Austria cz. II - Hochalpenstrasse

2012-01-11 - 2012-01-21
2012-01-11 00:50:14

Powinna to być część pierwsza, ale ponieważ już dodałam Orle Gniazdo, to tam proszę szukać genezy naszej austriackiej wędrówki...

Austria cz. II - Hochalpenstrasse
Grossglockner Hochalpenstrasse
zjazd z Edelweisspitze
zjazd z Edelweisspitze
zjazd z Edelweisspitze
zjazd z Edelweisspitze
zjazd z Edelweisspitze
zjazd z Edelweisspitze
zjazd z Edelweisspitze
Edelweissspitze 2571m n.p.m.
parking przy Fuscher Törl
parking przy Fuscher Törl
restauracja przy wjeździe na Edelweisspitze
Grossglockner Hochalpenstrasse
Grossglockner Hochalpenstrasse
Franz Josefs Höhe, wodne organy
Franz Josefs Höhe
Franz Josefs Höhe
chyba mieszkanko tego świstaka?
świstak leniwy, tzn. taki który \"nie zawijał: :)))
Franz Josefs Höhe
Gletscherbahn
Gletscherbahn
jęzor lodowca ma 10 kmdługości
lodowiec Pasterze
Grossglockner
galeria przy końcu Grossglockner Hochalpenstrasse
końcowy odcinek Grossglockner Hochalpenstrasse
Grossglockner Hochalpenstrasse
Grossglockner Hochalpenstrasse
na przełęczy Hochtor
przełęcz Hochtor
przełęcz Hochtor
Grossglockner Hochalpenstrasse
Grossglockner Hochalpenstrasse
Grossglockner Hochalpenstrasse
Grossglockner Hochalpenstrasse
Fuscher Törl , kapliczka
Fuscher Törl
Fuscher Törl
Fuscher Törl
serpentyna przy podjeździe na Fuscher Törl
widok na serpentynę z Fuscher Törl
Grossglockner Hochalpenstrasse - widać już Fuscher Törl
po drodze
po drodze
ścieżka edukacyjna
wystawa przyrodnicza przy drodze
widoki z Grossglockner Hochalpenstrasse
widoki z Grossglockner Hochalpenstrasse
widoki z Grossglockner Hochalpenstrasse
Grossglockner Hochalpenstrasse
Grossglockner Hochalpenstrasse
punkt widokowy na Grossglockner Hochalpenstrasse
Grossglockner Hochalpenstrasse
pierwsza atrakcja za Fusch
gotowi do drogi
alpejska mućka - wcale nie fioletowa
w głebi drzwi do męskiej toalety
a to sanitariaty :)))
jakość zdjęcia fatalna, ale campingowe jeziorko super!
kampingowe kąpielisko
śniadanko
mieszkaliśmy prawie pod mostem :)))
camping w Bruck
Camping w Bruck
jeden z licznych tuneli
Werfen
w drodze, twierdza Werfen
w drodze
w drodze
w drodze
w drodze

Łatwo nie było. Samochodu nie mamy – musiałam więc przekonać zmotoryzowanego przyjaciela do wspólnego wyjazdu. Początkowo zareagował zgodnie z moimi przewidywaniami – podobnie jak mąż (patrz Austria cz.I). Miałam już jednak argumenty w postaci wyszukanych w Internecie kampingów i cen. Nie były zawrotne i nawet przy naszych skromnych funduszach można było pozwolić sobie na około dziesięciodniową wędrówkę po Austrii. Pożyczyliśmy namioty, śpiwory i cały potrzebny sprzęt biwakowy i wyruszyliśmy realizować marzenia.
Cały dzień zajęło nam dojechanie do przejścia granicznego Kudowa – Nachod, wyruszaliśmy przecież znad morza. Na pierwszy nocleg zatrzymaliśmy się w Czechach na kampingu Horka. Dla mojego męża była to pierwsza w życiu przygoda z namiotem (a był już wówczas po pięćdziesiątce). Przeżył to dzielnie i nawet mu się spodobało.
 Następnego ranka ruszyliśmy dalej. Za miejscowością Kaplice wjechaliśmy do Austrii i wkrótce podziwialiśmy góry w miejscowości Mondsee, gdzie zatrzymaliśmy się przy autostradzie na krótki postój. Mieliśmy w planach znaleźć  jeszcze dzisiaj jakiś  nocleg w okolicach Zell am See. Wkrótce   pogoda zaczęła się psuć. Do celu dojeżdżaliśmy w strugach deszczu pośród grzmotów. Pierwszy kamping przepełniony. Drugi nie lepiej. Zapadł zmrok. Objechaliśmy jezioro i wreszcie znaleźliśmy wolne miejsca na kampingu w Bruck. Dosyć luksusowym. Rozbijaliśmy namiot w ciemnościach i deszczu. Zmęczeni i przemoknięci walnęliśmy się na materace i nie jedząc kolacji wpadliśmy w objęcia Morfeusza.
Obudził nas wczesnym rankiem znajomy dźwięk… coś jakby przejeżdżające szybko samochody. Okazało się, że teren kampingu – bardzo duży – przedzielony jest szosą na dwie części. Aby dojść do sanitariatów należało przejść pod ową szosą. Do dziś wspominając tamte noclegi śmiejemy się, że mieszkaliśmy „pod mostem”.  
Następnego ranka ( bo wieczorem  się nie myliśmy, hi, hi… padliśmy po prostu, a siusiu zrobiliśmy w recepcji), no więc rano, nasz przyjaciel do którego należało „wyczajenie” sanitariatów, ruszył na obchód kampingu. Teren był ogromny. Wrócił po jakimś czasie wymyty,  świeżutki i jakiś taki dziwny. Wytłumaczył jak iść do tego przybytku, mąż poszedł, a ja kończyłam przygotowanie śniadanka. Po niedługim czasie wróciło moje ślubne szczęście, nie wymyte i nieszczęśliwe, bo do toalety było mu spieszno, a jej nie znalazł. Zabrałam ręcznik i wszystko co trzeba i udałam się razem z nim, upewniwszy się uprzednio co do lokalizacji sanitariatów. No i stanęłam w miejscu skąd zawrócił mój małżonek. Ponieważ charakter mam przebojowy odważyłam się jednak pójść dalej. No i szok. Takiej toalety to spodziewałabym się w pięciogwiazdkowym hotelu, a nie na kampingu. Na zdjęciach widać wejście. Samo przyszło porównanie z tego typu przybytkami w rodzinnym kraju. Pierwszy raz widziałam w takim miejscu suszarkę do ciała zamontowaną na ścianie i „jeżdżącą” góra-dół, żeby według potrzeb wysuszyć to i owo. Wszystko działało, czyściutko, przestronne kabiny prysznicowe, mopy do wycierania po sobie podłogi stały pod ścianą i specjalnie  się przyglądałam - KAŻDY po sobie sprzątał!
Następnego dnia wybraliśmy się  na słynną z zachwycających widoków trasę wysokoalpejską.
Grossglockner Hochalpenstrasse jest jedną z najbardziej znanych i malowniczych dróg w całych Alpach. Jadąc prawie 50-cio kilometrowym odcinkiem pokonuje się różnicę poziomów wynoszącą 1766 metrów.  Droga rozpoczyna się w miejscowości Fusch. Tu trzeba wykupić winietkę, która upoważnia  do wjazdu na ten malowniczy odcinek oraz do wstępu na wszystkie wystawy tematyczne wzdłuż trasy, korzystanie ze ścieżek edukacyjnych i parkingów. Wtedy płaciliśmy coś około 25 euro, aktualną cenę można zawsze sprawdzić w Internecie.
Pogoda była taka „średnia na jeża” – nie padało, ale widoczności daleko było do idealnej. Trasa nas zachwyciła.  Co jakiś czas stawaliśmy przy punkcie widokowym czy jakiejś innej atrakcji. Zadziwiające było dla nas to, że niektórych obiektów nikt nie pilnował. Po prostu wchodziło się do takiego budynku, oglądało wystawę, słuchało odgłosów przyrody – uruchamiało się to chyba automatycznie, przy wejściu – no bo jak, skoro nie było obsługi? I nic tam nie było zniszczone, porysowane, czyściutko i znowu refleksja – gdyby coś takiego zrobić u nas, hmmm… Jak długo by wytrzymało?
Mijaliśmy wielu zwolenników jednośladów – i tych pedałujących  i tych zmotoryzowanych. Nie mogliśmy sobie odmówić rzucania śnieżkami na jednym z postojów – w końcu to nie lada atrakcja w lipcu.  Po dojechaniu na miejsce i zaparkowaniu na którymś tam piętrze udaliśmy się na podziwianie widoków. Wyruszyliśmy trasą przez tunel wykuty w skale. Były tam bardzo ciekawe organy wodne – skapująca ze ścian woda wpadając w odpowiednie rury (czyli w normalnych organach piszczałki) wydawała różne dźwięki, tworzące spójną „melodię”. Po wyjściu z tunelu wędrowaliśmy dalej wzdłuż jęzora lodowcowego. Z drogi zawrócił nas deszcz,  który początkowo tylko mżył, a teraz zaczął padać mocniej.  Bardzo korciło mnie, żeby zjechać lub zejść na lodowiec, ale mój pomysł nie spotkał się z aprobatą panów. Dzisiaj bym nie przepuściła – wtedy jeszcze nie byłam tak zakręcona i uległam, czego do dziś nie mogę odżałować. W drodze powrotnej zjedliśmy „wurszta” na gorąco z bułkami w barze na przełęczy Hochtor. Okazało się, że to głód pchał moich panów do powrotu i przez tego „głoda” nie stanęłam na lodowcu... Mam nadzieję, że to jeszcze nadrobię.
Aha, zapomniałam dodać, że tutaj po raz pierwszy w życiu widziałam prawdziwego świstaka, z bliska. I przekonałam się, że reklama kłamie – bo nic w sreberka nie zawijał.
W drodze powrotnej nie mogliśmy odmówić sobie wjechania na Edelweisspitze (2 571 mn.p.m.). Wejść to nie atrakcja, bo nie pierwszyzna szczyty zdobywać – ale wjechać na szczyt wyższy niż Rysy to jest coś! Droga kręta, serpentyny, bardzo krótkie odcinki. Wjechać to pół biedy, ale wrócić! Pech się przypałętał, bo na szczycie opadła nas niesamowita mgła i nic nie było widać. Ze zjazdem też trzeba było poczekać, bo drogi nie widać, ale w końcu udało się wrócić cało i zdrowo  z całej wyprawy, chociaż charakterystyczny swąd spalonych hamulców ( czy jak to tam się fachowo określa) zmusił nas do zatrzymania na jednym z miejsc postojowych i odczekania, aż samochodzik będzie mógł bez problemów jechać dalej. Cała droga powrotna , 50 km na hamulcach prawie bez przerwy – to dla naszego autka był wysiłek nie lada.
Szczęśliwi, nie wierząc wciąż, że jest to jawa nie sen, a my rzeczywiście jesteśmy w Alpach, zaparzyliśmy sobie przywiezioną z kraju kawusię i oddaliśmy się wypoczynkowi nad kampingowym jeziorkiem. Stały tu leżaki, łóżka plażowe, łódki, nie muszę dodawać, że całe i niezniszczone, chociaż teren był nieogrodzony…
Ciąg dalszy austriackich wspomnień nastąpi, chociaż pewnie nie prędko, bo znowu muszę zdjęcia obrobić, a pracować też trzeba, żeby na kolejną wyprawę pieniążki były…



Odwiedzone miejsca

środa, 2012-01-11
  • Nachod
  • Mondsee
czwartek, 2012-01-12
  • Bruck
  • Zell am see
piątek, 2012-01-13
  • Fusch
  • Grossglockner Hochalpenstrasse
  • Edelweissspitze
  • Fuscher Törl
  • Przełęcz Hochtor
  • Franz Josefs Hohe

Inne wycieczki użytkownika

Pokaż więcej

Komentarze

2012-01-11 23:45:15

Danusiu, fajnie, że znasz tę trasę, jest wspaniała i polecam każdemu.

Zmobilizowałam się i napisałam relację, następna będzie wyprawa do wodospadów Krimml, najwyższych w Alpach.

Pozdrawiam

2012-01-11 22:11:51

Ale mi sprawiłaś niespodziankę Toju! Tę drogę częściowo przemierzyłam ale w odwrotnym kierunku- jadąc z Włoch. Spalismy jedną noc w miejscowości Fusch. To byl maj i na trasie bylo tak dużo śniegu, że tablicę ze zdjęcia 49- mieliśmy na wysokości łydek.Twoje zdjęcia w znakomity sposób oddają klimat tych terenów, piękne krajobrazy, wijące się serpentyny. Fajnie tak unosić się w chmurach:-) Cudeńka pokazujesz Toju! Bardzo podoba mi się zdjęcie z tęczą i oczywiście świstak. Prawdziwy? Świetna jest też mućka- choć nie fioletowa. Cieszę się, że zmobilizowałaś się do przedstawienia swojej wyprawy, teraz niecierpliwie czekam na relację. Pozdrawiam :-)Acha i jeszcze jedno. Ja też uważam, że nieźle by było mieć stolicę w Wiedniu...Ech :-)

2012-01-11 21:34:46

Przepraszam za jakość zdjęć. Są przechwytywane z kamery, bo robione w czasie gdy bardziej od zdjęć fascynował mnie żywy obraz. Zresztą film o wiele lepiej upamiętnia przeżycia i wcale z niego nie zrezygnowałam - z dalszych  wypraw robię i zdjęcia i filmy.

Pozdrawiam wszystkich odwiedzających i biorę się za pisanie relacji. Dzięki filmowi nie mam z tym problemów, chociaż jeszcze wszystko tkwi głęboko w pamięci :)

2012-01-11 21:28:35

Masz rację Stasiu, nieźle byłoby mieć stolicę w Wiedniu :). Tymczasem nasze wnuki mają przed sobą mniej różową przyszłość, niestety, są marzenia, które nie mają szans się spełnic.

Pozdrawiam

 

Gość
2012-01-11 20:25:01

Wiesz Toju, (nawiasem mówiąc całkiem mile brzmi to nowe imię), na austriackiej ziemi nie byłem już prawie 9 lat. Miło więc tam popatrzeć. A jak wiesz, za czasów moich dziadków Wiedeń był naszą stolicą, bo Księstwo Cieszyńskie należało od stuleci już wcześniej do Cesarstwa. I według zapewnień dziadków - to były najlepsze czasy dla ludzi pod każdym względem. Jako patriota to jestem szczęśliwy, że mieszkam w Polsce, ale... czasem mam serdecznie dość. I marzy mi się (zresztą nie tylko mnie tylko całej rzeszy), aby odrestaurować Księstwo i włączyć pod koronę wiedeńską. Przynajmniej nasze wnuki miałyby zapewnioną przyszłość na odpowiednim poziomie. Ale to tylko marzenia.

Dzięki za relację i pozdrawiam.

Newsletter
Portal pozytywnych podróżników
Copyright 2005-2017
Znajdziesz nas na: