Witaj!
Świetna relacja, ładne zdjęcia, pomysł z wyjazdowymi urodzinami- tylko do podpatrzenia.
... a ostatnie zdanie w Twojej relacji to prawdziwe motto globtroterów. Pozdrawiam :-)
Od kilkunastu lat spędzam swoje urodziny poza miejscem zamieszkania. Są to zazwyczaj jednodniowe wycieczki, ta jednak trwała kilka dni, ponieważ jubileusz był "okrągły" i należało go odpowiednio uczcić. Padło na Kraków i okolice...
Dzień pierwszy.
Leniwy poranek, za oknem słoneczko, zrobiliśmy śniadanko i wyszliśmy na obchód naszego ulubionego Krakowa. Wreszcie jest czas, żeby zwiedzić go na spokojnie – przeważnie jesteśmy tu przejazdem i czasu wtedy niewiele. Teraz możemy powłóczyć się bez celu uliczkami, zajrzeć na podwórka i w zaułki, posiedzieć przy kawie i chłonąć atmosferę tego magicznego miasta. Nie może obyć się oczywiście bez Wawelu, a potem Kazimierz – fascynujący swoją żydowską historią. Obiad zjedliśmy w barze mlecznym, tani i bardzo smaczny, za to do popołudniowej kawki w domu kupiliśmy mniamuśne ciacha urodzinowe – baaaaaaaardzo kaloryczne, hi, hi… A wieczorem znowu spacerek… i tak leniwie minął pierwszy dzień w Grodzie Kraka.
Dzień drugi.
Pociągiem Papieskim pojechaliśmy do Wadowic. Niewielkie miasteczko, zwiedzanie bazyliki i domu rodzinnego naszego Papieża, obowiązkowe napoleonki przy rynku (nic rewelacyjnego – w Zakopanem w Samancie są smaczniejsze) i koniec miejscowych atrakcji. Dalej w planie mieliśmy Muzeum Miniatur, wsiedliśmy więc w niewielkiego busika i po około dziesięciu minutach byliśmy w Inwałdzie. Super, warte polecenia miejsce. Nie tylko pięknie wykonane i liczne miniatury budowli, ale też wiele innych atrakcji i rozrywek, szczególnie dla milusińskich – karuzela, zjeżdżalnia, Małpi Gaj, Labirynt itp.
Zadowoleni wróciliśmy do Wadowic, zjedliśmy obiad, a ponieważ zostało jeszcze sporo czasu, chcieliśmy pojechać do Kalwarii Zebrzydowskiej. Nie wiem jak to się stało, że jednak wybraliśmy Lanckoronę – samo wyszło. Pojechaliśmy autobusem i na miejscu nas po prostu zatkało. Przecudnie! Przy pochyłym Rynku drewniane domki z szerokimi podcieniami, ustawione w szeregu, „schodkowo”. Ludzi żadnych, od rynku odchodzą wąskie uliczki ze starymi domkami, jedna z nich prowadzi do kościoła i dalej jest szlak na Górę Lanckorońską. Niedaleko, dwadzieścia minut pod górkę i jesteśmy przy ruinach zamku. Ufundował go Kazimierz III Wielki w 1336 roku. Budowa trwała 30 lat. Funkcją budowli miała być ochrona granic ze Śląskiem i drogi do Krakowa. W 1655 r. zamek przeszedł w ręce szwedzkie, odzyskany został podstępem i powrócił do rodu Zebrzydowskich. W latach 1768-72 zamek był silnym punktem oporu konfederatów barskich.
Niewiele dziś z zamku pozostało, wdrapaliśmy się na resztki baszty, posiedzieliśmy i trzeba było , niestety, ruszać w drogę powrotną do Krakowa. W drodze do autobusu trafiliśmy na Studnię Mądrości Anielskich – to już w nowszej części miejscowości. Komunikacja nie najlepsza, ale udało nam się „złapać” autobus do Krakowa.
Dzień trzeci.
Samochodem na pewno byłoby łatwiej. Ale z pewnością mniej ciekawie. Pojechaliśmy autobusem do Skały. Stąd pieszo, szosą – na szczęście mało uczęszczaną – do Ojcowa. Bardzo dobrze się maszerowało, pogoda ładna, wokoło lasy, skałki gdzieniegdzie, ptaszki śpiewają, Prądnik szemrze romantycznie – sielsko. Mijamy Ojców – malutka osada. Dalej, w skałce po lewej stronie kapliczka z figurką Matki Boskiej, kawałek dalej Kaplica na Wodzie. No i wreszcie jesteśmy na miejscu. Ojcowski Park Narodowy jest punktem zwiedzania dla wielu wycieczek oraz indywidualnych turystów. Widać to na parkingu. Pieszych, takich jak my bardzo niewielu, a może nikogo kto by tu szedł ze Skały? Zamek Ojcowski wzniesiony przez Kazimierza Wielkiego w XIV w. (a właściwie to, co po nim pozostało) kusi malowniczym położeniem. Potem spacer do Groty Łokietka zwanej też Jaskinią Królewską. Przed wejściem kłębią się tłumy dzieci i młodzieży, stoimy czekając cierpliwie na naszą kolej. Po zwiedzeniu jaskini idziemy na obiad. W drodze mijamy leżącego turystę – zasłabł, dowiadujemy się, że chory na cukrzycę, pomoc już wezwana. Schodzimy więc dalej i po kilkunastu minutach mija nas ekipa ratownicza - dojazdu nie ma, idą więc szlakiem pieszo.
Ponieważ w brzuchach burczy już całkiem nieźle to zjadamy obiad w jednej z restauracji, przeglądamy mapę i decydujemy się jeszcze na szlak do Pieskowej Skały. Trochę szosą, trochę lasem, wspinając się po drodze na Grodzisko, docieramy do celu. Wita nas Maczuga Herkulesa, która wygląda zupełnie jak na zdjęciach. Jednak gdy ją mijamy i patrzymy z drugiej strony to wygląda już mniej maczugowato. Trochę zmęczeni docieramy do zamku, w końcu mamy w nogach trochę kilometrów. Zamek już zamknięty, ale dobrze, że można wejść chociaż na dziedziniec.
Wracamy autobusem bezpośrednio do Krakowa, zmęczeni, ale oczywiście usatysfakcjonowani.
Dzień czwarty.
Do realizacji planów wycieczkowych pozostał nam tylko klasztor w Tyńcu. Nie musimy się spieszyć. Dojeżdżamy tramwajem do Ronda Grunwaldzkiego, stąd pół godzinki autobusem do Tyńca. Opactwo jest pięknie położone na skale nad Wisłą, mamy tu przyjaciela więc nie ma problemów ze zwiedzaniem. Obiad zjadamy w klasztorze – mąż w refektarzu z mnichami – ja w jadalni dla kobiet, które nie mają wstępu do refektarza. Cóż, w końcu to męski klasztor :)
Pogoda się psuje, zaczyna padać, ale nic nie jest w stanie popsuć nam dobrych humorów.
Żegnamy się z Krakowem, pozostają zdjęcia i wspomnienia. Zawsze powtarzam, że tego mi nikt nie zabierze…