Zebralismy rodzinkę, tzn. córkę, zięcia, wnuka i wnuczkę, usadowiliśmy się w pociągu i wyruszyliśmy do Żelistrzewa. W drodze oczywiście snuliśmy rodzinne wspomnienia i opowiastki z dawnych lat. W Żelistrzewie zabraliśmy mieszkającą tam kuzynkę i i poszliśmy do niedalekiej wioski indiańskiej. Stoi tam kilka wigwamów, jest miejsce na ognisko, beczka z wodą i drewniane toalety. Ot i cała wioska...Dziwne tylko, że nikt tego nie pilnuje, a nic nie jest poniszczone. A kibelki to już nas zaszokowały po prostu - czyste i w każdym papier toaletowy. Dziwiliśmy się baaardzo...
Przez pola ruszyliśmy do Rzucewa. Słoneczko świeciło, droga wygodna więc szliśmy sobie radośnie pogryzając czereśnie i plując pestkami na odległość. Rzucewsi zamek, a raczej pałac, stoi w dużym parku. Na jego terenie znajduje się stadnina koni, zabudowania stajenne i gospodarcze oraz miejsce na rekreację. W pałacu jest hotel i restauracja - pozwoliliśmy sobie na kawę, lody i szarlotkę na gorąco. Pycha! Przez dziką część parku przeszliśmy nad zatokę, obowiązkowo na niewielkie molo i tu wygody się skończyły. Dalsza droga brzegiem w stronę Osłonina wiodła przez zarośla, pagórki, pokrzywy, zwalone pnie i inne tego typu przeszkody. Oczywiście istnieje wygodna szosa, ale na wszelki wypadek dzieciom o tym nie mówiliśmy - jak przygoda to przygoda...Mniej więcej w połowie drogi udało nam się znaleźć skrawek plaży, akurat, żeby rozłożyć niesione w plecakach smakowitości i z wielkim apetytem wszystko pochłonąć .
Na molo w Osłoninie dotarliśmy umorusani i nieco zmęczeni, ale szczęśliwi. Rozłożyliśmy się na pontonowym pomoście, fale nas kołysały, słoneczko przygrzewało - sielanka.
Zregenerowawszy siły wyruszyliśmy zrealizować główny punkt naszej wyprawy czyli zwiedzanie Osłonina. Polegało ono na przejściu przez wieś i opowiadaniu różnych rodzinnych historii. W sklepie kupiliśmy sok i lody i tak wzmocnieni udaliśmy się w drogę powrotną, przez las - na stację kolejową do Mrzezina. A stąd do domciu.