Wstawać rano o godz. 3 i wychodzić na mróz panujący na dworze to chyba nie jest najlepszy pomysł. Tak mi się wydawało po terkotaniu budzika. I gdyby nie to, że od tygodnia jestem umówiony z Jadzią na przejście z Palczy do Kalwarii Zebrzydowskiej, spałbym dalej.
Surowe powietrze na polu zaraz postawiło mnie na baczność i ucieszyłem się, że jednak idę. Tylko ten smród dokoła był nieznośny, a wszystko przez smog, który nad Ustroniem zawieszony jest od kilku dni. Nie ma co narzekać, dojechałem do Bielska-Białej na miejsce zbiórki i okazało się, że pójdziemy w trójkę, choć tylko do pewnego momentu, bo kolega wybrał dłuższy wariant dotarcia do Kalwarii Zebrzydowskiej.
Oczywiście jak w większości musiały być przygody i tak z prawie godzinnym opóźnieniem dotarliśmy do Palczy na miejsce startu szlakiem czerwonym. Startujemy w radosnych nastrojach o 9.13. Śniegu trochę jest, ale nie zapadamy się zbytnio. Raz przetarte, raz sami przecieramy, ale wszystko sympatycznie. Kiedy wyszliśmy trochę ponad Palczę, widzimy wszechoogarniający smog do pewnej wysokości. A więc to nie tylko w Ustroniu. Powyżej tej granicy mieliśmy błękitne niebo i świeże powietrze. Podziwiamy "pod słońce" góry Beskidu Makowskiego w stronę Myślenic. Oczywiście także to co nas otacza, czyli piękno przyrody.
Kiedy śniegu zaczyna być coraz więcej, nasz kolega, który akurat nabył rakiety śnieżne, miał okazję do ich wypróbowania. To ważne wydarzenie celebrowane jak należy obserwujemy z Jadzią z należnym szacunkiem. Za to idzie przodem i toruje ślady. No cóż, dla niego dobrze, a dla nas gorzej, bo po jego śladach zapadamy się, więc idziemy po wcześniejszych śladach choć częściowo zawianych śniegiem. Toż to frajda iść zimą w śniegu.
Nie wiem czym zawiniliśmy, ale Jadzia w pewnym momencie przywoływała nas do porządku bardzo mocnym argumentem, ale nie daliśmy podporządkować, co zresztą będzie widać.
Zaraz też pokażą nam się widoki Babiej Góry na horyzoncie i pasma Polic, które stąd widziane wydają się być wyższe niż BG. Widzimy Chełm Wschodni, którego grzbietem pójdzie kolega od momentu kiedy się rozłączymy. Co jakiś czas zerka na nas osmogowana Lanckorona z oddali.
Dochodzimy do Góry Kołowrót o godz. 10.55 i tutaj rochodzą się nasze ścieżki, kolega w lewo, a my w prawo, jednocześnie wchodzimy na zielony szlak, którym pójdziemy już do końca. Musimy niestety zejść do tego smogu, na zdjęciach to będzie widać, jakby była mgła. Potem wchodzimy na Strońską Górę, by zejść o 11.42 do miejscowości Stronie. Ponownie wspinaczka w górę i prawie gubimy szlak. Bardzo źle oznakowany zwłaszcza w miejscach gdzie są rozdroża (tam nie ma wcale). Idziemy na wyczucie, z mapą w ręku i ciągle się coś nie zgadza. Kiedy byliśmy już bliscy zawrócenia, nagle podszedł do nas piesek i szczekaniem zaczął nas wabić za sobą. Poszliśmy za nim, on odlatywał, czekał i tak stale , aż zaprowadził nas do Bugaja. Okazało się, że szliśmy dobrze i że to był zielony szlak. Wielkie dzięki piesku przewodniku!
Bugaj - 12.10. Zaczynamy ostatnie podejście tej trasy w górę, na Żar (12.40). Tam na szczycie znajdują się ruiny zamku rodu Świerczyńskich. Potem równo, spotykamy śnieżnego stworka, a raczej stwora, bo jestem przy nim malutki. I tak dochodzimy do Dróżek Kalwaryjskich. Przed Golgotą (13.10) teren już mi znany. Zawsze marzyłem o tym będąc tam wcześniej, by dojść w to miejsce szlakiem zielonym, który tamtędy wiedzie i dziś to się spełniło.
Sanktuarium Maryjne w Kalwarii Zebrzydowskiej. Jesteśmy tam między 13.20 a 13.45. Krótki pobyt, ale to miał być właściwie oddany tylko pokłon Pani Tego Miejsca. Oglądamy ruchomą stajenkę wewnątrz i nieruchomą na zewnątrz. Niestety mój aparat w pewnym momencie odmówił posłuszeństwa i reszta zdjęć pochodzi już z aparatu Jadzi. Moje niezadowolenie z tego faktu widać nawet podczas konsumowania pysznego ciastka. Ja bez aparatu, to powoli tak jak bez ręki. Jakoś sobie będę musiał dać radę i nie może to zdarzenie absolutnie wpłynąć na ocenę trasy, bo było cudownie pod każdym względem (no może poza smogiem, w którym jakiś czas musieliśmy iść).
Krótki pobyt spowodowany był też tym, że pojawiła się szansa zdążenia na bezpośredni autobus do domu z Kalwarii Zebrzydowskiej. Idziemy więc dalej zielonym szlakiem aż na przystanek autobusowy (bo to przecież nie jest dworzec) i tam właśnie jest nasza meta o 14.05. Autobus relacji Kraków-Wisła podjedzie punktualnie z rozkładem jazdy i zabierze nas o 14.11.
Wiem już od kolegi, że on dotarł za nami 2 godziny poźniej, czyli jak już byłem w domu. Bardzo będę mile wspominał trasę, bo jest tego warta.