Noworoczna dziewica na rakietach. Z Rycerzowej na Krawców

Wiedzieliśmy, że jedziemy w Beskid Żywiecki z zamiarem spędzenia choćby jednej nocy pod namiotem, rzecz jasna - na szlaku. Dzień później, w Soblówce….                      Siedząc w samochodzie i czekając , aż przestanie padać obmyśliliśmy plan. Idziemy szlakiem niebieskim (granicznym) ze schroniska PTTK na Rycerzowej do  schroniska PTTK Krawców Wierch.  



Jest plan, przestało padać, można ruszać.

Wybraliśmy parking przy kaplicy w Soblówce. Dlaczego akurat tam? Ano dlatego, że przy fatalnych warunkach pogodowych to było idealne miejsce na wyruszenie na szlak. Teraz rozważanie, którym najlepiej podchodzić. Każde z nas miało już na koncie przejście jednym z dostępnych. Wybraliśmy czarny, bo wydawał się lepiej przetarty. Początek asfaltem, później za strumykiem mocniej pod górę i wyjście poza domostwa. Na trasie padał zmrożony deszcz, wyżej śnieg. 



Mijając źródełko skorzystaliśmy z dobrodziejstw wodopoju, uzupełniając płyny. Im wyżej my byliśmy, tym niżej zalegały chmury.  W końcowej fazie trasy znajdowaliśmy się w nich. Wychodząc na polanę, na której mamy schronisko widoczność ograniczała się do kilku metrów, więc szliśmy jak dzieci we mgle. Na fotce widać, że nic nie widać. Podejście zajęło nam ok. 2 godzin, co nie jest jakimś wybitnym wynikiem, ale też nie spieszyliśmy się zbytnio, wiedząc, że prawdziwy hardcore dopiero przed nami, i na szczęście nie dziś. W schronisku było dość luźno. Zjedliśmy zupę a później przenieśliśmy się do pokoju na zasłużony odpoczynek i noc. Chrapu, chrapu i kolejny dzień. Pyszne śniadanie w schronisku, herbata, wrzątek do termosów i… wypożyczenie rakiet śnieżnych. To podstawowe zajęcia przed wyjściem. Z informacji zaczerpniętych w schronisku wiedzieliśmy, że tej zimy, podczas ostatnich opadów śniegu nikt jeszcze tej trasy nie robił. Jest dobrze. Mamy dziewicę. Cieszyliśmy się, bo przed nami była nie lada gratka, a też czekały nas nowe doświadczenia, w tym noc     w namiocie. Latem przejście tego szlaku zajęłoby 5-6 godzin. Zimą…., stawialiśmy, że 8-9 powinno wystarczyć. Byliśmy w błędzie, ale co tam. Zapasów żywności mieliśmy na dobre 3 dni. gazu w kuchence na tydzień. Pracownicy schroniska zapewnili nas, że dali znać, aby na nas czekano następnego dnia w Krawców Wierch. Wiedzieli, że jesteśmy na szlaku. To tak, jakbyśmy się wpisali w książkę wyjść               i powrotów.

Chwilę przed wyjściem gospodarz schroniska powiedział do nas: życzę Wam, aby Wasza wędrówka była piękną opowieścią. Słowa te utkwiły w naszej pamięci. Od serca powiedziane, wspaniałe. Dziękujemy za nie. Na trasie często do nich wracaliśmy.

Wychodzimy na żółty szlak. Najpierw łatwa, wydeptana nieco droga, i tak aż do wejścia na niebieski szlak graniczny. Tu możliwości są by wejść na Wielką Rycerzową (szlak niebieski w prawo), skręcić w lewo jak my i pójść w kierunku przełęczy Przysłup albo        z naszego kursu szybko zejść w lewo na szlak zielony prowadzący do Soblówki. Widać, że w tym miejscu kończą się znaki obecności człowieka. Po chwili stajemy na przełęczy Przysup. Przed nami ostre podejście na wzniesienie o nazwie Beskid. W tych warunkach wejście bez rakiet lub raków byłoby niemożliwe. Ale nawet nasze rakiety się ślizgają, jest kilka momentów, gdzie naprawdę jest ciężko. Ekspozycja niczym wejście na Pilsko czarnym szlakiem. Podobne są też żółty szlak od schroniska Andrzejówka na Waligorę     w górach Kamiennych a także wibitna  Lackowa czerwonym szlakiem w Beskidzie Niskim. Od razu wszystkie te podejścia pojawiły się w mojej głowie.

Co jakiś czas sprawdzamy oznaczenia na szlaku, porównujemy z mapą czasy przejść. Tu czas podawany jest przez Słowaków. Nie macie wrażenia, że Słowacy podają czas danego przejścia tak, jakby trzeba było biec, aby się w zmieścić w limicie?

Przykład. Z Beskidu na przejście graniczne Glinka, to nasz kurs - były 4 godz. Wiadomo, że to dane dla letniego przejścia, ale…my przez 4 godziny to zrobiliśmy tyle, co nic. Odcinek równy 1 godz i 10 min wg zapisów na szlaku. Wiadomo, zima, nikt przed nami tędy nie szedł, ale Słowacy i tak każą biegać… 



Gdzieniegdzie widać zasypane ślady po przejeździe skutera śnieżnego. To pewnie pogranicznicy albo pracownicy leśni. Ostatni taki track odchodzi w doliny na wysokości „Pod Grapy” nad Soblówką. Po odejściu skutera szlak niczym dziewica - żadnego choćby najmniejszego ugniecenia śniegu. Zaspy do pasa, przy założonych rakietach. Każdy krok to duży wysiłek. Kawałek dalej pojawia sie trop wilka, który samotnie przemierzał trasę kilka godzin wcześniej Ślady są niezasypane, świeżo odciśnięte. Idziemy dalej - mała przerwa na papu na Pańskim Kamieniu - resztki jedzenia zostawiliśmy dla wilka - niech ma biedaczysko. „Cień” wilka  towarzyszył nam prawie do odejścia żółtego szlaku w kierunku Słowacji przy rezerwacie Oszast. Na dziś wystarczy. W tej okolicy zrobiliśmy bazę noclegową, zapadał zmrok. Szybka akcja wyrównania terenu pod namiot, rozbicie, wrzucenie śpiworów i mat, zawieszenie plecaków na drzewie, żeby ewentualni goście z lasu nie zjedli nam zapasów i od godz 16.15 do godz 20.00 próbowaliśmy złapać nieco ciepła w śpiworach. Lekko sie rozgrzalismy, a śpiwory zimowe zdały egzamin. Ciekawe, jak będzie o poranku….Czujemy, że nad nami rozgrywa się mała zamieć śnieżna, na szczęście my zmęczeni odpływamy w sen. Prognozy dotyczące opadów sprawdziły się - miało przypruszyć ok 5 cm.

„każdy wschód słońca Ciebie zapowiada, nie pozwól nam przespać poranka” ….      Wyjście ze śpiworów, cała akcja wybudzania to mały letarg - z naciskiem na „targ” - targowanie się, czy już wychodzimy, czy jeszcze nie - która godzina itp, etc…Dramat.

Kuchenka dogorywała - odmówiła posłuszeństwa, więc na dzień dobry wymiana kartusza. Topienie śniegu na herbatę, płatki błyskawiczne - prawie godzina gotowania        i mogliśmy szamać, co tam kuchnia wydała.

Mała dygresja….Pamiętajcie - w zimowych ekstremalnych warunkach namiot składamy minutę przed wyjściem w trasę. On stanowi o Waszym zdrowiu i kondycji. Zostaje do końca. W czasie gotowania i przygotowywania do drogi wszystko poza sikaniem robimy w namiocie. 

Po zwinięciu bazy było nam tak zimno, że ciuchy zamarzały nam na skórze. Na szczęście bazę mieliśmy przed wejściem na Usust - góra z krzyżem - gdzie - czego dowiedziałem sie pózniej odbywały sie wspólne msze polowe z udziałem Polaków i Słowaków. 

Na starcie od razu ostra wyrypa - podejście na kolanach. Tu ze strony słowackiej dochodzi zielony szlak i leci razem z naszym niebieskim. Odejdzie jeszcze przed Jaworzyną. (Trzeba uważać by nie pójść w jego stronę). Po takim podejściu nie ma mowy o zimnie i zamarzaniu. Jest gorąco:) Chwila oddechu, bo mamy swego rodzaju plateau wokół rezerwatu Oszast a następnie zejście w dół, gdzie tryska źródło tzw. Wody Dzielonej. Część wód spływa w zlewnię Morza Czarnego a część do Bałtyku. Dalej tablica definitywnie kończąca rezerwat Oszast.  A my kierunek - Jaworzyna. Tam zjemy drugie śniadanie. Nie będzie to jednak zbyt szybko bo dziewiczy szlak nie pozwala na rozwinięcie normalnego tempa marszu.  

Nasze obserwacje, i zmiana punktu patrzenia na świat, przewartościowanie potrzeb…Nie myliśmy sie od 2 dni, żaden problem. W Legii Cudzoziemskiej jest taki motyw ”Maszeruj albo giń”. My moglibyśmy powiedzieć inaczej: „maszeruj albo zamarzaj” i nie byłoby   w tym krzty kłamstwa”. Tak też mokrzy od potu nie możemy sie zatrzymać nawet na chwile bo zamarza wszystko. Za kilka dni dowiem się z ust znajomych, że jest im przykro, że nic nie pisałem, nie wysyłałem zdjęć, nie dzwoniłem do nich. Punkt patrzenia się zmienia.  Z fotela w domu mamy inne spojrzenie na otaczający nasz świat, inne wymogi     i wyobraźnię. Będąc zasypanym w śniegu po pas, w mrozie, nie myślę o tym, by robić to, o czym mówią do mnie fotelowcy. Mi przyświeca jasny cel. Nie zamarznijmy. Niezła znieczulica co? Śmiech….

Zjadamy po drodze śnieg z gałęzi by się nie odwodnić - ktoś mógłby zarzucić ze to wychładza organizm, ale co nasze to nikt nam tego nie zabierze. Ps. Nie byliśmy po tym chorzy… Poza tym z dobrym ekwipunkiem takie łakocie nie rodzą zagrożenia - w razie „W” mamy w termosach ciepłe herbaty. Poza tym żelazne racje jedzenia. 

Mamy więcej…tyle by przeżyć kolejną noc w namiocie, bo na to sie zapowiada. Trasa nie daje za wygraną. Są momenty gdzie w ciągu godziny mamy uzysk 1 km czasem trudniej           i wtedy potrzebujemy 1,5 godz.

Wracamy myślami na trasę. Po ostrym podejściu na Jaworzynę i długim wypłaszczu     w końcu zasłużyliśmy na jedzonko. Pajda chleba z pastą bakłażanową oraz kabanos  i ciepła herba osłodzona stewią. Modest Amaro miałby sie czego uczyć . Ach cóż to za moment:)

Dalsza droga była bardzo trudna - długa prosta utrudniona pierwszym napotkanym śladem ludzkich stóp sprzed kilku dni. Ktoś tu doszedł od strony Glinki, ale odbijał ze szlaku w kierunku polskich dolin. Kopuła szczytowa Jaworzyny jest bardzo rozległa. Na szczęście dobrnęliśmy do jej końca i dalej w dół. Jest nieco łatwiej, pojawiają się kolejne ślady - tym razem biegówek. Są zbyt świeże i miękkie by można było po nich przejść. Szlak skręca w prawo i od tej chwili na przełęcz i przejście graniczne Glinka mamy Ok 1.5 km co oznacza około godziny drogi. Po chwili widzimy mały cud. Pierwszy raz od wczoraj trafiamy na takich samych czubków, co my, którzy idą w przeciwnym kierunku. Mijamy się ok 700 m od przełęczy Glinka. Wymieniamy się informacjami - oni tez planują noc pod namiotem. Zimno się robi, musimy ruszać dalej. Na Glinkę schodzimy ok godz.16.00 - od 14.30 zaczął padać śnieg i było coraz trudniej. Odpuściliśmy wędrówkę na Krawców Wierch. Przesłaliśmy informację, że dotrzemy do nich jutro. 

Teraz czas na rozbicie namiotu - złapanie normalnej temp ciała i przeczekanie do jutra. Mimo tego ze na Krawców było naprawdę blisko i droga jest wydeptana to my juz nie mamy sił na więcej. Dewiza „maszeruj albo giń” ma w sobie niedopowiedzenie - jeśli masz namiot nie musisz ginąć, a jak masz mega dobre śpiwory, to ta dewiza traci sens. Jedyny minus jest taki, że rano będziemy znów w tych samych mokrych ciuchach. Ale co tam - do zobaczenia jutro.  

Poranek zbudził nas szybko, gdyż całą noc padał mokry śnieg - było go ok 15 cm - Namiot uginał się pod jego naporem, dlatego postanowiliśmy porzucić go na jakiś czas      i udaliśmy się na lekko do schroniska Krawców Wierch. Dzień wcześniej dostaliśmy przekaz ze droga z Glinki na Krawców jest przetarta i łatwa do przejścia. Niestety po śnieżnej nocy mieliśmy co robić, ale obyło sie bez rakiet. Po około 45 min wyszliśmy na polanę ze schroniskiem, którego nie było widać, taka była zadymka. Na polanie mocno zawiewało a śniegu było do pasa. Przed schroniskiem poprosiliśmy o pamiątkowa fotkę     i mogliśmy radować się zaliczeniem trasy. Łącznie 13 godzin w trasie, 2 noclegi pod namiotem. Tropy wilków na trasie. Przez 2 dni wędrówki spotkaliśmy tylko 2 śmiałków którzy przemierzali trasę w kierunku Rycerzowej, ale mieli juz nasz przetarty szlak. 

W schronisku zjedliśmy super pyszną zupę czosnkową. Jak tam wchodziliśmy to prawie nikogo nie było a po chwili schron pękał w szwach bo zjawiła się duża grupa słowackich turystów którzy przejęli gitarę i grali i śpiewali słowackie kolędy. 

Obok nas dosiedli się Polacy i tak mówią do siebie… Szkoda że tylko możemy słuchać jak oni śpiewają - gdyby tylko ktoś zagrał kolędę po polsku to moglibyśmy zaśpiewać na zmianę. No to podszedłem do wodza z ekipy słowackiej, poprosiłem o wiosło i dopytałem kto jeszcze jest Polakiem w ekipie schroniskowej. Zebrało się z 12 osób i wspólnie zagraliśmy i zaśpiewaliśmy 3 zwrotki kolędy „Przybieżeli” - chyba się wszystkim podobało, bo chcieli więcej. 

Po tych miłych chwilach spędzonych w schronisku pozostało nam zejść na Glinkę, skąd mieliśmy podstawiony transport w doliny. Tym sposobem nasz kolejny wypad przeszedł do historii. Odnieśliśmy swego rodzaju sukces i przesunęliśmy dalej horyzont naszych możliwości. 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Daniel Kalemba

Komentarze

Nie znalazłem żadnych postów w tym temacie. Kliknij tutaj by dodać pierwszy
Newsletter Wypisz się z newslettera
Portal pozytywnych podróżników
Copyright 2005-2019
Znajdziesz nas na: