Pachola

2017-08-19
2018-05-15 10:21:22
Pachola, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi
, DoRi

Może ostatnio za dużo było wspinania się w Wysokich Tatrach i dlatego tym razem ruszyłam na grań słowackich Tatr Zachodnich. Po wielu, wielu miesiącach udało nam się znowu w trójkę ruszyć na szlak tatrzański :) trasę zaplanowaliśmy iście hardcorową na ten dzień, bo planowaliśmy przejść całą grań, ale szybko okazało się, że to chyba byłoby samobójstwo w biały dzień. Ale o tym przekonaliśmy się po paru kolejnych kilometrach. 



Po drugiej zmianie pędem dopakowywałam rzeczy do plecaka, by o północy stawić się w wyznaczonym miejscu na zbiórkę. Jak zwykle chłopaki miały opóźnienie, co jak stwierdziłam nie uległo zmianie po tylu miesiącach nie widzenia się :) Po drodze nie obyło się bez niespotykanych akcji-złapaliśmy gumę orientując się po kilku kilometrach :D szybka akcja Maćka w wymianie nie przysporzyła nam wielkiego opóźnienia, ba stwierdziliśmy z Marcinem, że mógłby zmieniać koła przy Formule 1 :D 

Na parkingu przy Rohackiej Dolinie meldujemy się po 2. Leniwie zbieramy się na niebieski szlak, a z nami wchodzi chłopak, który jak się okazuje jest z Wadowic :) sami swoi w tych słowackich górach jednym słowem. On rusza przodem informując, że jak spotka niedźwiedzia to pewnie się jeszcze zobaczymy i niknie w czeluściach nocy. A my spokojnym tempem ruszamy za nim. Nie sądziłam, że na powitanie szlak niebieski da nam tak w kość. Ścieżka pnie się niemiłosiernie w górę po paru metrach płaskiego gruntu. Tak już będzie do wyjścia z kosówki. Na wysokości 1200 m zaczyna szaleć wiatr w konarach drzew i to nie letni zefirek, a letnie porywiste wiatrzysko. Niebo jest piękne...mleczna droga nad nami i półksiężyc są piękną oprawą dla wędrujących nocnych marków takich jak my. Mozolnie zdobywamy kolejne metry przewyższenia. Na rozdrożu szlaku mamy do wyboru ów zielony i dalszy niebieski kolor. Odległości niby te same, ale na mapie nie widnieje żaden zielony szlak...ruszamy więc znowu w górę niebieskim. W końcu wychodzimy na Przedni Salatyn (1624 m). Tutaj już musimy się ubrać, bo wiatr ochładza nas bardzo szybko. Małe śniadanko i odpoczynek i ruszamy na Brestovą (1934 m).Pod szczytem spotykamy naszego kolegę, który ukrył się niżej przed wiatrem i chyba miał rację, bo na szczycie tak wiało, że nie szło ustać na nogach.

Próba robienia zdjęć spełzła na niczym, tak jak na całej trasie. Wszystkie wychodziły rozmazane :/ nie pamiętam żebym kiedykolwiek miała takie warunki w górach. Szlak delikatnie teraz pnie się w górę i zmienia kolor na czerwony. Na horyzoncie widać oświetlone uśpione jeszcze światła miast i pierwsze pomruki świtu. Zdążymy na wschód Słońca gdzieś wysoko, co dodaje nam powera, by przeć w górę. Rozmowy nie mają sensu, gdyż wiatr zakłóca nawet myśli, a darcie się wniebogłosy zdarłoby nam tylko gardła. Wschód Słońca zastał nas na Salatynie (2048).



Na Małym Salatynie mijamy dwójkę turystów, którzy chyba nocowali gdzieś w okolicy. Zazdroszczę im, bo zawsze chciałam gdzieś nocować w takich warunkach...może kiedyś się uda :) Przysiadamy na chwilkę na Małym Slatynie chroniąc się przed wiatrem. Chociaż to bardzo trudne, bo wieje z każdej strony. Zaczyna mnie to już nieźle drażnić :( Ruszając dalej wcale nie jest lepiej. Zapierając się co jakiś czas kijami staram się nie wywinąć orła z grani.

Za Małym Salatynem czekają nas pierwsze łańcuchy na szlaku. Teren nie jest jakoś zbytnio wyeksponowany, więc bez ich użycia szybko wspinam się na kolejne metry.

Na Spalonej (2083 m) przysiadamy znowu, by dać odpocząć nogom po kolejnych metrach przewyższenia. Bezchmurne niebo i dobra widoczność dostarcza naszym oczom pięknych widoków. Korzystamy ile się da karmiąc się cudownymi pejzażami jakie maluje nam Matka Natura. Po zboczach widać, że to ostatnie podrygi lata i że jesień wprasza się w góry.

Stąd widzimy już Pachoła (2167 m) najwyższy, dotychczasowy punkt naszej dzisiejszej wyprawy. Wejście na niego równie solidnie daje w kość jak wejście na Spaloną. Urozmaicony teren-trochę grani, trochę szlaku pozwala oderwać myśli od zmęczonych już stóp. Cały czas idąc granią widzimy trasę jaka dzisiaj nas czeka. Wołowiec jakoś nie ma zamiaru się przybliżać :) jest godzina 8:30, gdy meldujemy się na szczycie.

Tutaj zarządzamy dłuższy postój, a po poważnych dyskusjach, przeliczeniu czasu i wzięciu pod uwagę zmiany warunków pogodowych od 14, zmieniamy plany i kończymy na dzisiaj zdobywanie kolejnych szczytów. W dole na Przełęczy Banikowskiej zaczyna się robić ruch. Nikt jednak nie pcha się na nasz szczyt... może to i lepiej...cała góra nasza :) Ucinamy drzemkę godzinną ogrzewani Słonkiem. Dla mnie to zbawienne po tylu godzinach bez snu. Czuję się lepiej. Budzę chłopaków i wspólnie stwierdzamy, że czas złazić. Na niebie zaczynają pojawiać się pierwsze ciemne baranki. Zejście na Przełęcz jest strome i wysypane małymi kamykami. Zapieram się na kijach, by nie zaliczyć glebę. w tym czasie mijamy trójkę turystów zmierzających na szczyt. ostatnie spojrzenie na Banikova (2178 m) i schodzimy w dół szlakiem żółto-zielonym.

Krok po kroku tracimy wysokość, a na niebie robi się coraz ciemniej. Zastanawiamy się czemu ludzie dalej idą w górę widząc jak zmienia się pogoda. Odcinek od Banikowa do Smutnej Przełęczy jest niebezpieczny, a w połączeniu z mokrą skałą wręcz śmiertelny przy małej pomyłce. My nie z tych co ryzykują i cieszę się, że podjęliśmy taką a nie inną decyzję. Rozwaga przede wszystkim. Góry nie uciekną, a życie ma się jedno i o tym zawsze trzeba pamiętać.

Zejście na żółty szlak, a później na czerwony asfaltowy zajmuje nam około 2 h. Po drodze mijamy Rohacki Wodospad i masę turystów wędrujących do punktu widokowego pod szczytami Tatr Zachodnich. Asfalt jest gwoździem do trumny dla moich nóg. Wiem, ze znowu przesadziłam z przewyższeniami i odczuwa to moje prawe kolano, które po Wysokiej bolało nie miłosiernie. Przy aucie meldujemy się przed 14. Patrząc w górę chmury zajęły już całe granie. Pogoda załamała się o 14 tak jak poinformował mnie Grzegorz. Pozostał lekki niedosyt, gdyż ta część Tatr uwiodła mnie swoim pięknem. Wypatruję pogody by znowu się w nie wybrać. Małe nie zawsze oznacza że nudniejsze :) A najlepsze i tak jeszcze przed nami :) no i fajnie znowu było razem wędrować...

 Link do trasy:

http://www.planetagor.pl/places/application/TrialPage.php?ID=19168

Odwiedzone miejsca

sobota, 2017-08-19

Inne wycieczki użytkownika

Pokaż więcej

Komentarze

2018-05-17 13:33:52

Ciekawa i fajna wędrówka

2018-05-17 08:49:07

Kolejna ciekawa wyprawa.Widoki cudowne.

2018-05-15 10:34:27

Fajna jest ta grań, piękna widokowo,

no i na Słowacji dużo spokojniej niż u nas

2018-05-15 10:34:20

Cudne widoczki :)

NewsletterWypisz się z newslettera
Portal pozytywnych podróżników
Copyright 2005-2018
Znajdziesz nas na: