Teraz uświadomiłem sobie, że dźwięki słyszę właściwie tylko w czasie marszu w deszczu, może poza szumem wiatru w uszach, ale podobnie jak Ty mam zwyczaj mieć coś do pogryzania. Na ostatniej wyprawie były to chipsy bananowe. Przy samochodzie napełniłem nimi kieszeń kurtki i poszedłem. Takie było moje śniadanie tego dnia. Albo kamyki, słodycze pamiętane z dzieciństwa: jakieś orzechy oblane twardą jak kamień polewą. Przydają się też w czasie długiej drogi powrotnej samochodem, bo ich gryzienie odpędza sen:)
Niemal zawsze idę sam. Tamten chłopak w Górach Izerskich był wyjątkiem. Chyba mamy podobną potrzebą wędrówki w ciszy. Lepiej wtedy słyszy się siebie i więcej się widzi.
Dziękuję, Axtomie.





































