Karolu! Dzięki za życzenia i pozdrawiam.
Bardzo malowniczy szlak, wiodący z Palenicy Białczańskiej przez Dolinę Roztoki, Dolinę Pięciu Stawów, Zawrat i Halę Gąsienicową do Kuźnic.
Jednym z ulubionych moich miejsc w Tatrach jest Dolina Pięciu Stawów. Chodzimy do niej od Wodogrzmotów, przez Dolinę Roztoki, żeby móc nacieszyć oczy i uszy siedząc na kamieniach przy Wielkiej Siklawicy. Z Doliny Pięciu Stawów chodzimy zawsze do Morskiego Oka, przez Świstówkę. Raz zdarzyło nam się iść przez Szpiglasową Przełęcz i „ceprostradę”.
Tym razem postanowiliśmy z Doliny Pięciu Stawów wracać przez Zawrat do Kuźnic. Wycieczkę rozpoczęliśmy wsiadając rano w bus, który zawiózł nas do Palenicy Białczańskiej. Stamtąd ruszyliśmy szosą w kierunku Morskiego Oka, szlakiem, który nie cieszy się moją sympatią. Być w górach i chodzić szosą - jakoś mi nie pasuje. Fakt, że jest to najkrótsza droga dla tych, którzy chcą się dostać nad ten najpopularniejszy tatrzański staw. Raz nią szłam i nie pokochałam, wolę nadłożyć drogi i wysiłku i czuć, że jestem w górach. Natomiast jest idealna do powrotów, kiedy to nogi już odmawiają posłuszeństwa i szosa biegnąca z górki stanowi dla nich miłe wytchnienie.
Ruszyliśmy więc tą niekochaną szosą i po pół godzinnym marszu byliśmy przy Wodogrzmotach Mickiewicza. Dlaczego akurat Mickiewicza? Tego chyba nikt nie wie, wszak Mickiewicz nigdy nie zaszczycił ich swoimi odwiedzinami. Jak zwykle w tym miejscu skręciliśmy do Starej Roztoki, naszego ulubionego miejsca na poranną kawę i „przegryzkę”. Schronisko leży na uboczu i nie jest odwiedzane przez tłumy turystów. Dojście do niego to niecałe 10 minut zielonym szlakiem w lewo od Wodogrzmotów. Jest „nie po drodze” i dzięki temu jest tu spokój i cisza.
Po kawce wyruszamy zielonym szlakiem dalej – przez Dolinę Roztoki do Pięciu Stawów. Szlak jest łatwy choć męczący. Początkowo przez las, wciąż w górę i bez widoków. Gdzieś w tej okolicy niedźwiedź ma podobno swoje „mieszkanko”, zawsze się trochę boję i dopiero po wyjściu z lasu zapominam o możliwości spotkania futrzaka. Przy Wielkiej Siklawie dłuższy odpoczynek. Cudownie jest tak siedzieć w słoneczku i wsłuchiwać się w szum spadającego z 70-cio metrowego progu wodospadu , jedząc bułki i obowiązkowo świeżego ogórka. Dlaczego ogórka? Nie wiem skąd się to wzięło, ale odkąd pamiętam – tam nam najlepiej smakuje.
Od siklawicy do Doliny Pięciu Stawów podchodzimy stromo po kamieniach i za chwilę kolejna uczta dla oczu. Nie skręcamy do „piątki” na słynną szarlotkę, tylko idziemy dalej mając po lewej stronie Wielki Staw. Niebieski szlak ma nas zaprowadzić na Zawrat i dalej przez Halę Gąsienicową do Kuźnic. Pogoda cudowna, widoki na dolinę też. Wprawdzie jak dla mnie trochę za gorąco, ale szłam dzielnie w skąpym odzieniu i nie przejmowałam się wiekiem i niedoskonałościami ukazywanych połaci mojego ciałka, hi, hi…
Podejście na Zawrat jest łatwe, widoki z przełęczy cudne. W niewielkiej niszy w skale znajduje się ponad metrowej wysokości figurka Matki Boskiej Zawratowej. Umieścił ją tu w 1904 roku, w pięćdziesiątą rocznicę ogłoszenia dogmatu o niepokalanym poczęciu, budowniczy Orlej Perci – ksiądz Walenty Gadomski. No i na przełęczy kończą się żarty i trzeba skupić całą uwagę na zejściu. Schodzenie z Zawratu jest trudne. Szlak jest ubezpieczony na długim odcinku łańcuchami i klamrami. Ponieważ szlak jest dwukierunkowy, schodzenie trwa dość długo. Ogonek wchodzących jest o wiele dłuższy niż schodzących – i wcale się nie dziwię – stanowczo wolę wchodzić na Zawrat od strony Czarnego Stawu, niż schodzić tą stroną. Po pokonaniu najtrudniejszego odcinka robimy przerwę na zasłużony odpoczynek i radujemy oczy widokiem Czarnego Stawu z jego prześliczną wysepką. Dalej już jest łatwo. Szlak okrąża staw z prawej strony i prowadzi dalej na Halę Gąsienicową. Po drodze przechodzimy przez kamienne rumowisko wśród kosodrzewiny. Tutaj w 1909r. zginął pod lawiną śnieżną Mieczysław Karłowicz.
Dochodzimy do Murowańca. Tutaj robimy dłuższą przerwę, od Kuźnic dzieli nas niecałe dwie godziny drogi, więc spokojnie zjadamy obiad. Wchodziliśmy do schroniska razem ze słoneczkiem, podczas obiadu ono gdzieś się zawieruszyło i przyszły ciemne chmury. Po chwili zaczęło grzmieć i rozpętała się gwałtowna burza. Zadowoleni, że nie musimy przeczekiwać jej gdzieś na szlaku, słuchaliśmy z zachwytem jak aniołki robią w niebie przemeblowanie. Po burzy z pełnymi brzuszkami ruszyliśmy leniwie w świeżutkim powietrzu w drogę powrotną. Jeszcze troszeczkę mżyło, ale uznaliśmy, że to koniec niebiańskich przemeblowań. Jakże się myliliśmy! Zdążyliśmy przejść zaledwie niewielki kawałek i ponownie zaczęło grzmieć. Chwila wahania – wracać do schroniska czy iść dalej – i rozwiązanie przyszło samo, lunęło jak z cebra! Zdążyliśmy dobiec do znajdującej się opodal na hali drewnianej chaty i jako tako schować się przed największymi strumieniami ulewy. Cudownie było tak stać w świeżutkim powietrzu i chłonąć zapachy i odgłosy górskiej burzy. A grzmiało, że hej! Echo potęgowało grzmoty i była to najpiękniejsza burza jaką widziałam. Po jej odejściu, już w deszczu, a nie ulewie, ruszyliśmy niebieskim szlakiem przez Skupinów Upłaz do Kuźnic. A w domu było suszenie, wspominanie i coś na rozgrzewkę:))).