Kończysta

2017-10-01
2018-05-15 10:28:07

Wrzesień przyniósł falę rozczarowań pogodowych, co uniemożliwiło jakiekolwiek wędrówki górskie. Mało tego w Tatrach sypnęło białym puchem, co już totalnie odebrało mi nadzieję na zdobycie kolejnego szczytu do wielkiej Korony Tatr w tym roku. Z nastaniem października na spontanie zaplanowaliśmy jednak szybki wyjazd na Słowację, gdyż prognozy nie co się poprawiły.



Wyjechaliśmy z rodzinnych stron późnym popołudniem z zamiarem uderzenia na wschód Słońca w niedzielę rano. Jako, że z Piotrem nie widzieliśmy się kupę czasu rozmową nie było końca podczas jazdy. Postanowiliśmy zahaczyć o karczmę w Zakopanym na małe co nieco przed dalszą podróżą na Słowację. Po sytym posiłku przyszedł czas na zaliczenie wszystkich Żabek w okolicy w poszukiwaniu pożądanych przez nas produktów :) udało się nam to zamknąć w niecałej godzinie czasu :D Później pozostały nam już tylko puste drogi na Szczyrbskie Pleso skąd mieliśmy ruszyć na poza szlakową Kończystą :)

Jak to jednak w praktyce bywa..ziąb i lekkie rozleniwienie wzięły górę i przy filmie i piwku w kinie samochodowym drzemaliśmy do godziny 2 :D Ciężko było się zebrać z ciepłego samochodu, ale w końcu dostaliśmy kopa do działania i ruszyliśmy tyłki w górę. Liczyłam na łut szczęścia, że i tym razem Pan od chlebków pojedzie do góry i uda nam się załapać na darmową podwózkę, ale to nastąpiło tuż przed schroniskiem...no cóż nie mieliśmy szczęścia tym razem :D Weszliśmy na chwilkę do schroniska co by się zagrzać, więc wyjście było jak strzał z kapcia przy temperaturze bliskiej zeru. Cisza i spokój nad Popradskim Plesem zawsze jest magiczna, tak jak magiczne były łapy niedźwiedzia na mostku odbite kilkanaście minut przed naszym przejściem...Adrenalina trochę skoczyła do góry i z miłą chęcią przepuściłam Piotra jako pierwszego torującego czerwony szlak :D

Czułam się mega nie swojo i odbijając na czerwony szlak w stronę Przełęczy pod Osterwą poczułam się nieco lepiej wbijając sobie do głowy, że im wyżej będziemy tym dalej od misia :D (takie złudne myślenie w kryzysowych sytuacjach moich :D ) Szlak czerwony na Osterwę kojarzę tylko z daleka i zawsze powtarzałam sobie w duchu: "O Boże jaka grapa...nikt mnie na to nie namówi"...no niestety namówił :D i tak w mroku i rozgwieżdżonym niebie z metra na metr wychodziliśmy coraz wyżej. Wbrew tego, że z daleka szlak wygląda na dość stromy, w realu wcale taki nie jest. Pnie się delikatnie w górę zakosami szybko przenosząc nas na wyższe wysokości. Na jednym z zakosów w świetle czołówek pojawiła nam się para świecących ślepi...już myślałam, że to ten elegant z dołu na nas czeka, ale to była tylko zaspana koziczka :) Pomimo tego adrenalina znowu lekko poszła do góry :) Mijamy koziczkę z młodymi i już widzimy nasz pierwszy cel-przełęcz pod Osterwą (1966 m n.p.m.) Wieje tutaj trochę mocniej niż na dole...nie lubię tego. Kilka zdjęć i siadamy w kamiennym kręgu próbując chociaż trochę osłonić się od wiatru. Pierwsze małe śniadanie, zerkamy na mapę, bo od tej pory trzeba iść poza szlakiem. Miałam obawy co do tego etapu wycieczki, ale ścieżka w stronę Tępej jest dobrze widoczna, więc Piotr prowadzi :) Dojścia na Tępą wcale nie przebiega szybko. Ścieżynka pnie się w górę aż do szczytu około godziny-tyle nam zajęło, aby stanąć na jej szczycie. Ale zanim to nastąpiło, przystanęliśmy na jednym z garbów Tępej na kontemplację wschodu Słonka.



W tym samym też czasie z góry schodzi dwóch turystów, którzy spali na Przełęczy Stwolskiej. Kończystą zdobyli dzień wcześniej i udzielają nam wskazówek jak wyjść bezpiecznie na szczyt, gdyż przy ich zejściu minęli turystę, który przez poślizgnięcie rozbił głowę. Wymieniamy jeszcze kilka zdań, robimy serię zdjęć i szybko ostygamy na stale wiejącym, zimnym  wietrze...Ruszamy w końcu do góry, by stanąć na wspomnianej Tępej (2285 m n.p.m.). Stamtąd w końcu odsłania nam się kupa kamieni zwana Kończystą.

Czy mi się podoba...nie wiem...przypomina mi ona nieco Sławkowski Szczyt. Analizujemy drogę przejścia na szczyt. Żleb, którym zazwyczaj się zdobywa górę jest zaśnieżony, a nasze raki zostały w aucie-z tej perspektywy zaczynam, więc wątpić czy bez nich uda nam się wejść na szczyt. Postanawiamy iść na Stwolską Przełęcz i z bliska obadać teren.Zejście jest...strome i pełne piargów. Nie lubię takich szlaków, ale innej drogi nie ma. Susami i zakosami schodzimy w Tępą Dolinkę. Po drodze Piotrek fotografuje stado leniwych kozic wylegujących się na zboczach Tępej.

Podchodzimy pod ścianę usypanych kamieni i już wiemy mniej więcej jak iść żeby omijać pola śniegowe. A wyjście na górę...to raczej nie przyjemny spacer wydeptaną ścieżką czy wspinanie żlebem, a mozolne gramolenie się z kamienia na kamień w górę.

Widoki jednak rekompensują nam te trudy. Dzisiaj jesteśmy pierwszymi osobami zdobywającymi szczyt. Przy samym końcowym podejściu musimy dwa razy przejść zmrożony żleb i nie bardzo wiemy, który kamień jest słynnym kowadełkiem...wchodzimy więc od owego kowadełka na grań po jego prawej stronie i coś nam nie pasuje...jednak trzeba było iść na lewo. Schodzimy i wchodzimy na prawidłowy punkt :) Przed samym szczytem,  śniegu zalega nieco więcej, więc mamy wzmożoną uwagę na stawiane kolejne kroki, a na samym szczycie gdzieniegdzie pierwszy atak zimy zostawił po sobie ślady w postaci zmrożonych małych kałuży. Szczyt jest nasz :)

Jest pięknie-szczyt zdobyty o dobrym czasie, słoneczna pogoda i te cudne widoki...warto było się namęczyć :) Poniżej wklejam zdjęcie jakie znalazłam w internetach ukazujące panoramę z tego urokliwego szczytu i kilka zdjęć :

Samotnością na szczycie cieszymy się krótko. W godzinę później od naszego wejścia dołączają kolejni turyści. Biorąc ostatni łyk złotego trunku i kończąc kolejne śniadanie ruszamy w dół :) Idziemy teraz inną drogą, która wydaje nam się szybsza. Zejście jest gorsze niż wejście, co jest rytuałem w Tatrach na takich kamienistych szczytach. Zatrzymujemy się co jakiś czas żeby uwiecznić na zdjęciach piękne tatrzańskie kolosy i nacieszyć swoje oczy cudami Ziemi.

Kto wie kiedy znowu będzie dane nam być w tym miejscu. Na Stwolskiej robimy kolejną przerwę ogrzewając się w jesiennych promieniach Słonka. jestem już wykończona a tu czeka nas ponowne wejście na Tępą i zejście do Popradskiego Plesa...Czas przy tym się nam strasznie dłuży, turystów jak na lekarstwo, więc posiadamy Tatry tak jakby na wyłączność :)

Małe grupki osób zaczynamy dopiero mijać w połowie zejścia do Popradskiego Plesa. Udajemy się jeszcze na cmentarz i stamtąd już asfaltowym jęzorem potwora zmierzamy do auta. Ostatni odcinek jest już mega męczący zwłaszcza jeśli ktoś ma na sobie buty wysokogórskie :P Stopy bolą mnie niemiłosiernie i czekam na moment kiedy je z siebie zrzucę. Kończymy swoją wycieczkę znowu późnym popołudniem :) Już czuję zakwasy dnia kolejnego i ciężki dzień w pracy, ale w tym wszystkim jak zwykle było warto :) A Kończysta jednak w sobie jakiś urok ma ...padła jako mój ósmy szczyt...pozostało ich jeszcze sześć...i to tych ponoć trudniejszych :) Czy będzie coś w warunkach zimowych...czas pokaże :)

Link do trasy:

http://www.planetagor.pl/places/application/TrialPage.php?ID=19737

Ważne informacje:

Na Kończystą nie prowadzi żaden znakowany szlak turystyczny. Szczyt ten zdobywamy z przewodnikami górskimi. Idąc na Kończystą trzeba wybierać bardziej stabilne podłoże.

Odwiedzone miejsca

niedziela, 2017-10-01

Inne wycieczki użytkownika

Pokaż więcej

Komentarze

2018-05-26 23:05:21

To już dość poważna wspinaczka - szacunek.

A co do niedźwiedzich śladów, i to po ciemku - chyba bym na taki widok zeszła na zawał ze strachu :)

2018-05-17 13:32:56

Piękne widoki, super wyprawa

2018-05-16 18:11:25

Widoki prześliczne ale łapki niedzwiedzia przerażają.

2018-05-15 16:17:04

Piękne widoki ,ale te łapki mnie przeraziły he he :)

2018-05-15 14:58:07

Magiczne są dla mnie Tatry...

wspaniała wycieczka

Edytowano: 2018-05-15 14:58:47

Newsletter Wypisz się z newslettera
Portal pozytywnych podróżników
Copyright 2005-2018
Znajdziesz nas na: