Kartagina- termy Antoniusza., Edyta G.

Tunezja jaśminem pachnąca:)

2011-07-26 - 2011-08-02
2011-07-26 18:20:13
Avatar użytkownika
Edyta G. 1364 kilometrów

Tunezja....choć niewielka posiada wiele fascynujacych twarzy : kurorty turystyczne, pustynia, wykute w skałach wioski Berberów, oazy.....

Miejsca odwiedzone podczas wycieczki
Monastir > Hammamet > Hammamet > El Jem , wioski berberyjskie w skałach, wzgórza Matmaty, Sahara > Chot el jerid, Sahara, Kairouan > Tunis , Kartagina oraz Sidi Bou Said > Hammamet > Hammamet

Dotrzeć na lotnisko w Warszawie w pewnych określonych godzinach , wcale nie jest tak łatwo , jakby pozornie wydawać się mogło.



Gigantyczne korki paraliżują  ulice.



Ponieważ jednak bestyjka ze mnie przezorna i zapas czasowy mieć lubię, dojeżdżam akurat w sam raz .

Odprawiamy bagaże i siebie też , po czym ruszamy do sklepów bezcłowych.

Tam tradycyjnie , jak zwykle - porażka:)



Startujemy o czasie .Mamy okazję pogadać z turystami , którzy właśnie z Tunezji wracają do Polski , gdyż lecimy najpierw do Katowic by ich wysadzić.

Część ludzi wysiadła w Warszawie, my dosiedliśmy , polecieliśmy do Katowic , tam wysiedli ostatni ludzie a dosiedli nowi i dalej już prosto do Tunezji.

W Katowicach trochę nam się zeszło , gdyż samolot tankował i  musieliśmy poczekać.

Na pokładzie zaserwowano nam catering ( ryż zapiekany z warzywami , mięsem mielonym i serem żółtym oraz napoje i ciasteczka)

Biuro podróży , z którym lecieliśmy wszystko ma dość dobrze zorganizowane i przewóz do hoteli odbywa się bardzo sprawnie.

Hotel jak na klasę turystyczną jest całkiem , całkiem i robi  przyzwoite wrażenie. Pokój mamy na piętrze , w stosunkowo spokojnym miejscu.

Taras wychodzi na ulice Hammametu ale zgiełku żadnego nie słychać.

Mieszkamy w nowej , turystycznej dzielnicy - Yasmine .

Są tu właściwie same hotele najróżniejszej klasy , restauracje , kawiarnie , nocne kluby , sklepy.....wszystko dostosowane do potrzeb turystów.

Zostawiamy bagaże i ruszamy na przeszpiegi , obejrzeć hotel i okolicę. 

Tuż przy hotelu mamy park rozrywki oraz nową medinę , którą oglądamy  jeszcze tego samego dnia. Jest naprawdę imponująca.

Wracamy tylko na chwilkę na kolację - w restauracji robi na nas wrażenie sufit z łukami niczym w starym zamku. Jedzenia sporo , więc próbujemy wszystkiego po trochu by wiedzieć na przyszłość co najbardziej podchodzi pod nasz gust.

Witamy się z niezbyt spokojnym morzem Śródziemnym. Ulice jeszcze w miarę puste , nieprzepełnione ale za kilka tygodni to się zapewne zmieni. Znajdujemy w koncu automat telefoniczny i

można poplociuchować z Polską. Rozmowy z komórek są kilkakrotnie droższe , z hotelu do tanich też nie należą. Najbardziej korzystna opcja to właśnie automaty na mieście.

Ukryte są skrzętnie , do tego w miejscach , w których normalny człowiek automatu by nie postawił. No ale cóż to , tam wszystko jest inne.

W Hammamecie

Skrzynki pocztowe równie skrzętnie poukrywane ale zawsze kartki w recepcji można zostawić skąd obsługa je wyśle.

Kiedy dojdą to już zupełnie inna bajka ale zdecydowanie niezbyt szybko:)

Tunezyjczycy mają świetną pamięć do wszystkiego , do imion także.

Tym sposobem wszyscy nas po drodze pozdrawiają. Raz zaszłyśmy do jakiegoś sklepu i tam sprzedawca usłyszał jak się do siebie zwracamy? Usłyszał , zapamiętał i za każdym razem wołał potem jeden z drugim za nami : Cześc Edyta!

Cześć Monika! Ile razy dziennie byśmy nie przechodziły , tyle razy machał i witał się z  nami. Ludzie są bardzo przyjacielscy , chętnie nawiązują rozmowy , skorzy do pomocy. Naprawdę mili:)

Zachwycamy się pięknym deptakiem tuż przy morzu .Po drugiej stronie ulicy luksusowe hotele i sklepy.

Na Saharze.

 

Dzień 3 i 4

Trzeciego dnia wyjeżdzamy podziwiać różne oblicza Tunezji .

Po drodze zajeżdżamy do El Jem zwiedzić fantastyczny amfiteatr rzymski , trzeci co do wielkości po Rzymie i Kapui.

Jeep safari.

Och tak , zdecydowanie jestem w odpowiednim miejscu.

Koloseum robi niesamowite wrażenie, niemal przytłacza człowieka swoją wielkością i nawet obecnie całkiem przyzwoitą akustyką.

Następnie udajemy się do wioski żyjących w jaskiniach Berberów.

W skałach wykuwają pomieszczenia w których śpią , gotują a wchodzi się do nich z jakby małego podwóreczka z widokiem na niebo zamiast sufitu.

Ciekawie bardzo to wygląda , choć na nasze oko to już w czasach obecnych bardziej skansen niż forma życia.

Częstują nas tam pieczonymi plackami , które moczymy w oliwie z miodem oraz herbatą.

Dalej ruszamy na malownicze wzgórza Matmaty , które swoim niezwykłym urokiem oczarowują nas od pierwszego spojrzenia. 

Ich szczyty pieszczą cienie przepływające bez pośpiechu gdy chmury przesłonią słońce. Można tam siedzieć godzinami , ciesząc oczy tym niezwykłym widokiem.

Oaza górska - Chabika.

Zdjęcia nawet w kilku procentach nie oddają panującego tam piękna.

Na obiad udajemy się do skalnego hotelu , wyglądającego identycznie jak wykute w skałach domy Berberów. Tutaj mieszkała sobie ponoć ekipa kręcąca ,,Gwiezdne wojny" . Na ścianach wiszą nawet pamiątkowe zdjęcia.

Karmią nas surówką do której podają pokrojone bagietki , w których lubują się niezmiernie , kuskus z mięsem i warzywami ( mistrzostwo świata) , ciasteczkami z figami i niezwykle słodką i smaczną miętową herbatką z listkiem mięty.

Nasyceni i zadowoleni ruszamy do Douz , które to nazywane jest wrotami Sahary , gdzie na grzbietach wielbłądów ruszamy na przejażdżkę po pustyni.

Miałam pewne obawy przed wdrapaniem sie na grzbiet wielbłąda , obserwując jak on wstaje. Otóż dość gwałtownie kiwa się do przodu a potem do tyłu co wywołało u mnie pewność niemal , że jak nie pierdyknę przez łeb to jak kłoda polecę do tyłu:)

Strach ma wielkie oczy , nic takiego miejsca nie miało a jazda okazała się niezwykle przyjemnym przeżyciem:)

Na nocleg kwaterują nas w pobliskim hotelu , który robi na nas bardzo dobre wrażenie. Jeśli oglądaliście kiedyś filmy w których pokazywali zapomniane zamki gdzieś , gdzieś na pustyni to on z zewnątrz właśnie sprawiał takie wrażenie.

Wewnątrz bardzo przyjemny , zadbany , z wyśmienitą obsługą , pysznym jedzonkiem oraz fajnymi basenami , w tym jeden z podgrzewaną wodą.

Natykamy się na ekipę ,,dzień dobry tvn" , która kręciła w okolicy program a nocleg miała spedzić razem z nami.

Aż szkoda było kłaść się spać co jednak prędzej czy później nastąpić musiało , z racji pobudki dnia następnego , która miała nastąpić baaaaardzo wcześnie bo o 4 rano:)

 

Wstajemy o 4 rano , szykujemy , zbieramy rzeczy i pół godziny później jesteśmy już na pysznym śniadanku. W tym hotelu karmią naprawdę wyśmienicie. Dla łasuchów to istny raj:) Polubiłam dżem z owoców kaktusa czyli opuncji z dodatkiem fig - rewelacyjny:) Żrę bez umiaru:) A co tam:)

O 5 rano jesteśmy już w autokarze i ruszamy do Chott El Jerid - słonego jeziora.

Widok niemal powala na kolana. Cała , ogromna przestrzeń jeziora pokryta solą. Tu i tam  niecki z różowa wodą. Słońce , które niedawno co wzeszło dodaje temu wszystkiemu niezwykłego wręcz uroku.

Po nacieszeniu oczu tym niezwykłym widokiem , wracamy do autokaru , który dowozi nas w miejsce , w którym przesiadamy się w dorożki.

Dojeżdżamy nimi do oazy , bogatej w najróżniejszą roślinność.

Podziwiamy ponad 70 letniego dziadka , który ze zręcznością małpy wspina się na palmę i wyczynia na górze najróżniejsze akrobacje. Jest fantastycznie komiczny i sympatyczny. Można spróbować swoich sił w takiej właśnie wspinaczce , przy czym okazuje się , że wejście nie jest problemem. Problemem jest zejście:)

Po tych atrakcjach przesiadamy się w czekające już na nas jeepy.No i wtedy dopiero kochani zaczyna się dobra zabawa: szalejemy zdrowo , zjeżdzamy z wysokich wydm , pędzimy na złamanie karku, chwilami brykamy w powietrzu , czując świetnie żołądek gdzieś w gardle.....tak czy siak jest rewelacyjnie.

Jedyne nad czym musiałam uważać to by nie popodbijać sobie oczu aparatem fotograficznym :):):)

Zwiedzamy miasteczko w których kręcone były ,,Gwiezdne wojny" a ja obiecuję sobie obejrzeć ten film jeszcze raz.

Po przejechaniu mnóstwa górskich serpentyn Atlasu Saharyjskiego , oczom naszym ukazuje się z góry wspaniały kanion.

Wracając napawam oczy niecodziennym jak dla mnie widokiem: jadąc po Polsce widzimy często pasące sie krowy , konie a tam .....oczywiście wielbłądy:)

Przed obiadem zaliczamy jeszcze przepiękną górską oazę Chebika .To raj dla fotografów:)

W drodze powrotnej do Hammametu przystajemy w Kirouan - świętym mieście  islamu by zerknąć na najstarszy meczet , dostojny i wyglądem przypominający warownię.

Na koniec kupujemy od ulicznego sprzedawcy prażone w słodkiej polewie , smakowicie pachnące orzeszki , którymi zajadamy się w autokarze.

W pewnym momencie przychodzi nawet refleksja , że mogę je ostro odpokutować ale na szczęście do niczego podobnego nie dochodzi.

Jeśli ktokolwiek z Was myślał , że taniec brzucha jest łatwy , to ja go pragnę z tego błędu wyprowadzić:)

Otóż wiem dobrze , od źródła ( czyli od siebie) bo pewnie sobą bym nie była , gdybym nie spróbowała.

Oszczędzę Wam opisu , bo nadmiar śmiechu wskazany jednak nie jest.

Jeszcze jakaś czkawka może się przyplątać albo co:)

Niech Wam wystarczy , że próbowałam i żeby to wyglądało całkiem przyzwoicie to trochę pracy w to włożyć jednak by należało:):):)

Także kolejny dzień pobytu w Tunezji spędziliśmy spokojniej niż zwykle i bez dalekich szwędałek.

Pierwsza połowa dnia nad basenem hotelowym , na leżaczkach lub w wodzie a w tle super muzyczka. Na dworzu nie za gorąco i nie za zimno , lecz w sam raz , więc mogę się tak trochę poleniuchować. Bar o dwa kroki w bok , więc w razie nagłego pragnienia po napoje można skoczyć. Jest dobrze:)

Później ruszamy na zakupy. Nieuchronnie zbliża się czas powrotu do domu i trzeba pokupować jakieś upominki.

Co można kupić w Tunezji? Niedrogie i dość ciekawe są wyroby ze skóry : torebki , paski , portfele.Trzeba jednak dokładnie oglądać produkty , które chcemy zakupić , gdyż mogą być bardzo tandetnie wykończone.

Dla kobiet fajną sprawą jest płyn z kwiatu pomarańczy , który świetnie wpływa na cerę. Do tego najróżniejsze olejki do masażu , szisze , wyroby z drzewa oliwkowego , egzotyczne stroje , naczynia , szkło, wyroby z mosiądzu oraz cała masa pierdoł , potocznie pamiątkami zwanymi:)

Tunezyjskie słodycze fantazyjnie zapakowane choć słodkie niczym ulepek , dla dzieci mogą być atrakcyjne. Wódka z fig ( boukha) albo likierek też dobrze zapakować do walichy:)

Do tego przepyszne daktyle - prawdziwe delicje:)

Po obiedzie , robimy wypad do starej części Hammametu .

Docieramy tam nie taksówką , tylko jak na nas przystało autobusem komunikacji miejskiej. Podróż ciekawa: my trzy białasy w autobusie a wokół pełno Tunezyjek i Tunyzejczyków gapiących się na nas z zainteresowaniem:)

Turyści częściej jeżdżą taksówkami ale autobusów całkiem nie skreślają.

Tubylcy bardzo przyjaźni , skorzy do rozmów , bardzo zainteresowani nasza innością oraz tym skąd pochodzimy.

Jazda ta dostarczyła nam sporo nowych doświadczeń i emocji.

Wsiada się wyłącznie tylnymi drzwiami. Tam kupuje się bilet a jego cena jest uzależniona od tego gdzie się jedzie:)

Potem należy trzymać się porządnie , gdyż kierowca jedzie z wielką fantazją:)

Wysiada się przednimi drzwiami , więc odpowiednio wcześnie należy się tam przepychać. Gdyby jednak okazało się to niemożliwe z powodu wielkiego tłoku , dopuszczalna jest wysiadka drzwiami środkowymi , przy czym trzeba to zasygnalizować , waląc porządnie ręką w skrzynię nad drzwiami. Jak kierowca usłyszy to wysiądziecie a jak nie to nie:)

Stara część Hammametu zasadniczo różni sie od dzielnicy turystycznej Yasmine , w której mieszkamy. Tu toczy sie normalne życie , co obserwujemy z zainteresowaniem.

Stara medina jest wspaniała. Wygląda jak twierdza.

Wewnątrz natomiast gąszcz wąskich uliczek z kupcami .

Wspaniałe miejsce i z klimatem:)

 

 

Szóstego dnia pobytu w Tunezji , raniutko bo tuż po śniadanku ruszamy do stolicy , czyli Tunisu i Kartaginy z której pochodził Hanibal  (Obecnie jest ona już właściwie dzielnicą Tunisu ) oraz Sidi Bou Said.

Jako , że o historii ( szczególnie starożytnej) poczytać lubię , wycieczka bardzo interesująca , obfitująca także w przepiękne widoki.

Przygodę tą zaczynamy od wzgórza Byrsa , z którego rozciąga się przepiękny widok na okolicę. Jest to legendarne miejsce osiedlenia się Dydony a kobieta to była nie dość , że piękna to jeszcze głowę na karku posiadała i facetom w balona zrobić się nie dała;)

Do Narodowego Muzeum Archeologicznego , które tam jest , nie możemy wejść z powodu strajku. Pracownicy żądają podwyżek. Przez ogrodzenie bardzo chętnie z nami rozmawiają i tłumaczą o co w tym wszystkim chodzi.

Następnie udajemy się do term Antoniusza zbudowanych w latach 145- 165 n.e.

Robią spore wrażenie , mimo , że zostały z nich tylko ruiny.

Obok na wzgórzu jest pałac  prezydencki , którego jednak nie wolno fotografować.

Kartaginę zamieszkuje obecnie śmietanka Tunezji. Ziemia jest tam niesamowicie droga , więc domy  tam mają wyłącznie bogaci ludzie : prawnicy , lekarze , politycy.

Kolejne miejsce , które odwiedzamy robi na mnie wstrząsające wrażenie .To miejsce pochówku dzieci , które kiedyś , bardzo dawno temu ponoć składano w ofierze.

 

W drodze na lunch zatrzymujemy się na chwilę w porcie punickim.

Niegdyś ten port w Kartaginie mógł pomieścić 220 statków.

W chwili obecnej jest to jedynie malownicze bajorko.

Po obiadku w restauracji w Tunisie , której to świetność dawno już minęła ale mimo wszystko robi niczego sobie wrażenie ( wygląda jak pałac , pełna przepychu , z fantastycznymi żyrandolami i położeniem tuż nad brzegiem morza)  , jedziemy do Sidi Bou Said.

Nasza pani przewodnik porównała tą miejscowość  do naszego, polskiego Kazimierza Dolnego . Dlaczego? Bo to także miasteczko artystów , położone na wzgórzu .Przepiękne:) Wszystkie domki pomalowane są na biało a okiennice i drzwi na niebiesko. Przywlokłam sobie do domu  jako niezapominajkę miniaturkę takich drzwi , gdyż nie mogłam przestać się nimi zachwycać:)

 

Dzień 7

Wszystko na luzie . Celebrujemy sobie śniadanko - przez godzinkę.

Fajnie tak móc nie spieszyć się. Zajadam się serkiem homogenizowanym ze świeżymi truskawkami. Fantastyczne żarełko:)

Piję kawę bo bez niej ani rusz. To mój nieliczny nałóg , który co najgorsze , bardzo lubię i nie zamierzam się go pozbywać.

Pogoda dopisuje , więc ruszamy na spacerek po zadbanej części Hammametu - Yasmine. To dzielnica w której mieszkamy. Turystyczna zresztą.

Wkraczamy na nową medinę , gdyż na jej głównym placu są automaty telefoniczne a chcemy powiadomić najbliższych o której wracamy do Polski.

Robimy ostatnie zakupy , zastanawiając się czy nie przekroczymy dopuszczalnego wagowo limitu bagaży. Zawsze mamy z tym problem. Każdemu chociaż jakiś drobiażdżek chciałoby się przywieźć :)

Po obiedzie plażujemy nad morzem. Szum , nie ważne którego : Bałtyku , Śródziemnego , Kreteńskiego czy jakiegokolwiek innego niezmiennie próbuje mnie uspać. W Polsce po plaży chodzą sprzedawcy mający w ofercie piwo , ewentualnie prażoną kukurydzę czy lody a tam kosze pełne owoców.

Taka miła odmiana dla oczu:)

Jeden z nich kładzie mi na dłoni maleńkiego żółwika , który śmiesznie drapie mnie w skórę , próbując iść przed siebie.

Niezła forma zachęty do zakupu:)

Po kolacji spędzamy czas na wygodnych , kolorowych fotelach , z których dosłownie tylko dwa kroki do baru. Mają rewelacyjną kawkę z pianką oraz świeżo wyciskany sok z grejpfruta. Owoce  te są o niebo smaczniejsze , niż te dostępne u nas w sklepach. Mają mniej goryczki i są bardziej soczyste.

Na koniec dopychamy walizki kolanami , zamykamy i o 2 w nocy robimy wymarsz z hotelu. Odlatujemy wraz ze świtaniem.

Tunezja to piękny kraj , naprawdę wart zobaczenia . Może jeszcze kiedyś tam wrócę . Kto wie, kto wie?

 

 

Avatar użytkownika
Edyta G. 1364 kilometrów

Komentarze

Nie znalazłem żadnych postów w tym temacie. Kliknij tutaj by dodać pierwszy