana sytuacja - delegacja.

2018-11-16 07:37:21

Kasiu zazdroszczę takiej pamięci do szczegółów po ponad trzech latach:)

Newsletter Wypisz się z newslettera
Portal pozytywnych podróżników
Copyright 2005-2018
Znajdziesz nas na: