Dzień 1 - RYSY
Wejście na ten szczyt było dla nas największym wyzwaniem, choć z tego co wiem nie jest on najtrudniejszym miejscem do zdobycia w
Tatrach. Jednak żeby do niego dojść trzeba przejść ładny kawałek drogi i to jej większość cały czas pod górę.
Oczywiście zaczęliśmy od Palenicy Białczańskiej skąd trzeba iść jakieś półtora godziny żeby dojść do Morskiego Oka. Ja osobiście najbardziej z całych naszych pięknych gór i szlaków nie lubię chodzić właśnie tą drogą. A przeszłam ją już kilka razy i stwierdzam że nie lubię tak długo chodzić po asfalcie, jak dla mnie jest to po prostu nudne i nużące. A kamieniste szlaki, łańcuchy, drabinki to już co innego.
Przy Morskim Oku był chwilę na odpoczynek, wchłonięcie tego niesamowitego pejzażu, przyjrzeniu się gdzie się wybieramy i chwila niedowiary że uda nam się tam dojść. Najlepiej zostawić zbędny bagaż w schronisku, gdzie są odpłatne przechowalnie, a zabrać ze sobą tylko to co niezbędne. Jedzenie i dużo picia. Jeszcze kilka wdechów, i ruszamy w drogę. Następne pół godziny żeby obejść dookoła Morskie Oko i pierwsze ostre podejście do Czarnego Stawu. Bo chociaż na mapie jest to bardzo króciutki odcinek szlaku, to jest to jednak trudny kawałek do przejścia. Tu już jesteśmy bliżej tego wspaniałego tworu natury jakim są góry, ich szczyty, przełęcze, jeziora o przejrzystej wodzie. Tu też trzeba obejść jezioro dookoła a po drodze mija się sporą płachtę śniegu. Z daleka jest bialutki natomiast z bliska brudny. Wkońcu niegdy nie topnieje w tym miejscu.
Od tej pory trzeba się mocno wziąść w garść i czasem zacisnąć zęby, bo nogi bolą. Nie ma tu chwili oddechu, bo ciągle jest pod górę, cały czas schody, schody, schody. I tak przez trzy godziny bo tyle mniej więcej nam zajęło dojście na szczyt od miejsca gdy doszło się do Czarnego Stawu.
Mięśnie bolą no i trzeba cały czas pamiętać o ostrożnośći. Naokoło same kamienie, skarpy, miejscami szlak prowadzi przez skalną grzędę gdzie z jednej i z drugiej strony jest przepaść, a ty stoisz na wąskim kawałku ziemi. W takiej chwili czuje się respekt do gór, do natury.
W trakcie wspinaczki ciągle spoglądałam w dół i zapierało mi dech zobaczenie obydwóch stawów jednocześnie. A tylko wchodząc na Rysy mamy taką możliwość. Chyba nie muszę nikogo zapewniać że widok jest nieziemski.
Im bliżej szczytu tym więcej łańcuchów, klamer no i niestety ludzi też dość sporo. Zanim dotarliśmy do celu odpoczęliśmy na mniejszym szczycie, skąd widzieliśmy ten właściwy a oprócz niego też ludzi, którzy wyglądali jak mrówki w mrowisku.
W końcu jesteśmy i jest też tabliczka jedyna w Tatrach z napisem Rysy 2499 m.n.m. I nie mogę zapomnieć o naszej dumie, radości, zachwycie, że tam jesteśmy, że już wyżej w Polsce nie może nikt być, i że nie każdy może zobaczyć to co my. Morze szczytów. Jak się nad tym zastanowić to to jest trochę dziwne. Człowiek męczy się kilka godzin, zmusza się do wielkiego wysiłku, cierpliwośći, żeby potem przez kilka minut podziwiać to co można obejrzeć z góry i jest z tego powodu przez tą jedną chwilę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Coś w tym jest.
A tu jeszcze trzeba zejść na dół. Trzeba powstrzymać drżenie nóg po tak dużym wysiłku, uważać żeby się nie potknąć o kamień i utrwalać w pamięci to co się zobaczyło i przeżyło.