Urokliwe Bieszczady?

Urokliwe Bieszczady?

Artykuły
2011-07-19

Gdy dwa lata temu przebywaliśmy nad jez. Solińskim, zaplanowaliśmy sobie wejście na najwyższą górkę w okolicy. Z Polańczyka wyruszyliśmy do Soliny, zobaczyliśmy obowiązkowo tamę, a potem już tylko pod górkę na Jawor (741m n.p.m). Po wejściu doszliśmy do wniosku, że… w Bieszczadach musi być pięknie! Nic zresztą oryginalnego, każdemu kojarzy się ten rejon z takimi słowami jak „dziki” „czysty” „piękny” . Można by długo wymieniać. Tak więc po dwóch latach, wyruszyliśmy na szlak. Tak, aby Bieszczady poznać od podszewki.



Rozpoczęliśmy swoją podróż w Zagórzu. Około 3 km na południowy-zachód znajduje się miejscowość Poraż, przez którą przechodzi międzynarodowy szlak Szwejka. Informacje na jego temat można znaleźć na stronie każdej gminy, przez którą przechodzi. Istnieje on również na Wikipedii, a po przeczytaniu tego wszystkiego można odnieść wrażenie, że projekt powstania tego szlaku to naprawdę coś ważnego. Wcale nas nie zraziło, stwierdzenie mieszkanki (chociaż powinno zastanowić) „Szlak Szwejka? Tutaj? Brat jest magistrem geografii, a o takim szlaku nie słyszał…”.. Można w skrócie powiedzieć, że szlak istnieje tylko w formie internetowej. W rzeczywistości oznakowany jest tylko w miejscowościach, w lesie już się gubi, skręca bez zapowiedzi, część znaków jest zamazana, jakoby już nie istniała, a dużą część szliśmy po prostu na azymut, bo brak było jakiejkolwiek informacji. Zobaczyliśmy jedynie błoto, dzikie lasy i łąki z pokrzywami po pas, które wg szlaku powinniśmy pokonać. Widoków jak na razie brak, ale nie zraziło to nas. Doszliśmy w końcu do czerwonego szlaku, długiego, biegnącego przez całe Bieszczady. Pierwszą atrakcją były jeziorka Duszatyńskie. Pomyśleliśmy „teraz to już będzie cywilizowanie”. Ludzi do jeziorek idzie dużo, szlak to prawie „autostrada”, gdzie każdy wakacjusz idzie, zobaczyć zjawisko przyrodnicze, a zaraz potem wraca. Za jeziorkami, szlak już tak reprezentacyjnie nie wyglądał. Ale potem nastąpiło zaskoczenie. Nocleg zaplanowaliśmy w studenckiej bazie namiotowej Rabe, do którego schodził żółty szlak. Jeśli ktokolwiek ma zamiar tam się przejść, proponuję sobie odpuścić. Szlak prowadzi po ścianie wąwozu, po takim błocie, że po dwa metry zjeżdża się w dół, a zatrzymuje na zwalonych drzewach, których od lat nikt nie uporządkował. Oczywiście oznakowanie jest takie, że przez połowę drogi go nie ma, a przez drugą drzewa są popisane zwykłym sprayem. Baza namiotowa natomiast jest „wisienką na torcie” całego tego szlaku. Można spać w ich namiotach za 4 zł (harcerskie namioty z dziurami w dachu. W środku zawszone i zgrzybiałe materace na europaletach. Niech nikogo nie zwiedzie to co jest na ich stronie internetowej), a we własnych namiotach można przespać się za 7 zł. W zamian dostaje się aż możliwość rozbicia namiotu. Za 7 zł oczekiwałabym przynajmniej bieżącej wody uznawanej tam za pitną. No nic, nadal wierzyliśmy, że będzie lepiej. No i było. Po kilku dniach doszliśmy do Cisnej, gdzie jest super pole namiotowe „tramp”(pierwsza ciepła woda do mycia!). Szczerze polecam!



Wyruszyliśmy dalej z wiarą, że zbliżamy się do części „turystycznej” Bieszczad, chociaż za dużą ilością ludzi nie przepadamy. Mieliśmy po prostu nadzieję, na oznakowane i przygotowane szlaki. Osobiście uważam, że dobre oznakowanie szlaków i zrobienie mostków nad wiecznymi bagnami nie niszczy „dzikiego charakteru” Bieszczad. Dochodząc do Bieszczadzkiego Parku Narodowego ucieszyliśmy się niezmiernie, z chęcią zapłaciliśmy za bilet nazwany „wejście na szlak na połoninę caryńską i wetlińską”. Zdziwiliśmy się, bo po raz pierwszy w cenniku istniała opcja 3zł lub 3,40zł (bilety ulgowe). Na pytanie skąd różnica, pani powiedziała, że to jest dla osób, które chcą mieć opiekę GOPRu (dla przypomnienia jest to górskie OCHOTNICZE pogotowie ratunkowe, które w swoim założeniu jest organizacją działającą za darmo). Po przejściu jednej połoniny, pozostaliśmy na noc w Brzegach Górnych, na polu namiotowym BPN. Tam również dzikość Bieszczad objawia się tym, że na polu namiotowym nie ma nic, oraz nikogo nie dziwi, że należy myć się w rzece. Moje pytanie brzmi jak w Parku Narodowym nikt nie widzi problemu jakim jest mycie się turystów w rzece? Nie wolno schodzić ze szlaków, nie wolno zrywać roślin, nie wolno rozbijać się na dziko, ale myć w rzece wolno? Moje poczucie ekologii i dbałości w środowisko jest najwyraźniej nieco inne, ale to tylko moja opinia. Z rana z radością wyruszyliśmy na połoninę wetlińską. I tutaj zaskoczenie- zakupiony bilet wczoraj, dzisiaj jest już nieważny. W cenniku wywieszonym na kasach oczywiście ani słowa. Po krótkiej dyskusji, pani wyciągnęła jakiś prywatny wyciąg opłat z pod lady, gdzie napisane było magiczne stwierdzenie „bilet jednodniowy”. Był tam też punkt pt „fotografowanie przyrody na terenie parku narodowego wynosi 50 zł za dzień”. Ciekawi mnie, dlaczego przed wejściem nie zabierają aparatów fotograficznych każdemu wchodzącemu na szlak, bądź nie każą sobie za to płacić. Trzeba jednak przyznać, że ruchliwość na szlakach na 3 największe atrakcje Bieszczad (dwie połoniny i Tarnica) jest duża, a szlaki są rozchodzone, dzięki czemu widoczne. Chociaż tyle.

Podsumowując dwu tygodniową wędrówkę po Bieszczadach od Zagórza przez Tarnicę, do Polańczyka, uważam, że Bieszczady są piękne. Połoniny niebywałe i okazałe, z Tarnicy prześliczne widoki, lasy bieszczadzkie są duże, zielone, ciche i po prostu piękne. Wszystko co poza tym uważam za totalną klapę. Wszędzie ma się wrażenie, że słychać „daj pieniążka” za nic. Pieniążek za łąkę zamiast pola namiotowego, pieniążek za wejście do parku, ale żeby pieniążków było więcej zrobimy jednodniowe bilety (nie mam nic przeciwko opłatom za wejście do parku! Ale można zrobić jasny cennik jak na przykład w Karkonoskim PN gdzie wykupuje się bilet na ilość dni z góry, albo przynajmniej podać informację w widocznym miejscu, że bilet jest jednodniowy). Jednym słowem, po całej wyprawie pozostał niesmak do tamtego regionu i pomimo tego, że jest piękny, nie mam zamiaru tam więcej wracać przez najbliższe 10-15 lat. A wszystko to zasługa miłych ludzi. Miłych za pieniążka.

Kasia Borek 657 kilometrów