A co tam… sobotnie sprzątanie poczeka, a ja biorę do plecaka pelerynę(na wszelki wypadek), butelkę z wodą i oczywiście scyzoryk ( to z nadzieją znalezienia grzybów). Zostawiam męża z kawą przy komputerze i wyruszam w las. Jestem takim „leśnym narkomanem” od zawsze. Na pewno przyczynili się do tego moi dziadkowie, którzy zabierali mnie do lasu już jako małego brzdąca. Chociaż byłam niejadkiem to w lesie zajadałam ze smakiem jajka na twardo, obrane pomidorki i chlebek z prawdziwym masłem. Popijałam to ciepłą herbatą z butelki po oranżadzie – babcia zawijała ją w kocyk, żeby nie wystygła. Tak więc gdy inne dzieci bawiły się w przedszkolu, ja poznawałam ptaszki, drzewa i roślinki, zbierałam grzyby i budowałam szałasy z gałęzi. A raz wiewiórka ukradła mi jedzenie, gdy leżałam na hamaku :).
No proszę miała być relacja ze szlaku, a zebrało m się na wspomnienia . Ale co tu relacjonować, zdjęcia mówią same za siebie. Dodam tylko, że wybierając się na leśne szlaki zawsze obawiam się bliskiego spotkania z dzikami. Jednak moja miłość do lasu jest większa niż strach przed zobaczeniem wystającego nagle z krzaków świńskiego ryja…
Aha, grzybów nie było, przynajmniej tych jadalnych, jedynie garść kurek do jajecznicy udało mi się uzbierać. Dobre i to :).