Za oknem teraz -20, ale rano o 8,00 było -25st. Brrrr
W załączeniu moja ulubiona ścieżka z okolic Porąbki. Pozdrawiam cieplutko :-)
Od dawna chciałam zobaczyć miejsce, skąd wypływa królowa polskich rzek. I chociaż udało mi się w końcu je przegapić, to zwiedziłam mnóstwo ciekawych miejsc...
Urlop 2010. Pokój na odludziu zarezerwowany już w marcu. Wyjazd z samego rana pociągiem do Krakowa, a dalej autobusem. Kwatera w Wiśle-Czarne, dzielnicy zwanej Fojtulą, nad samiuteńkim jeziorem. Wokół jeziora lasy, w dali na zboczu widać Zameczek – rezydencję Prezydenta RP.
Dzień pierwszy
Wiadomo – zaczynamy od najbliższej okolicy. W ciągu kwadransa dochodzimy przez las pełen jagód do zapory. Będziemy tu jeszcze, bo tutaj mamy przystanek autobusowy. Na razie idziemy pieszo wzdłuż Wisełki, na skróty. Dochodzimy do Wylęgarni – taka nazwa jest na przystanku . Przy drodze kompleks niewielkich akwenów z narybkiem w różnym stadium – rzeczywiście wylęgarnia. Kawałek dalej po przeciwnej stronie wodospad na Wisełce. Bardzo ładny, kaczki pływają na samym skraju – patrzę z ciekawością –wessie je i spadną? Nieeee, widocznie nurt zbyt leniwy, a kaczki obyte z sytuacją.
Idziemy dalej, do skoczni w Malince. Trybuny wybudowane nad ulicą, tzn. samochody przejeżdżają w tunelu pod nimi. Wjeżdżamy na górę, żeby stanąć na wieży poczuć mniej więcej to, co skoczkowie. Wysokość robi wrażenie – ja bym nie skoczyła. Wracamy do domu, żeby odpocząć po przebytych kilometrach, a po południu do Zameczku.
Ładna droga przez las, pod górkę. Mijamy rogatki i lądowisko dla helikopterów. Z okolicy Dolnego Zamku doskonale widać wśród drzew zaporę, pstrykamy więc fotki. Górny Zamek oglądamy z zewnątrz, wnętrza postanawiamy zwiedzić innym razem. Niestety – jak się później okaże nie będzie nam dane oglądać rezydencji od środka – trzeba się zapisać siedem dni wcześniej i nie mieścimy się w czasie. Trudno.
Dzień drugi
Od rana nerwy poszły w ruch. Zapłaciliśmy z góry za kwaterę i skończyła się gotówka. Okazało się, że żadne z nas nie zabrało karty… Fajnie. Naszego banku w Wiśle nie ma. No cóż, przymusowa wyprawa do Bielska-Białej. Gdy pieniążki już mieliśmy w kieszeni, wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Bardzo podobała nam się Starówka, wąskie uliczki, schodki i zakamarki. Uwagę przykuwa nietypowa bryła katedry z pięknym neoromańskim portalem.
W drodze powrotnej z Bielska-Białej zwiedziliśmy Ustroń i Wisłę.
Dzień trzeci
Z samego rana pojechaliśmy do Szczyrku. I tu dylemat, bo jest niedziela i nie wiemy, który kościół wybrać na Mszę św. Zdecydowaliśmy się na Sanktuarium na Górce nad którym opiekę sprawują ojcowie Salezjanie. Jaka nazwa taka i droga – pod górkę. Ładnie położone i zadbane sanktuarium. Po Mszy i zwiedzaniu poszliśmy na śniadanko do stylowej restauracji, niestety, nie pamiętam nazwy. Obsługa w góralskich strojach zaserwowała nam pyszną jajecznicę na bekonie, potem jeszcze kawusia i mogliśmy wyruszyć na obchód uzdrowiska. Bulwarem nad Żylicą doszliśmy do skoczni, gdzie odbywał się turniej skoków. Towarzyszyły temu różne imprezy, mnóstwo stoisk z pamiątkami, wyrobami ludowymi i jedzonkiem różnego rodzaju. Upojeni rozchodzącym się zapachem pieczonych kiełbasek przeszliśmy do kościoła św. Jakuba. Jest to śliczny drewniany kościółek, na górce oczywiście. Nie wiem co w tym jest, że większość sanktuariów i starych świątyń leży na górkach… tylko dla wytrwałych czy co? Kościółek prześliczny.
Jeszcze przed wakacjami umawiałam się ze znajomymi z leżącej nieopodal Szczyrku Kalnej, że jak będziemy w pobliżu to wpadniemy. Zadzwoniłam, spytałam o drogę i ruszyliśmy. Przed nami kilka kilometrów do przejścia nieznanymi drogami i perspektywa zjedzenia „duszonki”. Szło się całkiem przyjemnie, udało nam się tylko raz zbłądzić i po niecałych dwóch godzinach byliśmy u celu.
Kalna to niewielka wioska przez którą przebiega droga ze Szczyrku do Żywca. Rozciągają się stąd piękne widoki, jest spokojnie i sielsko. Stojący we wsi nowy kościół pw. Św. Antoniego jest bardzo ładny, a jego otoczenie wyjątkowo zadbane. A „duszonka” była po prostu wspaniała!
Dzień czwarty
Nadszedł czas na wyprawę w góry. Idziemy znaną nam drogą do wodospadu na Wisełce i stąd czarnym szlakiem do Wisły-Głębce. Średnio przyjemny szlak. W Głębcach zmieniamy szlak na zielony, mijamy zabytkowy kamienny wiadukt z 1933r. i przez pewien czas idziemy szosą. W Łabajowie niewielka skocznia narciarska, ale chyba nieużywana, bo zeskok prawie na szosie wypada… Wkrótce skręcamy w las. Zjadamy po drodze kanapki, popijamy herbatą z termosu. Mijamy ładne widokowe miejsca i całe szczęście, bo pogoda zaczyna się psuć i gdy docieramy do schroniska na Stożku to już nie ma co podziwiać. Dotarcie tu zajęło nam od wyjścia z domu około czterech godzin. Wrzucamy do brzuszków ciepłe jedzonko, niezbyt tanie, niestety. Wybieramy się w drogę powrotną czerwonym szlakiem, mgła jest już bardzo gęsta, a po kilkunastu minutach zaczyna padać. Nie zważając na lejące się z nieba strugi deszczu, omijając co większe kałuże i śliskie korzenie, docieramy na Kubalonkę i dalej obok Zameczku do domu. Jesteśmy przemoczeni, zmęczeni i szczęśliwi …
Dzień piąty
Od rana słoneczko więc szybciutko wychodzimy w trasę. Obok Zameczku na przełęcz Szarculę i dalej do Stecówki wygodnym czerwonym szlakiem. Omijamy prywatne schronisko, zatrzymujemy się przy drewnianym kościółku. Cudne widoki i urok drewnianej architektury …
Szlak do Istebnej wiedzie cały czas wygodną szosą, zmotoryzowanych nie widać, pieszych zresztą też nie. Docieramy do Chaty Kawuloków. Zamknięta. Obchodzimy ze wszystkich stron, w końcu pytamy w sklepiku obok. Okazuje się, że trzeba zapukać do znajdującego się po sąsiedzku domu – tam mieszka właściciel i może nam Chatę udostępnić. Pukamy, rzeczywiście otwiera nam zabytek i zostawia samych, żebyśmy sobie pooglądali. Po kilkunastu minutach wraca, odpowiada na interesujące nas zagadnienia i to koniec zwiedzania. Kurna chata składa się z dwóch izb, ale tylko do jednej mogliśmy wejść, do drugiej można zaglądać przez drzwi. Bardzo ciekawe eksponaty obrazujące życie w takiej chacie. Sprzęty codziennego użytku, instrumenty, zdjęcia. I przede wszystkim klimat…
Z Istebnej idziemy do Koniakowa. Nastawiam się na oglądanie w tamtejszym muzeum „heklowanych” koronek. Na miejscu czuję się rozczarowana – koronki są wprawdzie bajecznie cudne, ale pomieszczenie w którym są eksponowane to coś w rodzaju garażu. Nie wiem czego się spodziewałam, ale chyba jakiegoś stylowego budynku z odpowiednim klimatem… No cóż, nie zawsze życie jest zgodne z naszymi wyobrażeniami.
Dzień szósty
No i wreszcie najważniejsza wycieczka w czasie urlopu. W końcu moim głównym celem było zobaczenie źródeł Wisły. Niebieskim szlakiem z „naszej” Fojtuli idziemy na Baranią Górę. Po drodze zatrzymujemy się przy Kaskadach Rodła na Białej Wisełce. Na szczyt docieramy we mgle, która na kilka minut łaskawie znika odsłaniając widoki. Niestety, towarzyszy nam znowu podczas drogi powrotnej i udaje mi się przegapić to, po co tu przyjechałam… A może po prostu tego źródełka tam nie ma :) Zatrzymujemy się na jedzonko w Schronisku pod Przysłopem, a potem wracamy wygodną drogą wzdłuż Czarnej Wisełki .
Dzień siódmy
Znowu obok Zameczku… Na Kubalonce oglądamy zabytkowy, drewniany kościółek. Wiedzie do niego sporo schodków, bo jest oczywiście na górce :) Potem wsiadamy w autobus – naszym celem jest Jaworzynka-Trzycatek. Stąd kilkuminutowy spacerek do Trójstyku. Pod drewnianym mostkiem nad należącą po kawałku do trzech państw rzeką, znajduje się punkt, gdzie stykają się granice Polski, Czech i Słowacji. Punkt ten jest jednocześnie ostatnim punktem naszych urlopowych wędrówek.
Ciekawe, czy ktoś doczyta ten elaborat do końca? Jeśli tak, to gratuluję wytrwałości i pozdrawiam :)