Marek Kamiński i jego bieguny

Marek Kamiński i jego bieguny

Artykuły
2008-03-11
Podczas podróży na Biegun Południowy, do miejsca najbardziej odległego od ludzkich siedzib, Kamiński szedł nie wspierany przez nikogo, samotny jak palec, bez psów i sań motorowych, bez nadajnika radiowego. Zanurzony w kotle żywiołów ciągnął własnym ciałem plastykową łódkę ze wszystkim, co potrzebne do przeżycia na dystansie 1470 km lodowych połaci.

4 listopada 1996 roku wysiadł na Wyspie Berknera na Morzu Weddella, przypiął do nóg narty podbite fokami, założył uprząż na ramiona i po chrzęszczącej powłoce, wlokąc sanie ze 120-kilogramowym ładunkiem ruszył prosto w słońce - zimne, obce i czerwone. Wiatr wzmagał się, palił policzki i usta, przenikał do krzyża, spychał sanie. Biegun był abstrakcyjnym celem, nieskończenie dalekim punktem zagubionym w kosmosie. Ogólny kierunek pochodu wyznaczała busola, a poza tym słońce, chmury, cień. Po całym dniu szarpaniny na lodowych wybojach zdołał pokonać 12 km. Długo szukał miejsca na biwak, a gdy w końcu zakotwiczył namiot, huraganowa wichura całą noc szarpała tkaniną nie pozwalając zasnąć.

Po 10 dniach wszedł w stały rytm pochodu: rozbijanie i zwijanie obozu, gotowanie, jedzenie, termosy, naprawianie rzeczy. Wszystko miało swój czas i kolejność, a dzienne dystansy osiągnęły 25 km. Na nogach pojawiły się pęcherze, wargi popękały boleśnie od wiatru i mrozu. Czuł się ociężale, miał kłopoty z trawieniem. Każdego wieczora czytał Tolkiena i wyobrażał sobie, że razem z hobbitami idzie na Górę Przeznaczenia.

12 dnia marszu podróżnik znalazł się w strefie, gdzie lód pod nartami pękał z trzaskiem donośnym jak wystrzały. Teren zapadał się i zdawało się, że lada chwila wszystko runie w czeluść. Wciąż jeszcze był na W. Berknera. Ponadto pogarszała się widoczność, która w końcu zmalała do zera - białe zaciemnienie - dookoła jednolita biel mleka bez żadnych szczegółów. W niektóre poranki, budząc się obolały, miał pokusę, by zrobić dzień odpoczynku. Odpychał ją, nie chiał zawieść tych, którzy w niego uwierzyli. Musiał twardo maszerować, dopóki starczy sił, jedzenia i paliwa.

17 dnia zszedł na lodowiec szelfowy, stanął w całkowicie dziewiczym terenie. Nikt wcześniej nie szedł tą trasą. Wkrótce zobaczył przed sobą czarne plamki - Góry Duffeka, odległe o 150 km. Kamiński zastanawiał się, skąd wziąć siły, aby wdrapać się pochylnię lodową Frost Spur. W myśli robił przegląd rzeczy, które można było porzucić, by zmniejszyć wagę ładunku. Przed sobą miał najtrudniejszy odcinek, z poziomu morza musiał dostać się na wysokość 1200 m.

24 dnia pochodu stanął przed tą lodową pochylnią. Ujrzał czarne skały, spomiędzy których spełzał jęzor lodu, po którym należało się wspiąć. Polak podzielił ładunek, by przejść ten odcinek dwa razy. Gdy stanął na górze, nie miał siły krzyczeć z radości. Marek Kamiński znalazł się na kontynencie, na plateau lodowym - przed sobą miał jeszcze 850 km równiny wznoszącej się stopniowo do wysokości 3 000 m npm. Na wyżynie zrobiło się zimniej i ciężej, ale odkrył tu nową przyjaciółkę - maskę przeciwwiatrową, której wcześniej nie używał. Wystarczyło ją założyć, a znikał ból i wiatr, dzięki czemu można było iść szybciej i dłużej.

Polski polarnik dokonał odkrycia, iż Antarktyda jest bezwonna. Jedyny zapach, jaki odczuwał po tej codziennej harówce bez mydła i wody to przepocone ubranie, śpiwór i ciało. Bielizna była twarda od potu, który wysychał na niej wiele razy. Pewnego dnia, po 10 godzinach marszu, spocony i zziajany, pokonawszy 32 km, zauważył pęknięcie buta, co oznaczało trudności z jego mocowaniem w wiązaniu narty. Dodatkowo wargi nie chciały się goić i krew z nich się sączyła, a małe palce u prawej stopy były odmrożone.

34 dnia zaczęły się zastrugi, wydmy polarnej putyni, zmora polarników. Nie dało się ich ominąć, na każdą trzeba było się wspiąć i przeciągnąć sanie, a potem uważać, by spadając nie zgruchotały goleni.

13 grudnia zgotował kłopoty. W nocy szalała najgorsza dotychczasowa wichura, przy śniadaniu Kamiński głęboko przeciął palec, zastrugi urosły do 2 m, buty uwierały, a wieczorem zaciął się suwak od namiotu. Tydzień przed Wigilią podróżnik postanowił maszerować 2 godziny dłużej, do 21.00. Parł naprzód, a obok niego wierny cień-przyjaciel. Doznał wrażenia, że on z ekwipunkiem tworzy całość. Sanki stały się przedłużeniem bioder i wlókł je jak odwłok owadzi. Kijki wrosły w dłonie i stały się palcami.

50 dzień na lodzie był bezwietrzny i -16 stopni Celsjusza nie dawało się tak we znaki. Był już na wysokości 2800 m npm. Przy wieczornej zmianie opatrunku stopy zauważył, że rana źle wygląda i zaczęła ropieć.

W Wigilię Bożego Narodzenia o 16.00 Kamiński zatrzymał się na dłuższy odpoczynek, myślami był w Polsce. Wieczorem, o normalnej porze spożył wieczerzę wigilijną na śpiworze. Boże Narodzenie niczym nie różniło się od innych dni.

53 dnia wstał wcześniej niż zwykle. Do bieguna zostało niecałe 40 km. Szedł, wsłuchiwał się w wichurę, to była ostatnia normalna chwila przed powrotem do świata zgiełku. Tu było mu dobrze, spokojnie, cudownie. Po 15 godzinach zobaczył maszty i kopułę stałej naukowej stacji amerykańskiej Amundsena-Scotta. Zatrzymał sanie i rozstawił namiot, zaczepiając linkę o słupek oznaczający oś Ziemi!

Źródło:
Kuczyński M.: Wielcy zdobywcy
Badowski R.: Odkrywanie świata
Grant N.: Ilustrowany atlas odkryć geograficznych
Avatar użytkownika
Anna Piernikarczyk 1111427 kilometrów

Anna Piernikarczyk to absolwentka Geografii na Uniwersytecie Śląskim. Autorka przewodników turystycznych Polska rodzinna (wyd. Pascal) oraz Jura. Od Częstochowy do Krakowa (wyd. Compass). Fotograf i łazik z natury. Zakochana w polskich krajobrazach i atrakcjach.