, Anna Siemomysła

Zimowe Wakacje w Londynie

2012-01-31 - 2012-02-08
2012-03-14 11:46:27
Avatar użytkownika
Anna Siemomysła Krajtroter 6623 kilometrów

Z posiadania Brata w Londynie można niewątpliwie czerpać korzyści...

Miejsca odwiedzone podczas wycieczki
Londyn

Z posiadania Brata w Londynie można niewątpliwie czerpać korzyści. Skoro już się człowiek w miarę pogodził z faktem, że go nie ma na co dzień, że powoli dzieli się go na dwie osoby – osobę – wspomnienie i osobę – życie, to może już wtedy spokojnie wpadać na pomysł podróży bez wielkich planów i ceregieli. Dwa tygodnie wymuszonego urlopu (ja) + brak Guinnessa na półkach w miejscowych sklepach (Mężczyzna) = JEDZIEMY DO LONDYNU.



 



31.01.2012 – wtorek – dzień 1

Wylecieliśmy 31 stycznia, gdy u nas zaczynały się mrozy. Na parkingu przylotniskowym Pan Stróż podał nam temperaturę -15°. Wylądowaliśmy na Luton z półgodzinnym spóźnieniem, w temperaturze +1°. Autochtoni marzli, a my się grzaliśmy. Tym razem nie było aż tak różowo z pogodą, jak przy dwóch poprzednich okazjach, lecz i pora o półtora miesiąca wcześniejsza. Ja tam byłam zadowolona.

Na początek zaliczyliśmy wizytę w Hemel Hempstead. U Licealnej Przyjaciółki zawsze jest tak samo gorące przyjęcie i radość z naszego przyjazdu. Tym razem była z nami Mama – miała się wreszcie przekonać jak też Syn radzi sobie w dalekim świecie. Nie muszę mówić jaka była przejęta. Mama plotkowała z Mamą Przyjaciółki, Pan z Panem, a my dwie najwięcej. Ponadto udało mi się uśpić mniej więcej 1,5 rocznego Chłopczyka bez żadnych działań specjalnych i oblać egzamin z angielskiego prowadzony przez 6 letnią Dziewczynkę. Znać słowa to może i nawet znałam, lecz zrozumieć jej brytyjski akcent było ponad moje możliwości.



 

1.02.2012 – środa – dzień 2

Na drugi dzień Gospodarze zdecydowali się odwieźć nas do Londynu pod drzwi Brata. Może bali się że wrócimy? Brat jak to Brat przywitał się wylewnie i zabrał nas na obiad do znanego nam już Red Lion & Pineapple. Było pysznie i tak Guinnessowo. Z pubu numer jeden poszliśmy do pubu numer dwa – Six Bells, był puściuteńko, jedynie wstawiony Irlandczyk dobijał się przy barze. Zabraliśmy się do przedstawiania Mamie uroków wielkomiejskiego życia – kazaliśmy jej grać w bilard. Myślę, że bawiła się naprawdę dobrze. Irlandczyk dołączył, a starszy autochton, któremu nieopatrznie przyznałam się, iż Mama pierwszy raz gra w bilard, do tego pierwszy raz jest w pubie, nazwał mnie Złą Córką. Z pubu numer 2 poszliśmy w nieco zmienionym składzie do pubu nr 3 – George & The Dragon. Zamieniliśmy Mamę (odprowadziłam ją, bo jej sił brakło) na Irlandczyka (tak jakoś wyglądał jakby potrzebował towarzystwa). W tym pubie też było pusto. Niestety ludzie chodzą do sieciówek ze względu na ceny i mniejsze prywatne puby upadają. Odchodzą sobie powoli ze swoimi kominkami, rzeźbionymi meblami i ciemnym, wygładzonym niezliczonymi kuflami, drewnianymi stołami. Smutno.

 

2.02.2012 – czwartek – dzień 3

Mimo szumów w głowach dzielnie ruszyliśmy prezentować Mamie stolicę Wielkiej Brytanii. Zaczęliśmy od doładowania kart na środki komunikacji miejskiej (Oyster Card). Teoretycznie to najtańszy sposób podróżowania po Londynie – kartę dostajesz w okienkach na stacjach metra i ładujesz ją w automatach pieniędzmi (kiedyś płaciło się za nią kaucję, teraz już nie). Używając jej na bramkach metra i czytnikach w autobusach stopniowo zużywasz pieniądze. U nas w większych miastach, też jest to od paru lat stosowane. Tym razem wydaliśmy po około 45 funtów na łeb za przejazdy. Taniej byłoby kupić tygodniówkę. Nie sprawdziliśmy tego wcześniej bo przy poprzednich dwóch pobytach tygodniówka się w ogóle nie opłacała, przy cenach z Oyster Card. No cóż, panta rhei, jak mądrze stwierdził kiedyś Heraklit i niczego nie można być pewnym. Następnym razem będziemy sprawdzać na bieżąco.

Przeszkoliliśmy też Mamę w temacie używania karty na bramkach. Walczyła za każdym razem dzielnie, a raz jak jej się udało otworzyć za pierwszym razem, z wrażenia nie przeszła, tylko stała i się gapiła. Myślicie, że ktokolwiek z napierającego za nią tłumu ją poganiał? Nie, stali i czekali, ewentualnie skacząc do bramek obok.

Ze stacji Acton Town udaliśmy się do ścisłego centrum pod Tower. Niemałą radość mi sprawiło ponowne zanurzenie się w kanałach metra, przypominanie sobie tras, stacji i kolorów.

Tower obejrzeliśmy z zewnątrz. Drogo (19,50£) i już tam byliśmy. Nie mieliśmy w sobie tyle szlachetności, żeby wejść z Mamą, a sama nie chciała. Nabyliśmy za to łączone bilety na Tower Bridge i The Monument (9£, dla Mamy taniej, bo ma już ponad 60 lat, a ludzie w tym wieku prawie wszędzie są łagodniej traktowani na wejściach) – dwa świetne punkty widokowe. Najpierw Tower Bridge. Był, jest i będzie piękny. Delikatnie zdobiony kolos, malowany błękitem. Lubię stać na tym moście i czuć jak drży. Lubię niepokój, gdy staję na miejscu łączenia się dwóch jego podnoszonych części. Lubię widok rzeki w słońcu i ten wiatr uparcie chcący zerwać czapkę. Wyjechaliśmy na górę, powoli i z uwagą przejrzeliśmy wystawę dawnych zdjęć rzeki i jej nabrzeży. W drugiej galerii były wystawione zdjęcia niezwykłych mostów z różnych części świata. Ludzie potrafią zadziwiać! Po wyjściu z trzewi mostu poszliśmy do maszynowni. Tym razem jeden z zabytkowych silników był puszczony w ruch! Pachniało gorącym olejem, buchało parą. Spędziliśmy tam chyba więcej czasu niż na górze.

Teraz spacer wzdłuż południowego brzegu Tamizy. Obok Futurystycznego Urzędu Miasta i Galerii Hay's z warhammerowskim okrętem krasnoludów. Ta część była zacieniona, więc nieco zmarzliśmy. Przez London Bridge przeszliśmy na drugą stronę i nieco się zaplątaliśmy szukając iglicy Monumentu. Postawiono go w tym miejscu na pamiątkę wielkiego pożaru Londynu z 1666 roku. Zastanawiałam się czy nie powinno być ku przestrodze, lecz faktem jest, iż w pożarze zginęło ledwie 6 osób, natomiast wybijając większość szczurów pożar zakończył epidemię, która pochłaniała ogromnie ilości ofiar. Wybuchł on podobno 61 metrów (pomnik liczy sobie również 61 metrów wysokości) od tego miejsca w piekarni na Pudding Lane. Pokonując 311 wąskich, spiralnych schodów, na których mijanie się z innymi żądnymi widoku turystami było prawdziwą sztuczką ekwilibrystyczną weszliśmy na górę. Widok wart był wysiłku. Po zejściu Mama otrzymała certyfikat wejścia na górę. My nie wiedzieć czemu nie.

Stąd podjechaliśmy na Westminster. Napatrzyć się na wieżę zegarową, w której wnętrzu ukryty jest przed ludzkim okiem dzwon Big Ben. Przejść się wzdłuż filigranowych z zewnątrz budynków Parlamentu. Zerknąć na drugą stronę rzeki na London Eye z ogrodu przy Wieży Wiktorii.

Na koniec coś dla mnie. Bardzo chciałam tym razem odwiedzić galerię Tate Britain. Nie jestem ogromną pasjonatką malarstwa. Nie wszystko mi się podoba, nie wszystko interesuje. Do galerii Tate ciągnęła mnie Lady of Shalott Johna Williama Waterhouse’a. Widziana tyle razy w reprodukcjach, na kilimach, w książkach. Chciałam spojrzeć na farby z 1888 roku. W ramach hołdu dla poematu, Tennysona i Loreeny, a przede wszystkim dla mojej fascynacji legendą arturiańską. Do właściwej sali zaprowadził mnie instynkt. Wyłuskałam „swoje” dzieło spośród innych. Widziałam. Wchłonęłam. Możemy iść. Galeria mieści się nad brzegiem Tamizy niedaleko Parlamentu przy Millbank. Wstęp jest darmowy, a godziny otwarcia codziennie od 10 do 17:50 (zamknięte jedynie w dniach 24,25 I 26 grudnia). W pierwszy piątek miesiąca galeria jest czynna do 22.

 

3.02.2012 – piątek – dzień 4

W piątek postanowiliśmy udać się do South Kensington – do oazy darmowych muzeów. Wybraliśmy dla siebie dwa – Muzeum Techniki (Science Museum) – przeciągnęliśmy Mamę, przez ukochany przez Mężczyznę dział poświęcony technice szkutniczej. Chodził powoli i fotografował wszystko. Zachwyciliśmy się też halą główną, w której stoją modele silników – działały!

Stąd poszliśmy do położonego po drugiej stronie ulicy Muzeum Wiktorii i Alberta. Tutaj chodziło nam o kopie zdobionych pilastrami, monumentalnych dzieł architekury z całej Europy. Zajrzeliśmy też o dział Biżuterii. Od kolorów i błysków, mogło się autentycznie zakręcić w głowie. W zbiorach można podziwiać cuda w które stroiły się kobiety na przestrzeni wieków. Na mnie chyba największe wrażenie zrobiły filigranowe broszki inkrustowane masą perłową. Zresztą wszystko co zdobione mozaiką z maleńkich cząstek było oszałamiające.

Po telefonicznych konsultacjach z Bratem ustaliliśmy, że na Trafalgar Square, gdzie się umówiliśmy pójdziemy piechotą. Słoneczna pogoda i mnóstwo ciekawego do zobaczenia na powierzchni nas zachęciło. Najpierw poszliśmy wzdłuż Brompton Road do Harrodsa. To najstarszy dom towarowy w Londynie. Wewnątrz pełno jest pięknych kafelków, na dziale spożywczym leżą misterne stosy warzyw, owoców, czekoladek, ostryg, krewetek, ryb, mięs, ciastek i czego tylko dusza zapragnie. Sprzedawcy w tradycyjnych pasiastych strojach, fartuchach i kapeluszach dopełniają obrazu tego żywego muzeum handlu. Oczywiście jakoś łyso mi było świecić im lampą w oczy, a bez lampy zdjęcia mizerne. Wyraźnie słabo nadaję się na reportera.

Przez Knighsbridge dotarliśmy do stacji Hyde Park Corner. Tu zatrzymaliśmy się na ławeczce na króciutki odpoczynek podziwiając budynek Wellington Arche i pomnik samego Wellingtona na koniu. Spokojnym krokiem przez Green Park doszliśmy pod Buckingham Palace z daleka jedynie zerkając na strażników w wielkich futrzastych czapach. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy fontannie z pomnikiem upamiętniającym królową Wiktorię. Delikatna warstewka lodu pokrywała jej powierzchnię. Przeszliśmy przez Mall, zostawiając z lewej strony St James’s Park, z jego zieloną trawą, gołębiami i przebiśniegami. Brat czekał już z gorącą kawą na Trafalgar Square. W jego centralnym punkcie pod National Gallery stoi obecnie zegar odmierzający czas do Igrzysk Olimpijskich, a pod samą galerią rozłożył się rudowłosy dudziarz w tradycyjnym stroju.

Po kawie i kolejnym spacerku dotarliśmy do dzielnicy chińskiej. Brat wskazał sprawdzoną restaurację i po chwili rozkoszowaliśmy się pysznym orientalnym posiłkiem. Wzięliśmy  schab po chińsku (2 razy), boczek w sosie śliwkowym i najlepsze z najlepszych kaczkę w chrupkiej panierce z sosem pomarańczowym. Do tego ryż smażony z krewetkami i wino. Próbowałam swoich sił w jedzeniu pałeczkami, lecz nie dałabym rady w ten sposób zaspokoić głodu na czas. Było mi błogo po tym obżarstwie, mimo tego, że Pani Kelnerka sprzątnęła mi sprzed nosa ostatni kęs, pytając czy już i w tym samym momencie chwytając moją miseczkę. Nie dała mi żadnych szans, lecz to podobno właściwe dla ich ruchliwej kultury. Musisz szybko jeść, by zrobić miejsce dla następnych spośród milionów Chińczyków.

Na koniec dnia Brat zaproponował Covent Garden. Do lat 70-tych znajdowała się tutaj giełda owocowo-warzywna, po jej przeniesieniu Covent Garden stało się centrum rozrywkowym. Pełno tu targowisk, sklepików z niezwykłymi towarami, barów i kawiarni. Ponadto nie ma prawie chwili, żeby nie występowali tu jacyś uliczni artyści, zbierający potem co łaska do kapelusza. Można posłuchać muzyki na żywo lub jak my wziąć udział w pokazie akrobatycznym. Sama hala jest pięknym zabytkiem, a w pobliżu znajduje się na przykład Muzeum Transportu.

Wieczór spędzony w pubie z Przyjacielem Brata, dopełnił dnia.

 

4.02.2012 – sobota – dzień 5

Z okazji soboty, czyli tego, że Brat od rana był z nami postanowiliśmy się wybrać na dalszą wycieczkę (dobre 1,5 h w jedną stronę, najpierw kolejką Overground, a potem DLR – Docklands Light Railway, poprowadzoną przez sieć wiaduktów, poruszającą się bez maszynisty maszynerią, która prowadzi przez najszybciej się obecnie zmieniające nadrzeczne dzielnice Londynu). Zdecydowaliśmy się na Greenwich. Położone 13 km w dół rzeki od serca Londynu kojarzy się przede wszystkim z południkiem 0 i marynarką wojenną. Tutaj na wzgórzu parkowym znajduje się obserwatorium astronomiczne przez które wyznaczono przebieg południka 0 dzieląc tym samym półkule świata na wschodnią i zachodnią. U stóp wzgórza rozsiadła się szkoła, która szkoliła w swych podwojach oficerów marynarki do roku 1995, kiedy została zamknięta zamieniając się w kolejny zabytek. Znajduje się tu także pretendujące do największego pod względem zbiorów w Europie Muzeum Morskie. Weszliśmy tu ze względu na Mamę i aby sobie przypomnieć kilka rzeczy. Wstęp oczywiście bezpłatny. Sporo czasu spędziliśmy w sklepie z pamiątkami, NIE KUPUJĄC tych wszystkich wielkich, ciężkich i ogromnie drogich albumów. Obserwatorium nie zwiedzaliśmy. Gdy byliśmy tu 3 lata temu, na plac przed nim, można było wejść za darmo, aby zrobić sobie zdjęcie przy laserowo wyznaczonym południku, obecnie nawet to jest płatne, zadowoliliśmy się zatem pradawnym południkiem wmontowanym w mur okalający obserwatorium. Miłą zmianą w stosunku do ostatniego pobytu, był widok żaglowca Cutty Sark – symbolu przystani w Greenwich. Jest już prawie odremontowany po pożarze, który strawił go w 2007 roku. Może następnym razem uda nam się go wreszcie zwiedzić.

Spacer po wzgórzu i dość chłodna pogoda – słońce przez cały dzień zaciekle walczyło z chmurami, wywołały w  nas pragnienie odpoczynku w jakimś miłym pubie. Zeszliśmy zatem w dół i po przejściu w zachwytach przez targowisko w sercu Greenwich (ile tam zapachów, smaków i kolorów, jedzenie podawane na papierze, ręcznie robiona biżuteria, czarne spódniczki w kolorowe kwiatki…), weszliśmy do pubu Admiral Hardy. Mimo ognia płonącego w kominku było wściekle zimno, a Guinnesa podali w obcych szklankach! Wystrój ciekawy, nawiązujący do morza, lecz chcieliśmy czegoś innego. Pora nam nie sprzyjała, w odwiedzanych kolejno pubach Galeon, Moth i Coach & Horses miejsca dla nas nie było. W zastępstwie weszłyśmy z Mamą do sklepu ze słodyczami. Sklepu z tradycjami i wiekiem – Hardys Oryginal Sweet Shop. Tu też było kolorowo!

Po powrocie do Acton Town udaliśmy się do miejscowego pubu The Mill Hill. Usiedliśmy w nim dlatego, że mieliśmy jeszcze nieco czasu, przed wizytą u Przyjaciela Brata. Nie chcieliśmy nieuprzejmie przychodzić wcześniej. Mimo, że zaproszeni byliśmy na obiad, postanowiliśmy coś przekąsić. Ot przystawka – po hamburgerze z frytkami, po 2,99£ od łba. Oczywiście nie był to hamburger typu McDonalds, a jakiś potwór. Ledwie go zmieściłam!

Przyjaciel zaszedł po nas do pubu i po kilku krokach znaleźliśmy się w „typowym angielskim mieszkaniu”. No może nie do końca typowym. Setki płyt, kilka ukrytych przed nami co prawda gitar, dwa rowery na korytarzu, więcej w częściach poupychanych szafach… zwłaszcza zielony rower z różowymi oponami wzbudził mój zachwyt. A potem stały się dwie rzeczy – rozpoczęło się gotowanie kormy i spadł śnieg…

 

5.02.2012 – niedziela – dzień 6

W związku z tak niezwykłym opadem – nocą, gdy wracaliśmy od Przyjaciela, mijaliśmy męczące się autobusy i dostawczaki, które z braku zimówek, nie potrafiły sobie poradzić z niezauważalnymi gołym okiem podjazdami, mijaliśmy ludzi leżących w śniegu, ludzi robiących zdjęcia i filmy, ludzi rzucających się śnieżkami, ludzi cieszących się tym ułamkiem zimy jakiego dane im było doświadczyć – mieliśmy obawy, czy uda nam się gdzieś wyruszyć. Na szczęście paraliżu nie było. Była natomiast niesamowita, gęsta i wredna ciapa. Za nic nie chciała się roztopić do końca i spłynąć. Moje buty przemoczyła zanim jeszcze dotarliśmy na stację Acton Town.

Cel w dniu dzisiejszym był prosty. Dziewczynki korzystając z biletów podarowanych Bratu przez Szefa idą na London Eye, chłopcy w ramach oszczędności idą do ekskluzywnego pubu tuż obok. London Eye znajduje się idealnie naprzeciwko Parlamentu – po drugiej stronie mostu. Na moście dziwni młodzi ludzie rozwinęli na pół minuty transparent z hasłem WSZYSCY DO BYTOMIA. Nie mogę wiedzieć o co im chodziło, wiem natomiast jak szybko wyłuskało to z tłumu na moście Polaków, śmiejących się do rozpuku, nie wiadomo z czego. Żeby nie było – my też się śmialiśmy. W końcu to dość dziwaczne, że akurat do Bytomia. Przyjaciółka tam mieszkająca, gdy ją odwiedziliśmy po ponad roku zaproszeń, usłyszawszy tę historyjkę, zawyrokowała – no tak to było do was, żebyście wreszcie przyjechali.

W każdym razie, ja i Mama odstawszy swoje w całkiem sprawnie się poruszającej kolejce dostałyśmy się na pokład szklanej bańki i przez pół godziny podróży, mogłam na zmianę podziwiać widoki (mimo, iż zamglone i mokre, od topiącego się śniegu to i tak zapierające dech) i martwić się, iż to wszystko musi spaść, bo niby jak się trzyma i żebym ja już stąd mogła wyjść… Gdy szczęśliwie doczekałam końca (a stwierdzam, iż zrobię to jeszcze raz, za pieniądze i przy słonecznej pogodzie – co to musi być za przestrzeń u stóp wtedy!) pobiegłyśmy do chłopaków, aby skorzystać z toalety w tym wystawnym pubie (piwo po 4 funty, co daje 16 funtów za dwóch chłopców po dwa piwa, czyli i tak taniej niż najtańszy bilet na Oko).

Przemoczeni i zmarznięci, lecz żądni dalszych wrażeń, po spożyciu hot doga z cebulką z budki przy moście postanowiliśmy się udać na przejażdżkę do Kingston. Po pierwsze znajduje się tam duży sklep z modelami (gdzie mieliśmy zamiar znaleźć model naszego Land Rovera), a po drugie Brat zachwalał malowniczość okolicy. Kingston do dzielnica w południowo-zachodniej części Londynu. Jeszcze za Richmond. Londyn jest niesamowity, przez to, ze dzieli się na miasteczka, ze swoimi urzędami, głównymi placami i ulicami, parkami, osiedlami i pasażami handlowymi. W czasie zeszłego pobytu kilka z nich zwiedziliśmy, Kingston było następnym. Jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy, przy okazji się grzejąc. Jechaliśmy tym razem autobusem piętrowym, oczywiście na górze i jak najoczywiściej na miejscach z przodu. Wszędzie, gdzie tylko był kawałek pagórka, po tej strasznej ciapie dzieciaki i dorośli jeździli na sankach…

Kingston rzeczywiście jest urokliwe, ze swoją Old London Road i białymi domkami budowanymi w stylu ryglowym. Natomiast LR Discovery nie znaleźliśmy w sklepiku. Deffendery, Range Rovery proszę bardzo w 50 wersjach. A Dyskotek brak… Ponoć skończyły się licencje na te modele i nikt nich nie odnawia. No niech by to dunder świsnął!

Ostatni etap dzisiejszej podróży to Ealing Broadway – najdawniejsza polska dzielnica w Londynie. Chłopcy nas podwieźli, bo i tak zaliczali tu przesiadkę do domu. Pojechali robić obiad, a my z Mamą marznąć dalej na mszy w kościele polskiej parafii Matki Bożej Królowej Kościoła. Prawdę mówiąc moje nogi przestały już nawet boleć. Gdy przyjechałyśmy w końcu do domu ze skarpetek ciekło bez wykręcania, a stopy miałam różowe i pomarszczone jak niemowlak. Poryczałam się nawet rozładowując bezsilną wściekłość na niewiadomoco. A potem Brat dał mi Kurczaka w Pomidorach i mi gwałtownie przeszło.

 

6.02.2012 – poniedziałek – dzień 7

Rano okazało się, że buty wyschły, choć spodnie nie. Ubrałam zatem inne i poszliśmy w miasto. Tym razem cel zasadniczy to Muzeum Sherlocka Holmesa na Baker Street 221B oczywiście. Metro dowiozło nas praktycznie do celu. Stacja Baker Street na rogu tej ostatniej i Marylebone Road od razu wprowadza w Holmesowi nastrój. Kafelki z jego profilem, postać Sherlocka z fajką i charakterystyczną czapką odlana z jakiegoś metalu chyba i wiesz gdzie trafiłeś. Oprócz Muzeum Sherlocka znajduje się tu także Madame Tussaud’s – czyli muzeum figur woskowych oraz Regent’s Park chyba najpiękniejszy park w Londynie. My tym razem jednak prosto do Sherlocka. Muzeum jest ciasne, raczej ciemne i pachnące. Rozlokowało się na wszystkich piętrach dawnego mieszkania detektywa. Idealnie oddaje klimat epoki Sherlocka Holmesa. Pełno tu drobiazgów, figurek, fajek, modeli. Jest torba lekarska dr Watsona i zestaw noży z poszczególnych opowieści. Są skrzypce Holmesa i jego sekretarzyk. Na wyższych piętrach rozlokowały się figury woskowe przedstawiające bohaterów co ciekawszych historii. Wiele radości mieliśmy odgadując tytuły bez patrzenia na karteczki z podpowiedziami umieszczone na ścianach. Najważniejsze, że nie ma zakazu dotykania! Można przymierzać kapelusze, przestawiać bibeloty, przeglądać się w lustrach do woli. Obsługa absolutnie przemiła. A sklepik z pamiątkami na dole pełen skarbów. Wejście do Muzeum to jedyne 6 funtów. Naprawdę warto, nawet jeśli nie jest się fanatykiem, jak my.

Z muzeum podjechaliśmy 2 stacje na Picadilly Cirrus. Mama będąc po raz pierwszy w Londynie, musiała wszak zobaczyć Erosa stojącego w pulsującym sercu miasta, pośród reklam i autobusów. To był krótki przerywnik w zwiedzaniu bo teraz postanowiliśmy wykonać skok na Holborn i zajrzeć do British Museum. Wstęp oczywiście wolny. Zobaczyliśmy zbiory dotyczące starożytnej Asyrii, Grecji i Krajów Orientu przyglądając się szczególnie uważnie wszelkim przedstawieniom ludzi na koniach. Nie rozumiem naprawdę jak oni dawali radę jeździć bez strzemion i jeszcze na ten przykład celować z łuku. Tym razem dotarliśmy na samą górę do zbiorów z Kraju Kwitnącej Wiśni. Trzeba sobie jasno powiedzieć, zwiedzanie każdego z tutejszych muzeów, jeśli chcesz to zrobić w miarę dokładnie musi zająć cały dzień. Jedziesz w konkretne miejsce, zostawiasz ubrania w szatni, w połowie dnia jesz w miejscowej knajpce obiadek. Inaczej liżesz tylko z wierzchu, nie dobierając się do esencji. Ja tym razem za przyzwoleniem Mężczyzny pozwoliłam sobie na szaleńczy krok nabycia w tym miejscu pamiątki. To notesik. Śliczny, obciągnięty jedwabiem z koreańskim wzorem. Za 12,99£… Jeszcze nic w nim nie napisałam. To musi być WIELKA myśl, żeby była godna w nim się znaleźć.

Popołudnie spędziliśmy z Bratem w pizzerii Fire & Stone na Shepherd’s Bush. Podają tu takie cuda jak pizza ze słodkimi ziemniakami…

 

7.02.2012 – wtorek – dzień 8

Przyszedł dzień ostatni. Jutro bladym świtem opuścimy wyspę. Należało go oczywiście do bólu wykorzystać. Po pierwsze pojechaliśmy obejrzeć okręt Drake’a zacumowany przy katedrze w Southwark (centrum Londynu). Oczywiście jest to replika lecz co z tego, jak bardzo udana. Od okrętu na miejsce sprzedaży biletów prowadzą strzałki. Można tu też podziwiać samą katedrę, plac targowy Borrough Market z zachowaną ponoć dickensowską atmosferą (rzeczywiście wewnątrz czuć inną rzeczywistość) a także pozostałości po pałacu Winchester, elegancko pozostawione pomiędzy nowszymi i pełniejszymi budowlami. Po wykupieniu biletów (warto wcześniej w Internecie sprawdzić, czy akurat nie będzie na miejscu jakiejś szkolnej wycieczki - http://goldenhinde.com/ ) w cenie 6£ dla nas i 4,50£ dla Mamy dostaliśmy wraz z nimi kod do bramki na okręt. Zostaliśmy też uprzejmie poproszeni, o zamknięcie bramki za sobą. Zwiedzaliśmy sobie sami. Mama zagubiła torebkę, rozbierała się do zdjęć i w ogóle poziom swobody był spory. Bardzo nam się podobało.

Stąd pojechaliśmy do Camden Town. Ostatnio byliśmy tam za późno i rynek już się częściowo zamykał. Poza tym było za ciemno na zdjęcia. Camden jest ekstrawaganckie i kolorowe. Nie wiem jak mi się udało nic nie kupić. Być może niechęć do przymierzania, gdy trzeba tyle z siebie ściągać pomogła. Śluza z cumującymi stateczkami wycieczkowymi i żelazne mosty i nawołujący zewsząd sprzedawcy chińskiego jedzenia i słodyczy. Stoiska ze starymi płytami i biżuterią. Atakujące zewsząd studia tatuażu i sklepy z wielkimi butami. Mężczyzna ucieka przed takimi miejscami. Nie wiem, czy uda mi się go tu jeszcze zwabić, a chyba bym chciała.

Z Camden pojechaliśmy do Park Royal. Tam pracuje Brat i tam się umówiliśmy z nim i jego dwoma kolegami (jeden Polak mniej więcej w naszym wieku, jeden Anglik w wieku Mamy). Umówiliśmy się w kręgielni. Nigdy wcześniej tego nie robiliśmy, znaczy nie graliśmy w kręgle. Ani ja, ani Mama ani Mężczyzna. No i co? Mężczyzna potrenował i zaczął zbijać co się dało. Mama nie potrzebowała treningu – wrodzony talent, gromkie owacje. A ja? Ja się cieszyłam, jak kula raczyła musnąć choć jednego z bocznych kręgli. Kompletne beztalencie.

Zabawa była przednia, lecz niestety jak wszystko musiała dotrzeć do swojego końca. Zdecydowanie urósł we mnie apetyt na więcej Londynu. Ma jeszcze ogromnie dużo miejsc do odkrywania, a ten pobyt nie przyniósł tak dużo nowości jak by mógł, ze względu na potrzebę zaprezentowania jego kwintesencji Mamie.

 

8.02.2012 – środa – dzień 9

Właściwie trudno go w ogóle liczyć. Wstaliśmy między 3 a 4 rano, szybko się umyliśmy i po uściskach pożegnalnych i obietnicach kolejnych przyjazdów, zamówioną wcześniej taksówką pojechaliśmy na Luton. Tam szybka i sprawna odprawa (mimo straszenia wzmożoną kontrolą w roku Igrzysk) i bardzo długie godziny oczekiwania na spóźniający się odlot. W domu byliśmy koło 13. Zmęczeni i szczęśliwi.

 

Avatar użytkownika
Anna Siemomysła Krajtroter 6623 kilometrów

Komentarze

warek44 Bak Domator 20 kilometrów
2012-03-26 09:12:55

10/10, wspaniale.

Avatar użytkownika
Anna Siemomysła Krajtroter 6623 kilometrów
2012-03-22 09:03:54

[cytuj autor='Prończuk Adam'] Perfect, fantastic, amazing Aniu! Prawdziwi poszukiwacze, odkrywcy. Pozdrawiam [/cytuj]

 

Dziękuję, dziękuję, kłaniam się nisko! ;)

Miło mi, że nadal się podoba!

Avatar użytkownika
Adam Prończuk Krajtroter 16443 kilometrów
2012-03-21 11:25:31

Perfect, fantastic, amazing Aniu!

Prawdziwi poszukiwacze, odkrywcy. Pozdrawiam

Gość
2012-03-15 13:47:31

Nie jest ważna częstotliwość, ważne, że zawsze czegoś można się dowiedzieć i po prostu chłonąć oczami i duszą te relacje. Pozdrawiam

Avatar użytkownika
Anna Siemomysła Krajtroter 6623 kilometrów
2012-03-15 10:15:07

Ta ja dziękuję! Strasznie się ostatnio zaniedbałam z opisywaniem wyjazdów. Mam nadzieję, że to się już nie powtórzy :)

Pozdrowienia!

Gość
2012-03-15 00:12:00

Przepiękna relacja, za którą dziękuję. Zasługuje zdecydowanie więcej niż na piątkę. Pozdrawiam

Newsletter Wypisz się z newslettera
Znajdziesz nas na:
PolskieSzlaki.pl - polskie atrakcje - popularny portal turystyczny tworzony od 15 lat przez aktywną rodzinkę złożoną z mamy, taty i trzech córek. Sercem Polskich Szlaków jest blog z ciekawymi wpisami i fotorelacjami z wypraw oraz opisy atrakcji turystycznych w Polsce z pięknymi zdjęciami. Na przyjaznym Forum mamy 48 tys. postów. W sezonie notujemy 50 tys. Użytkowników na dzień, poza sezonem około 10 tys. Na profilu facebookowym mamy blisko 20 000 polubień, a na Instagramie ponad 2 000 Obserwujących.
Dreptamy.pl - wszystkie nasze wycieczki po Polsce
Copyright 2005-2020